Czarno-białe Chiny

wpis w: Podróże | 1

 

 

W 1989 roku Chiny były na początku skoku cywilizacyjnego i bardzo szybkich przemian gospodarczych. W trzymilionowym Shijiazhuang stały tylko dwa czy też trzy wieżowce, ale z wielkim rozmachem budowano kilkanaście nowych, po bardzo szerokich ulicach z rzadka przemykało auto, za to falami jeździły rowery.

 

 

 

Blokowiska wyglądały makabrycznie a chutongi dochodziły do centrum. W domu kierownika wydziału u którego byłem na przyjęciu w kuchni na centralnym miejscu stał pieniek rzeźniczy a na ścianie wisiał zlew żeliwny. Ubikacja w oddzielnym pomieszczeniu była dziurą w posadzce nad którą zwisała rura prysznicowa. Ciepłej wody nie mieli i w mieszkaniu było przeraźliwie zimno. Był on jednak szczęściarzem. Zarabiał ponad 300 yuanów, miał dwupokojowe mieszkanie z balkonem czyli rupieciarnią i kolorowy telewizor. Nie miałem śmiałości zrobić zdjęcia ani w tym domu, ani w chutongu do którego zajrzałem.

Patrząc z perspektywy czasu przegapiłem mnóstwo okazji, żeby utrwalić na kliszy wiele interesujących scen rodzajowych. W zasadzie dopiero aparat cyfrowy i pojemne karty pamięci umożliwiają teraz obserwatorowi uwiecznić zdarzenia i ludzi w ich zwyczajnych sytuacjach. Wtedy można było tylko podziwiać ulicznego sprzedawcę makaronu, który z ciasta wyciągał w wyniku akrobatycznych operacji wiązki nitek.

Szokujące sceny można było zaobserwować pod sklepem mięsnym, kiedy przywożono nową dostawę i zrzucano półtusze wieprzowe na zakurzony i zapluty chodnik. Nie mogłem się przyzwyczaić do wszechobecnego plucia; w fabryce, domach towarowych stały spluwaczki do których wszyscy celnie trafiali, ale były to wyjątki. Równie wielkie zdziwienie budziły małe dzieci siusiające w autobusach miejskich przy drzwiach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ubranka dzieci miały rozporki między nogawkami, mogły więc kucnąć wszędzie. Kucanie na chodniku stanowiło najlepszy sposób na wypoczynek dorosłych gdy zmęczyli się chodząc długo po mieście. W parkach spotykało się mnóstwo osób starszych ćwiczących Tai-czi (spowolnione gesty i ruchy rąk i nóg wykonywane w określonej sekwencji przedzielane zastyganiem w różnych pozach na kilka sekund). Zasadniczy cykl ćwiczeń był wykonywany codziennie o świcie przez tłumy ludzi. Parę kobiet z naszej grupy uczęszczało na te zajęcia regularnie. Staruszkowie spacerowali alejkami trzymając ręce za sobą a w dłoniach nieustannie przekładali dwie kule. Kupiłem je i nauczyłem się tej gimnastyki dłoni i palców.

 

Robienie zakupów na targu stanowiło wielką przyjemność, produkty były dostarczane przez okolicznych rolników z ich działek przyzagrodowych. Oczywiście trzeba było nauczyć się komunikacji na migi, głównie pokazywania na palcach jednej ręki dowolnej liczby.

 

 

 

O jedzeniu, pracy i zwiedzaniu napisze w kolejnych wpisach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *