Wizyta w Australii ze względu na bardzo napięty kalendarz spotkań nie pozwoliła na zwiedzanie i podziwianie tamtejszych krajobrazów i interesującej przyrody. Jedno ze spotkań było tak zaskakujące, fascynujące i pouczające, że pozwolę sobie je opisać. Zostaliśmy zaproszeni na rozmowę do konsula generalnego Papui Nowej Gwinei. Zaprowadzono nas do sali konferencyjnej, po chwili wchodzi czarny jak smoła ubrany w elegancki garnitur i białą koszulę Papuas. Nie wita się tylko pierwsze co robi to żegna się po polsku i natychmiast już po angielsku, że uczył się w szkole prowadzonej przez polskich misjonarzy. Po wymianie uprzejmości przeszliśmy do biznesu i on nas pyta czy Polska nie mogłaby sprzedać Papui kutrów rybackich na dogodnych warunkach kredytowych. Natychmiast wyjaśnił skąd ten pomysł. Otóż dwadzieścia parę lat temu Polska sprzedała kilkanaście kutrów Papui. Zdecydowana większość z nich nadal pływa, mimo swojego wieku, są łatwe w obsłudze i rzadko się psują, a jak coś się zepsuje to łatwo naprawić. Niedawno Japonia przekazała Papui w prezencie kilka kutrów, ale żaden z nich już nie pływa, bo bardzo często się psuły, naprawa jest kosztowna i niemożliwa w Papui. Otrzymaliśmy w pigułce informację jak bogate kraje uszczęśliwiają biednych.
Niezależnie gdzie mieszkaliśmy czy to w Sydney, czy Canberrze, czy Melburne wszędzie wieczorem i rano słychać było charakterystyczny śmiech kukabury. Nie udało miśię ani razu dostrzec tego ptaka. Najciekawszym miejscem jakie obejrzeliśmy było Healesville Sanctuary znajdujące się niedaleko Melburne – jest to swoisty, najsłynniejszy w Australii ogród zoologiczny tylko z australijskimi zwierzętami, gdzie żyją one w naturalnych warunkach. Dziobaki, kolczatki, wszystkie gatunki kangurów, diabły tasmańskie, wombaty, koala, psy dingo, emu i wiele innych zwierząt pokazywane w odtworzonym środowisku naturalnym.
Sydney leży nad rozległą, o nieregularnej linii brzegowej zatoką. Z okna hotelu położonego na wzgórzu roztaczał się widok na marinę, słynny most i niemniej słynną operę. Miałem to szczęście, że na zaproszenie Labour Party mogliśmy obejrzeć „Skrzypka na dachu” w tej operze. Widowisko było porywające i dość znacznie różniło się od filmu. Wnętrze opery jest z surowego betonu i nie wyglądało tak monumentalnie i interesująco jak architektura budynku z zewnątrz. W Sydney zatoka wcina się dość daleko w głąb lądu a do zatoki prowadzi stosunkowo wąski przesmyk. Stamtąd roztacza się rzadko pokazywany oszałamiający widok na zatokę i majaczące w dali miasto. Miasto posiada kilka plaż. Na kąpanie i opalanie zabrakło czasu, ale fajnie było zjeść tuzin ostryg na plaży za jedyne sześć dolarów.
Canberra –stolica Australii to sztuczne miasto bez wyrazu z szeroko rozrzuconymi budynkami rządowymi i nic więcej. Z obecnej perspektywy wygląda to tak jakby zbudowane je na czasy zagrożeń terrorystycznych.
Melburne to miasto w stylu metropolii amerykańskich. Przecinające się pod kątem prostym i ciągnące się w nieskończoność ulice zabudowane są wieżowcami. W muzeum opali idealnie odtworzono kopalnię tego kamienia szlachetnego, znajdowała się też tam imponująca kolekcja oszlifowanych już kamieni, przepiękne czarne opale i delikatne różowe i perłowe. Najzabawniejsze, że z opalami wiążą się dwie sprzeczne legendy. W starożytności uważano, że kamień ten przynosi szczęście, był wręcz magicznym talizmanem i tak sadzono aż do XVI wieku kiedy to w Anglii uznano, że kamieniowi temu towarzyszy klątwa, jest to oko złego przynoszące nieszczęście. Obecnie Australijczycy z sukcesem walczą z tym przesądem. W sklepiku muzealnym można było kupić niewielkie opale po przystępnej cenie. Czarne opale są najdroższe.
Jednak najbardziej fascynujący okazał się kilkugodzinny przelot nad australijskimi pustyniami podczas lotu powrotnego. Słońce, przejrzyste powietrze – doskonałe widoki. Lecieliśmy z Melburne. Najpierw busz i hasające po nim kangury Potem słone jeziora i pustynie głównie monotonne piaszczyste, ale i kamieniste. Przelecieliśmy też nad Ayers rock a na końcu lecieliśmy na dżunglą. Piękne podsumowanie wizyty w Australii.




Dodaj komentarz