Dawna i współczesna Czarownica
Chcąc zgłębić skąd ten olbrzymi wysyp czarownic w naszym kraju obecnie sięgnąłem po książkę Jules’a Michelet’a pod tytułem „Czarownica” .
Autor żyjący w XIX wieku to antyklerykał i libertyn, był znakomitym pisarzem i historykiem, jego „zasługą” jest wybielenie i afirmacja rewolucji francuskiej, ale był też oddanym obrońcą sprawy polskiej. Obok Gibbona był pionierem w syntetycznym prezentowaniu historii i uwzględnianiu zagadnień wcześniej lekceważonych i pomijanych. Jak pisze Kołakowski Michelet „nie chce po prostu opisywać przeszłości, ale jak sam opowiada „wskrzeszać” ją raczej: przekazując tę przeszłość jako przedmiot wzruszenia lub gniewu”. To on wprowadził pojęcie „Renesansu” i żywił klasyczną, republikańską nienawiść do średniowiecza. „Czarownica” jest jednym z wielu jego utworów. We wstępie do książki pisze, że pracował nad nią 30 lat. Jednak nie jest to praca badawcza we współczesnym sensie tego słowa, brakuje podejścia krytycznego do dokumentów i widać wpływ epoki romantyzmu a osobiste poglądy może nawet fiksacje autora są dominujące w wyjaśnianiu przyczyn powstania zjawiska i rozwoju zdarzeń. Niemniej jednak, jeśli się pamięta o tych ograniczeniach, to budzi podziw sposób ujęcia, zarysowanie tła, uwarunkowań, nawet język. Czyta się z olbrzymim zainteresowaniem. Do książki tej odwołują się wszyscy wrogowie Kościoła, jako dowodu krzywd i zła jakie wyrządził Kościół i stała się ona jednym z podstawowych podręczników tych wrogów.
Kołakowski pisząc wstęp zaczyna od roli diabła w naszej kulturze, tego podrzutka obcej orientalnej kultury do wolnej od diabła antycznej kultury europejskiej. Diabła nazywa wynalazkiem bezcennym i niezastąpionym. Wspomina jak chrześcijaństwo przejęło go z dobrodziejstwem inwentarza i długo męczyło się nad jego interpretacją i wreszcie za sprawą Augustyna znalazło rozwiązanie – zło nie jest bytem – jest brakiem. Brakiem dobra, jest tym czego nie ma a być powinno. Może to i teologicznie dobre, ale do realnego życia nijak nie pasuje. I Kołakowski pisze, że ten bezcenny wynalazek tłumaczył wszelkie zło na świecie i nadawał temu złu postać osobową a skoro tak, „został wiecznym usprawiedliwieniem naszych nikczemności….Pozwalał byśmy zrzucili na jego barki smutny i hańbiący ciężar naszych grzechów”. Jednak nie za darmo. Przejął w swoje władanie cały świat materialny, wszystko to w egzystencji człowieka co bezwolnie nie oddaje się wszechmocy boskiej (niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba), a więc naszą twórczość zmierzającą do poprawy losu, warunków życia, technika, medycyna, magia, zdolność przewidywania i wszystko co jest naturą dostało się pod jego władzę. To przesunięcie kontroli działo się w epoce gdy ideałem chrześcijaństwa było życie mnisie gdzieś w odosobnionych pustelniach, kiedy zaczęły rodzić się bractwa wędrowne i umartwienie jako cnota. Oczywiście Kołakowski to też przerysowuje, bo myśl teologiczna nie akceptowała dualizmu. Myślenie takie mogło zagnieździć się w kulturze ludowej a jego współczesny opis nie jest w stanie oddać złożoności zagadnienia i potrzeby wypełnienia pustki, której religia jeszcze nie ogarnęła a żyć jakoś trzeba było. Stąd też baśnie i legendy. Omówiwszy diabła Kołakowski przechodzi do zadania jakiego podjął się Michelet, który „Zajął się analizą i krytyką diabła w jednej z najbardziej fascynujących form jego działania, w jego działaniu przez kobiety, to znaczy zajął się światem czarownic.” Nie tych czarownic zohydzonych przez pomówienia, wyroki i stosy, ale tych ludowych wyrosłych z kontaktu z naturą będących na usługach społeczności wiejskich, swoją wiedzą (wiedźmy) na temat przyrody i wyobraźnią sięgającą spraw nieodgadnionych jak miłość, narodziny i śmierć. Michelet mówi, że czarownica „istnieje od czasów rozpaczy, jest wytworem straszliwego ucisku społecznego, krzywdy i bezbronności wobec krzywdy…” Niewątpliwie Michelet pozostawał pod presją oświeceniowych schematów, bo jak zauważa Kołakowski, od XV wieku następuje stopniowa rehabilitacja natury w doktrynie chrześcijańskiej a jednocześnie nasilają się praktyki diabelskie, czyli intensyfikuje się aktywność czarownic i rozpoczynają się prześladowania na wielką skalę. Poza tym z historii materialnej wiadomo, że olbrzymi wyzysk a w związku z tym i nędza rozpoczęły się w XVI wieku (w Polsce w XVII). Kołakowski mówi „potraktujmy to dzieło jako esej literacki a nie historyczne studium. Jego intencja główna pozostaje nie mniej jasna: nie diabeł pozostaje źródłem nieszczęść, ale ludzkie nieszczęścia są źródłem diabła” Sęk w tym, że we współczesnej wizji świata bazujemy i jesteśmy otoczeni pojęciami, ocenami i określeniami oświeceniowymi zbudowanymi na fałszywych przesłankach, które nie są zgodne z prawdą i których odkręcić się nie da, bo nadal są użyteczne w toczącej się wojnie ideologicznej. Oto próbka stylu Micheleta: „W czternastym wieku widzi ona (czarownica), jak ściele się przed nią straszliwa droga mąk – trzysta, czterysta lat oświetlonych stosami”
W pierwszej części autor snuje rozważania o genezie zjawiska czarownice, bo on nie ma wątpliwości, że one były, ale nie nadaje im konotacji negatywnej jak to powszechnie było uznane. Tworzy modelowe przypadki, przedstawia domniemane okoliczności w jakich skrzywdzone kobiety zawierały pakt z diabłem. Jakie czerpały korzyści z tego paktu i jak źle się to dla nich kończyło. Autor odtwarza życie w zamku średniowiecznym, w wiejskiej chacie na podgrodziu czy w klasztorze. Wszystko to jest sugestywne, poetyckie i emocjonalne, ale czy prawdziwe? Otóż według niego czarownice były wytworem systemu, który to system zorganizował i stworzył kościół chrześcijański a w jego mniemaniu Kościół odciął się od Natury (pisanej dużą literą, Natury którą oświeceniowcy zaczęli wielbić i przypisywać jej zbawienną moc) Kościół bał się jej i wiązał z nią wszystkie złe i grzeszne występki ludzkie. Natomiast lud żył z nią na co dzień, korzystał z jej darów, oswajał ją, przypisywał jej magiczne moce i wpływy. Istniał jeszcze przekaz ludowy o dawnych bóstwach natury, domowego ogniska, a więc tych związanych z codziennym życiem. Tym się zajmowały kobiety, które z natury są wrażliwsze, miały więcej czasu na rozważania i były skłonne do refleksji, wymowniejsze, zajmowały się domem, musiały z naturą żyć w zgodzie, leczyły ziołami, zamawianiem, broniły jej i były wdzięczne. Oprócz tego szukały sojuszników i obrońców przed doznawanymi krzywdami a jeśli nie obrońców to pocieszycieli. To z nich wyłoniła się ta grupa upartych i niepokornych kobiet, przekonanych o swoich racjach, gotowych tych racji bronić aż do śmierci i przeciwstawić się tak dominującemu autorytetowi jakim był Kościół. Oczywiście mowa tu o istocie i realnym zjawisku, kobietach które same wierzyły, że mają nadprzyrodzone moce dzięki kontaktom z diabłem. Nie dotyczy to kobiet, które padły ofiarą inkwizytorów i oszczerców z całkiem innych powodów a oskarżenie o czary było tylko wygodnym narzędziem, żeby je skazać.
Czy ta teza jest prawdziwa, że najogólniej mówiąc czas w którym następuje oderwanie się od natury ludzkości czy raczej rozchodzenie się trendu cywilizacyjnego z naturą, sprzyja lub rodzi zjawisko czarownic ? Jeśli tak to właśnie z tym mamy do czynienia obecnie. Natura utraciła swoją magiczną moc zamieniona na węglowodany, białka i witaminy, pigułki przed i po, operacje plastyczne, fitness, maszyny, asfalty i wieżowce. Myślę, jednak że to tak nie działa. Żeby to wyjaśnić trzeba nadać właściwy sens nazwie i zjawisku czarownic, konieczna jest redefinicja. Otóż „czarownice” istniały zawsze, z tym że za „czarownice” należy uważać kobiety, które nie zgadzają się z istniejącym porządkiem rzeczy, gotowe z tym porządkiem walczyć na śmierć i życie, co ważne metodami pozaracjonalnymi, jednocześnie święcie przekonane o swej misji i mocy. Przypuszczalnie w Średniowieczu Kościół uznał to zjawisko za zagrożenie fundamentów istniejącego porządku i podjął z nim bezwzględną walkę i jak zwykle prześladowania wymknęły się spod kontroli z powodu chciwości i zawiści sąsiadów, głupoty i doktrynerstwa prześladowców. Co ciekawe najwięcej stosów płonęło w Odrodzeniu i czasach nowożytnych i w krajach najbardziej cywilizowanych: księstwach Rzeszy Niemieckiej, Francji, Szwajcarii, Hiszpanii i Anglii (w takiej właśnie kolejności). Oświecenie francuskie zrobiło swoje, pełne nienawiści do Kościoła, winą za prześladowania obarczyło wyłącznie Kościół (jego wina była olbrzymia, ale nie wyłączna). Znamy setki przykładów, kiedy władcy przeciwstawiali się stanowisku Kościoła – w tej sprawie nie tylko nie protestowali ale wręcz większość z nich była inicjatorami prześladowań. W konsekwencji powstała zbitka pojęciowa: Kościół (często dodawane katolicki) – prześladowania, palenie czarownic. Protestancka Genewa i protestanckie Niemcy, Szwecja paliły na potęgę i spaliły wielokrotnie więcej niż katolicka Polska czy prawosławna Rosja.
Nic dziwnego, że dzisiejsze „czarownice” za jedynego wroga uważają Kościół katolicki
Dzisiejsze czarownice są inne, mają inne gusła i zabobony, nie są tak ściśle związane z naturą, jak te pierwotne ludowe. Wspólne pozostały potrzeba wyróżnienia się spośród innych kobiet, dążenie do burzenia istniejącego porządku, wyzywający sposób bycia,nieracjonalne metody, chęć rzucania uroków. Tamte nie wiedziały jaki będzie świat ale podejmowały się wróżenia indywidualnego, obecne mają poczucie misji, wiedzą do czego dążą, ale indywidualnie nikomu nie pomogą. Nie ma już pomocy w leczeniu chorej duszy i cielesnych przypadłości. Usiłują wpływać na umysły, podporządkować sobie inne kobiety, nie zrodziły się z nędzy bytowania wręcz odwrotnie, wyrosły z dobrobytu z oderwania się od naturalnych potrzeb ludzkich, są syte, zaborcze i bezczelne, tamte karmiły się legendami, baśniami i mitami, te karmią się ideologiami, tamte objęte anatemą z ciągle zagrożonym życiem, te pławią się w blasku fleszy i są obecne we wszystkich mediach. Tamte, mimo że buntownicze służyły umacnianiu wspólnoty i łagodzeniu niedoli beznadziejnego życia, wspieraniu tabu, obecne wspólnotę tę rozbijają, niszczą kolejne tabu, żerują na instynktach budując fałszywe krzywdy i zagrożenia. Pierwsze budzą sympatię, obecne bardziej sekutnice z utrapienia Sokratesa wywołują niechęć i sprzeciw. Tamte twardo osadzone w życiu, te obecne tworzą burzącą się pianę na powierzchni życia społecznego.
Druga część eseju (traktatu?) opisuje kilka konkretnych przypadków wyszperanych w archiwach, przypadków, które dzięki Micheletowi stały się sławne, na ich podstawie powstało wiele powieści, nakręcono też sporo filmów w tym i w Polsce „Matkę Joannę od Aniołów” . Jednak wszystkie one pochodzą z XVII wieku, z okresu wojen religijnych, wojny trzydziestoletniej i początków czasów nowożytnych, kiedy zwalczające się strony zaczęły stosować propagandę na niespotykaną skalę.
Ten traktat warto przeczytać z wielu powodów: żeby zobaczyć jak się kiedyś emocjonalnie pisało, żeby zapoznać się z początkami propagandy, choćby dla końcowych not faktograficznych, ale również i po to żeby prześledzić jak się wydobywa zjawisko, nadaje mu się kształt i umieszcza w przestrzeni publicznej tworząc niezbywalny element kultury, który wpływa na wyobraźnię społeczną.
Para
„obecne wspólnotę tę rozbijają, niszczą kolejne tabu, żerują na instynktach budując fałszywe krzywdy i zagrożenia. Tamte twardo osadzone w życiu, te obecne tworzą burzącą się pianę na powierzchni życia społecznego”. Serio? A jakieś konkrety? Oraz kompetencje do oceniania zjawiska, które chyba nie do końca rozumiesz?