ARESZT pierwszy

wpis w: Solidarność | 0

 

8 stycznia 1982 roku przyszło do domu 3 milicjantów z nakazem aresztowania. Dali mi 10 minut na przygotowanie się, czy raczej pożegnanie z rodziną i zawieźli do aresztu w Piasecznie. Wsadzili do celi gdzie znajdowało się 5 czy 6 osób, wszyscy aresztowani z powodów kryminalnych. Co ważne od zomowców czy romowców, którzy siedzieli na dołku w korytarzu aresztu, dowiedziałem się, że aresztowano również Czesławę Kuźniewską i Bogdana Nalepińskiego. Dlaczego mi powiedzieli? Otóż dwóch z nich było pracownikami Polkoloru zmobilizowanymi do wojska i wcielonymi do ROMO. Po jakiejś godzinie kiedy zacząłem dusić się od dymu papierosowego zaprowadzono mnie na przesłuchanie do prokurator Gudzinowicz. Postawiła mi zarzuty zorganizowania i kierowania strajkiem w Polkolorze. Odmówiłem odpowiedzi na pytania dotyczące strajku, mimo to cierpliwie zadawała jedno pytanie po drugim a ja za każdym razem odmawiałem na nie odpowiedzi. Wygłosiłem jednak oświadczenie dlaczego i co robiłem w czasie strajku, wypowiedź ciągle mi przerywała i wywiązała się dziwna dyskusja. że jest to niepotrzebna demonstracja, że sam sobie szkodzę i po co mi to. W ogóle tego oświadczenia i wymiany zdań nie zaprotokołowała. Nie pamiętam czy podpisałem protokół z przesłuchania, znając moje ówczesne nastawienie raczej tego nie zrobiłem. Przesłuchanie wraz z mozolnym stukaniem jednym palcem na maszynie protokołu trwało prawie 3 godziny.

Odprowadzono mnie do celi, która okazała się pusta, ale nie na długo. Otrzymałem spóźniony obiad: kotlet mielony w jakimś sosie z tłuczonymi ziemniakami i coś do popicia. Około siódmej, ósmej wprowadzono do mojej celi potężnie zbudowanego człowieka o dziwnym wyglądzie i jeszcze dziwniejszym zachowaniu. Cela była kwadratowa o rozmiarach chyba 3,5 na 3,5 metra. Pod zakratowanym okienkiem znajdowało się nieznacznie pochylone podwyższenie biegnące od ściany do ściany. Taka wspólna prycza. Wprowadzony aresztant nie zwracał na mnie uwagi, nie odezwał się do mnie ani razu – mówił natomiast do siebie coś bez związku, albo raczej wyrzucał z siebie jakieś pojedyncze,  charczące słowa, których nie mogłem zrozumieć. Cały czas nerwowo chodził od ściany do ściany. Wycofałem się na pryczę i ze strachem obserwowałem tego człowieka. Kiedy przysiadł na chwilę na krańcu pryczy, podszedłem do drzwi i zacząłem w nie walić pięścią. Powiedziałem, że chcę do ubikacji, kiedy mnie wypuszczono, poprosiłem o przeniesienie do innej celi, bo boję się przebywać z tym człowiekiem. Ci sami romowcy, odpowiedzieli, że nie mogą tego zrobić, wiedzą, że jest to niebezpieczny człowiek, jest podejrzany o morderstwo kogoś ze swojej rodziny i jeszcze dzisiaj będzie zabrany na przesłuchanie i nie powinien wrócić do celi. Rzeczywiście po jakimś czasie, który dłużył mi się niemiłosiernie, wyprowadzono go i już nie wrócił. Myślałem, że będę sam w celi. Wydano mi taki dziwny ciężki zielony materac, z jednej strony pokryty ceratą i szary, śmierdzący, zakurzony koc do przykrycia. Na szczęście ubrany byłem w cienką kurtkę z kapturem, mogłem położyć się nie dotykając odkrytym ciałem ani materaca ani koca. Jakoś przetrzymam postanowiłem. Kiedy prawie usypiałem wprowadzono do celi jeszcze trzy osoby. Niestety palili papierosy, błyskawicznie zrobiło się duszno i nie do wytrzymania kiedy zdjęli buty. Udało mi się uchylić znajdujące się nad pryczą małe okienko. Oni zachowywali się normalnie, ciągle szeptali coś między sobą – widać było, że się dobrze znali. Usnąłem. Pobudka o szóstej z rana. Na śniadanie kawa zbożowa i chleb z marmoladą i plasterkiem sera. Czekając na kolejne przesłuchanie, nawiązaliśmy rozmowę. Kiedy dowiedzieli się, za co jestem aresztowany i, że jestem przewodniczącym Solidarności z Polkoloru dystans zniknął, otworzyli się i zaczęli opowiadać o sobie i dlaczego ich aresztowali. A mówili nadzwyczaj interesująco. Pracowali w papierni w Konstancinie-Jeziorna jako palacze w specjalnej kotłowni. W tej kotłowni niszczono a w zasadzie palono wadliwe papiery wartościowe. Kilkanaście dni wcześniej przywieziono rulony z wadliwie wydrukowanymi banknotami o wysokich  nominałach.  Kazano im spalić te rulony. Pilnowani byli przez esbeków. Rulony włożyli w obecności esbeków do płonącego pieca i wszystkim się zdawało, że sprawa załatwiona. Nie wzięto jednak pod uwagę, że w piecu tym są ruchome ruszty. Robotnicy obsługujący a byli to właśnie moi współaresztanci, postanowili przyśpieszyć ruch rusztów z płonącymi rulonami banknotów, żeby szybciej dotarły one na tył pieca, gdzie po krótkiej chwili spadły one do popielnika i zostały przykryte kolejnym popiołem. Nikt nic nie zauważył. Gdy esbecy odeszli, palacze wygrzebali z popiołu mocno nadpalone rulony. Okazało się, że w kilku rulonach wewnętrzne zwoje nie są spalone (myślę, że pomysł ich wynikał z wiedzy i doświadczenia związanego z płonącym papierem ściśle zwiniętym). To co udało się odzyskać wnieśli do domu jednego z nich żeby podzielić między siebie te rulony, pociąć je na banknoty i zrobić z tak uzyskanych pieniędzy użytek. Natrafili jednak na problem, bo banknoty dodatkowo były podziurkowane i miały błędy w wydruku. Na szczęście dziurki wielkości jak z dziurkacza znajdowały się w różnych miejscach banknotów. Musieli poświęcić kilkadziesiąt banknotów na wycięcie z nich łatek do zaklejenia dziurek. Samo wycinanie i zaklejanie dziurek wymagało dużej precyzji i cierpliwości. Najpierw jednak musieli banknoty postarzeć. Stosowali różne sposoby: wysypanie worka ziemniaków na rozwinięte arkusze, rozłożenie ich na podłodze i chodzenie w zabłoconych butach po nich, ganianie się z psem po arkuszach, ugniatanie w rękach – tyle zapamiętałem. Postanowili być ostrożni z wydawaniem pieniędzy, ukryć je i odczekać trochę zanim puszczą je w obieg. Ale nie wszystko wszyscy ukryli i to był błąd. Żona jednego z nich wyciągnęła z portfela męża taki spreparowany banknot i poszła z nim na bazar chyba zrobić porządne zakupy świąteczne. Nikt nie miał reszty, bo banknot był za duży trzeba było go rozmienić co też gdzieś zrobiła. Milicja poszła śladem wędrówki banknotu do banku i w ciągu dwóch czy trzech dni dotarli do źródła. No i w rezultacie nastąpiły rewizje i obecne aresztowanie. Historia nadzwyczajna. Uchylili się od odpowiedzi, ile właściwie pieniędzy ukradli i ile milicja odzyskała. Jeden tylko powiedział „u mnie milicja nic nie znalazła, bo nic nie miałem”.

Wezwali mnie jeszcze raz na przesłuchanie i wieczorem tego dnia mnie zwolnili.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *