LUANG PRABANG a życie sobie płynie jak gdyby nigdy nic

wpis w: Podróże | 0

LUANG PRABANG a życie sobie płynie jak gdyby nigdy nic

Z chwilą otworzenia się Laosu na świat Luang Prabang stało się w stosunkowo krótkim czasie znaczącą atrakcją turystyczną na całym Dalekim Wschodzie. Hoteli i hosteli przybywa w imponującym tempie, dzięki właściwym regulacjom prawnym nie zakłócają krajobrazu – jest w czym wybierać i przebierać. Mieszkałem w dwóch hotelach pierwszym Namkhan Riverside nad brzegiem rzeki Namkhan za równowartość 100zł za dobę i w drugim przepięknym butikowym Charm nad Mekongiem za 30USD na dobę. Na bookingu hotel ten był o 10USD droższy. Oba hotele były wyłożone drzewem różanym co wywołuje wrażenie ekskluzywności i luksusu.

Hotel Charm nad Mekongiem. Olśniewające wnętrza wykonane z drzewa różanego

Hotel Charm widok od strony Mekongu

Luksusowa willa pod miastem. Tabliczka z sierpem i młotem wskazuje, że jest to albo dom partii albo dom bonzy partyjnego

Dom nad rzeką Namkhan

Dom na przedmieściu. Oprócz śmietnika zwraca uwagę łódź wykonana z papieru. Prawdopodobnie przygotowywana na dar do świątyni

Domy w pobliżu jednej ze świątyń

Nie dowiedziałem się czemu ma służyć makieta papierowego samolotu przed świątynią

Na ulicach i w świątyniach turyści są widoczni i wydają się dominować. Miasto coraz bardziej przekształca się i dostosowuje do oczekiwań i wymagań tej rzeszy ludzi. Turyści stali się znaczącym źródłem dochodu mieszkańców. Nie znam statystyk, ale myślę, że co najmniej 20% utrzymuje się z branży turystycznej. Miasto jest wymarzonym miejscem dla osoby lubiącej fotografować. Zaskakująco dużo Laotańczyków mówi po angielsku, głównie kobiet. Ale na szczęście mieszkańcy Luang Prabang ciągle jeszcze żyją swoim własnym życiem i na razie nie widać zepsucia, które jest tak charakterystyczne dla atrakcyjnych miast w Tajlandii. Oczywiście są gabinety masaży, które wiadomo jaką pełnią rolę, ale ogólnie dominuje ufność, uczciwość, uśmiech i twarde trzymanie się własnych zasad. Mnisi cierpliwie wyjaśniają i odpowiadają na pytania, w hotelach wyjątkowo uprzejma obsługa organizuje imprezy, wyjazdy czy nawet rowery. W restauracjach, chociaż to być może nazwa na wyrost, bardziej pasuje określenie jadłodajniach, wszystko przyrządza się na widoku i smacznie. Tak jak we wszystkich miastach Dalekiego Wschodu jest dzielnica jadłodajni gdzie po zmroku schodzą się turyści żeby biesiadować. Prezentuję zdjęcia z dwóch takich miejsc. Adepci buddyzmu również po zmroku zbierają się w niektórych klasztorach na naukach, modlitwach i medytacjach. Również Night Market (Nocny Jarmark) nastawiony na przyjezdnych jeszcze długo po północy tętni życiem. Znajduje się on na głównej ulicy między wzgórzem Phusi a świątynią Sala Phra Bang. Towary na tym rynku są bardzo drogie i nie opłaca się nic kupować, natomiast na pobliskim w stronę poczty rynku owocowo warzywnym jak najbardziej warto. Pyszne są owoce obrane i pokrajane sprzedawane na tackach podobnie jak koktajle owocowe. Ceny jeśli dobrze pamiętam w granicach jednego dolara. Wszystkie napoje są bardzo słodkie i nie nadają się do picia, pozostaje woda mineralna i piwo.

Stragany Nocnego Jarmarku widziane z góry Phu Si, w tle królewska świątynia  Sala Phra Bang z figurą świętości laotańskiej Królewskiego wizerunku Buddy

Restauracja nazwałem ją Gorący kociołek. Samemu przyrządza się rózne potrawy, jednym ciągiem: zupy, warzywa, mięso w tym bawole. Posiłek kosztuje równowartość pięciu dolarów i je się dowolne ilości, ale nie wolno nic zostawić

 Przygotowywanie posiłku w jadłodajni ulicznej

Suszenie placków ryżowo kukurydzianych

Dzielnica nocnych barów ulicznych dla turystów – potrawy z rusztu

Targ warzywny obok Night Market

Stragan mięsno warzywny we wsi za Mekongiem

Kolejne sklepy we wsi za Mekongiem. Te zakurzone deski przy straganach stanowią chodnik podczas pory deszczowej

Rybak zarzuca sieci na rzece Namkhan

Dziecko na nieukończonej jeszcze kładce przez rzekę Namkhan

Przygotowania do ślubu

Handlarka sprzedająca kwiaty do ofiarowania w świątyni

Oprócz sklepików lokalnych w mieście jest kilka supermarketów chińskich, co ciekawe podobne widziałem w Armenii. Mieszkańcy poruszają się po mieście na piechotę, na rowerach i skuterach. Auta są, ale stosunkowo rzadkie. Ja wypożyczałem rower w pierwszym hotelu i zjeździłem całe miasto i okolice. Przeprawiłem się też przez Mekong promem (5 000kipów) i na piechotę obejrzałem tam dwie miejscowości. Na przystani można było kupić dużą rybę z rusztu na patyku jako przekąskę. Wsie są bardzo biedne, wszystkie domy na palach, nigdzie nie było okien z szybami, ale przy niektórych były ogródki z kwiatami i drzewami owocowymi: najczęściej bananowce i papaje. Każda wieś miała jakąś skromną świątynię ze stupami pełniącymi funkcję nagrobków. We wsi za rzeką Namkhan natrafiłem na warsztat stolarski produkujący meble i warsztat tkacki wykonujący piękne jedwabne szale o oryginalnych wzorach. Cena była czterokrotnie niższa niż na Night Market. W mieście ludzie mieszkają w lepszych warunkach, ale znalazłem domy niewiele lepsze niż na wsi. Sporo jest ładnych domów we francuskim stylu kolonialnym – pozostałość po czasach kolonialnych (Francuskie Indochiny). Podobny kontrast występuje w stanie i standardzie klasztorów, na wzgórzu Phusi jest kilka świątyń zaniedbanych i biednych kiedy wokół Pałacu Królewskiego są pięknie odnowione i utrzymane.

Typowy obrazek na ulicy

PRZYJACIELE

Gra w piłkę na dziedzińcu świątyni, podobny obrazek widziałem w Neapolu przy zabytkowym kościele

Leniwi królowie szos

Nowoczesność wkracza również w życie mnisie

Pokazuję parę zdjęć gdzie klasztory oprócz funkcji religijnej pełnią też inne funkcje nazwijmy je integracyjnymi a nawet patriotycznymi. Sfotografowałem też młodych mnichów przy pracy. Uzupełniając poprzedni wpis wspomnę tylko, że większość z nich przebywa w klasztorze około trzech lat gdzie otrzymują formację religijną a potem wracają do życia cywilnego, tylko nieliczni zostają na stałe. Niestety podczas pobytu nie zdobyłem się na wstanie o czwartej z rana, żeby pójść obejrzeć jak mieszkańcy przynoszą jałmużnę mnichom, którzy tłumnie przybywają codziennie na miejsce gdzie poprzedniego wieczora był Night Market, aby odebrać datki, które posłużą im jako całodzienne wyżywienie. Nikt nie uważa ich za darmozjadów, co we współczesnej kulturze zachodnioeuropejskiej byłoby nie do pomyślenia. Przypomnę, że w Europie do XVIII wieku również istniały zakony żebracze. Przyjazne psy szwendające się po ulicach i klasztorach również są „darmozjadami” co w Europie także jest nie dopuszczalne, tu i ludzie i psy są trzymane na smyczy, przy czym ludzie na wirtualnej.

Warsztat stolarski

Warsztat tkacki. Kobieta przy krosnach

Najdalej gdzie byłem

Dom kułaka

Anteny satelitarne pod strzechy Wieś się zmienia

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *