DZWONY

wpis w: Dzieciństwo | 0

 

Stalin, Stalin – cham, cham, cham

Stalin, Stalin – cham, cham, cham

Stalin, Stalin – cham, cham, cham

A po chwili równie rytmicznie, ale bardziej dostojnie:

Pop gałgan, pop gałgan, pop gałgan – a papicha gałganicha

 Pop gałgan, pop gałgan, pop gałgan – a papicha gałganicha

Pop gałgan, pop gałgan, pop gałgan – a papicha gałganicha

W takim rytmie zawsze biły dzwony w pobliskiej cerkwi. Pierwsza melodia szybka i dźwięki wysokie, druga: wolna z przyśpieszająca końcówką, tony niskie. Podczas pogrzebów dźwięki miały jeszcze inny wariant. Te wierszyki dźwiękonaśladowcze przejęliśmy od starszych kolegów a oni od wcześniejszego pokolenia.

 Dzwony w klasztorze prawosławnym w Poczajowie niedaleko Krzemieńca na Ukrainie 2013 rok

 

Cerkiew stała 50 metrów od mojego domu a plac wokół cerkwi był miejscem zabaw okolicznych dzieci i wyzwaniem do ćwiczenia odwagi. Próba odwagi polegała na tym, że należało w nocy obiec po murze dookoła cerkwi, przedzierając się przez chaszcze obok trupiarni w której znajdował się zmarły. Zawsze w dniu poprzedzającym pogrzeb przynoszono zmarłego do cerkwi i umieszczano go w tak zwanej trupiarni, która mieściła się w najciemniejszym zakątku rozległego dziedzińca, otoczona chaszczami,  z dala od ulicy. Młody adept, żeby stać się członkiem grupy musiał przejść taką inicjację. Jednego zmarłego zapamiętałem szczególnie, gdyż w naszym mniemaniu cudownie ożył. Nazywał się Nikodem i był miejscowym awanturnikiem i człowiekiem agresywnym. Otóż podczas jakiejś bójki został pchnięty kilkakrotnie nożem. Słynny lekarz kryński przezywany „Głuchym” stwierdził zgon. Pogrzeby w tamtych czasach odbywały się błyskawicznie, zazwyczaj następnego dnia po śmierci (przecież nie było żadnych lodówek). U prawosławnych, był zwyczaj (nie wiem czy teraz jest przestrzegany), że do momentu złożenia w grobie a więc zarówno w domu, w cerkwi i podczas przenoszenia zmarły pozostawał w odkrytej trumnie. W trupiarni trumna Nikodema również nie była przykryta wiekiem. Tej nocy nikt nie przechodził testu na odwagę. Szok przeżyła rodzina i znajomi, którzy przyszli rano zobaczyć zmarłego. Zobaczyli wywróconą trumnę i Nikodema klęczącego za drzwiami. Podczas tego lata nikt nie odważył się obiec cerkwi po okalającym ją murze w nocy – okazało się, że boimy się bardziej potencjalnie powracających do życia niż zmarłych.

Ale to zdarzenie natchnęło nas do innej makabrycznej zabawy. Po stronie wschodniej cerkwi znajdował się ogród na miejscu dawnego cmentarza gdzie do XIX wieku grzebano zmarłych. Najemca ogrodu, nie wiedząc o tym postanowił cos zbudować na skraju ogrodu w pobliżu muru cerkwi. Podczas wykopów odkryto dużo kości w tym czaszek. W małym miasteczku nic się nie ukryje. Zanim „batiuszka” zakazał dalej kopać, przez kilka dni miejsce  przyciągało gapiów w tym oczywiście nas dzieci. Kości nie były zabezpieczone i starsi koledzy wykradli dwie czaszki. Po naradzie  a w zasadzie decyzją Witka K. ustalono, ze będziemy nimi straszyć przechodniów. Z procy stłukliśmy żarówkę latarni – w ten sposób część muru otaczającego cerkiew od ulicy 1-go Maja była nie oświetlona. Czaszka została ustawiona na murze a do jej środka wstawiliśmy płonąca świecę. Ukryci za murem czekaliśmy na ofiary. Przechodnia idącego chodnikiem od muru wysokości dwóch metrów dzieliła szerokość ulicy czyli 6 metrów. Pierwsza przechodząca kobieta nie zareagowała, bo nie patrzyła w stronę cerkwi. Więc następnych zmuszaliśmy do spojrzenia w stronę czaszki staczając kamienie po przyporach muru. Przechodnie zawsze reagowali krzykiem i zaczynali biec. Zabawa trwała kilka dni, dopóki ktoś się nie zorientował czyja to sprawka i nasi rodzice położyli kres niestosownym wygłupom.

Na pocieszenie ojciec opowiedział nam pewną historię związaną z jego wygłupami – było to o tyle zaskakujące, że nigdy nic nam nie mówił o swoim dzieciństwie, młodości i pierwszych latach powojennych – miałem wrażenie, że był to temat tabu. Dopiero w latach siedemdziesiątych zaczął wspominać przedwojenne harcerstwo. Babcia też milczała. Otóż powiedział nam, że po opuszczeniu szkoły przez pewien czas zadawał się z ciekawymi kolegami – między innymi z Kostią synem popa (nota bene dużo później mój starszy brat podkochiwał się w Adzie – córce innego popa) i rówieśnikiem żydowskim. Stanowili swoiste trio. Ten ostatni, którego imienia nie zapamiętałem był liderem i inspiratorem różnych przedsięwzięć. Ponieważ Kostia miał dostęp do kluczy na wieżę cerkiewną był ogniwem kluczowym jego pomysłu. Lider X pełnił funkcję wywiadowczą a ojciec był kurierem. X dowiadywał się kiedy będzie pogrzeb żydowski i pilnował  kiedy zwłoki na narach będą wynoszone na cmentarz (zmarły nie leżał w trumnie).  Zawiadamiał ojca, który biegł do cerkwi a czekający tam Kostia zaczynał dzwonić. Podobno nie można przenosić zmarłego gdy dzwonią dzwony czy to w cerkwi czy w kościele. Żałobnicy zatrzymywali się, stawiali nary i cierpliwie czekali. Gdy dzwony przestały bić – ruszali, to wtedy dzwony ponownie zaczynały. Przy kolejnym postoju rodzina orientowała się, że coś jest nie tak. Do cerkwi wysyłano delegata z którym szedł X ofiarując się jako negocjator. Wchodził na wieżę, wracał i mówił, że „dzwanar” za złotówkę przestanie dzwonić ( w garbarni tyle wynosiła dniówka). Rodzina rada nie rada płaciła. W ten skandaliczny sposób chłopcy zarabiali niezłe pieniądze.

Dzwon na wieży katedry Św Jakuba w Toruniu 2014 rok

 

Dzwony kościelne nie wygrywały żadnej melodii, za to były donośne i wielokrotnie doświadczyłem sytuacji, że słychać je było w odległości kilku kilometrów od Krynek. Będąc ministrantami mieliśmy obowiązek dzwonić na nabożeństwa. Inaczej niż w innych posługach mieliśmy miesięczny grafik. Dzwonienie stanowiło niesamowitą frajdę – najpierw należało dzwony rozhuśtać – do największego Józefa trzeba było aż trójki chłopców, pozostałe dwa obsługiwały pojedyncze osoby. Hamowanie było najlepsze, bo można było uwiesić się na sznurze i huśtać się w górę i dół na ponad metr wysokości. Z dzwonnicy wychodziło się całkowicie ogłuszonym mimo, że dzwoniąc znajdowało się trzy kondygnacje poniżej dzwonów.

Teraz podobno w niektórych postępowych miastach Europy Zachodniej istnieje sądowy zakaz używania dzwonów – dozwolone jest tylko pięciokrotne w ciągu dnia wezwania muezzinów z minaretów.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *