Szósta rano. Przybiega posłaniec i szepce coś Mamie do ucha. Szybko się ulatnia. Mama krzyczy, że będzie rewizja w domu, milicjanci już wyszli z posterunku. Ojca nie ma, jeszcze nie wrócił z pracy na nocnej zmianie. Mama głośno zastanawia się gdzie ukryć skóry. Szczęśliwie są prawie gotowe, więc suche i nie śmierdzą. W domu rejwach, my już nie śpimy, Stacho właśnie miał wychodzić do kościoła na siódmą, bo na niego przypadał dyżur służyć do mszy, przy okazji mnie i Franka tez obudzono. Od razu stajemy przy oknach obserwować co się dzieje na zewnątrz. Babcia zaczyna modlić się głośno i od czasu do czasu lamentuje. Ala śpi w kołysce. Mama chce chować skóry do kołyski. Nie mieszczą się. Wynieść do zaprzyjaźnionych sąsiadów nie można, bo u sąsiadów naprzeciwko po drugiej stronie ulicy w oknie pali się światło a tam mieszka ormowiec. To on pewnie doniósł na milicję i teraz pilnuje co się u nas dzieje. Mama pomstuje na niego, kiedy jest zdenerwowana nie mówi po polsku tylko krzyczy „po prostu” to jest w języku będącym mieszanką polskiego, rosyjskiego i białoruskiego. Modlitwa Babci pomaga, rozbiera się i zakłada chustkę na głowę i mówi do Mamy, że będzie udawała chorą. Rozwijają z rulonu skóry i wkładają je między materac a siennik Babcinego łóżka. Babcia nie zdążyła się położyć kiedy Franek z pokoju krzyczy, że idą. Tu mała dygresja, nasz dom stał przy samej ulicy, ormowca Aleśka z naprzeciwka również. Franek obserwował ulicę od strony cerkwi ja od strony piekarni. Łomot do drzwi. Milicja otwierać. Babcia rzuca się do łóżka, przykrywa pierzyną. Mama krzyczy „zaraz” tylko się ubiorę, przynosi z sieni i stawia obok babcinego łóżka wiadro z pomyjami i idzie otwierać. My nie wiemy co robić. Babcia jak na komendę zaczyna jęczeć. Wchodzą, jeden zostaje w przedpokoju a dwóch idzie do kuchni i mówią, że otrzymali doniesienie o nielegalnym garbowaniu skór. Proszę wydać skóry, bo inaczej to dokonamy rewizji. Mama zaprzecza jakoby nielegalnie coś robiła. Nie? Nie. Przystępujemy do rewizji. Otwierają szafy, jeden idzie do sieni i wchodzi na strych. Drugi każe otworzyć piwnicę (u nas piwnica nazywała się sklep), trzeci nie rusza się z przedpokoju. Wchodzą do Babci pokoju. Mama bez mrugnięcia okiem mówi, że Babcia jest chora, chyba coś złego zjadła wczoraj. Babci zaczyna zbierać się na wymioty, odskakują od niej i zaczynają przeszukiwać nasze kozetki (śpimy z Babcią w jednym pokoju). Babcia opada na poduszki i zaczyna głośno jęczeć. W pokoju rodziców budzi się Ala i zaczyna równie głośno płakać. Harmider nie z tej ziemi. Dom jest mały, nie ma za dużo miejsca, Mama bierze Alę na ręce i zaczyna ją tulić i lulać chodząc z jednego pokoju do drugiego. Przy każdym nawrocie kopie wiadro z pomyjami. Nieczystości wychlustują na zewnątrz, po mieszkaniu roznosi się smród. Milicjanci zaczynają kręcić się niespokojnie, zbliżają się do granicy wytrzymałości. Babcia kilkakrotnie oddaje bardzo głośno gazy. Pierwszy ucieka ten z przedpokoju, dwaj pozostali nie spisują żadnego protokołu, mówią do widzenia i szybko wychodzą. Babcia tryumfuje, zrywa się z łóżka, sprząta, daje nam śniadanie. Ala przestaje płakać. Odmawiamy razem „Ojcze nasz”, Babcia kończy suplikacją „Od powietrza, ognia, wojny i milicji zachowaj nas Panie” Mama wygania nas do szkoły, przychodzi Ojciec z pracy, Mama wita go słowami „Jak coś ważnego się dzieje to ciebie nigdy nie ma w domu”.
Następnego dnia Mama idzie w południe na Rynek gdzie o tej porze spaceruje żona komendanta posterunku z małą Hanią rówieśnicą Ali leżącą w wózku. Mama wita się, podziwia urodę Hani i dyskretnie wsuwa pod poduszeczkę stosowną sumę.
Takie życie.
Skóry
Odkąd pamiętam Rodzice oraz wujowie od zawsze zajmowali się garbowaniem skór albo cielęcych albo owczych. Chałupnicza produkcja w bardzo prymitywnych warunkach była wyjątkowo ciężka i bardzo szkodliwa dla zdrowia (stałe zagrożenie zatruciami i chorobami skóry). Większość prac wykonywała mama. Podczas garbowania rozchodziły się bardzo nieprzyjemne zapachy, które dawało się wyczuć na ulicy i w sąsiednich domach co było bardzo niebezpieczne. Garbunek skór za komuny był nielegalny. Moi wujowie Bolek i Kazik siedzieli za to „przestępstwo” w więzieniu, jeden pół roku drugi chyba półtora.
Garbunek skór na ubrania i wierzch obuwia „na lico” polegał najogólniej rzecz ujmując na traktowaniu skór różnymi agresywnymi chemikaliami w określonym porządku i przez określony czas. Używało się wapna gaszonego, kwasu solnego, soli chromu i innych chemikaliów. Jedną partię robiło się od około tygodnia do dwóch tygodni. Proces dzielił się na wykonywany „na mokro” i na sucho”. Nie stosowano żadnych maszyn zastępując je przemyślnymi i żmudnymi metodami w celu uzyskania pożądanej jakości. Do takich operacji należało falcowanie podczas którego kosą usuwało się zgrubienie skóry w części grzbietowej. Operacja wymagała olbrzymiej koncentracji i zręczności, żeby nie uszkodzić skóry ścinając dziesiąte części milimetra za jednym pociągnięciem. Jedną skórę obrabiało się około pół godziny. Wirtuozem był wujek Kazik. Niektóre operacje musiały być wykonane w ściśle określonym czasie, żeby nie dopuścić do pogorszenia jakości wyrobu. Wielkość partii zależała od pojemności beczek, balii i wanien. Przeważnie było to od 7 do 9 skór. Zużywało się dużo wody a w domu nie było wody bieżącej, nosiło się z dwóch pomp ulicznych na przemian żeby nie wzbudzić podejrzeń, obie odległe były o około 150metrów od domu. Noszenie wody należało do obowiązków dzieci i babci. Wiadro było metalowe, dziesięciolitrowe. Dla mnie był to olbrzymi wysiłek, byłem wątłej budowy i w dodatku chorowity. Największy problem był ze ściekami i odpadami, były one śmierdzące, agresywne chemicznie, niebezpieczne i czarne. Ścieki wynosiła Mama i Babcia. Wstawały około 3 z rana kiedy jeszcze wszyscy sąsiedzi spali i nosiły je na wygon do rzeki około 400 metrów w jedną stronę. Zimą nie dało się produkować w chałupniczych warunkach skór garbowanych.
Surowiec kupowało się od okolicznych rolników. Skóry były z sierścią. Wysuszone lub mokre. Trafiały się skóry owcze z wełną które się strzygło co dawało dodatkowy dochód bo wełnę się sprzedawało lub zanosiło do czesania. W długie wieczory jesienne i zimowe Babcia przędła tę wełnę na kołowrotku a Mama robiła nam zimą swetry tzw norweskie o ładnych wzorach. Mieliśmy z braćmi najładniejsze swetry w szkole i szykowne kurtki skórzane z suwakami i zatrzaskami, których nikt nie miał. Trafiały się skóry saren od kłusowników. Zazwyczaj były one złej jakości, uszkodzone przez pasożyty, poza tym obrabiając je można było nabawić się wrzodów na rękach tzw skrofułów. Partię gromadziło się zazwyczaj dwa tygodnie. Efektem końcowym były skóry z jednej strony gładkie z połyskiem z drugiej o fakturze zamszowej. Skóry musiały być miękkie o tej samej grubości. Kolory głównie czarne, ale i ciemnowiśniowe, ciemnoniebieskie. Szyło się z nich kurtki i płaszcze. W Krynkach było kilku krawców, którzy szyli ze skóry. Na zwykłej maszynie nie dało się uszyć. Najczęściej gotowe skóry Mama woziła do Białegostoku, Łomży czy Suwałk. Mama była szczupłą osobą. Skóry cielęce zakładała na bieliznę na siebie to znaczy owijała się nimi i wychodziło, że jest tęgą kobietą. Musiało to wyglądać komicznie, bo latem zakładała jeszcze płaszcz. Taka wyprawa wymagała wielu wyrzeczeń i każdorazowo pokonania strachu. Gorąco, silne pocenie się, cały czas na stojąco. Do Białegostoku jeszcze można było wytrzymać Pekaesem około półtorej godziny, ale do Suwałk czy Łomży przesiadka i kolejne dwie godziny. Wtedy tego poświęcenia nie docenialiśmy.
c. d. nastąpi
Dodaj komentarz