Ministrant

wpis w: Dzieciństwo | 0

Życie religijne w naszym domu organizowała Babcia Paulina (nick name  Polka). Dotyczyło to wszystkich aspektów: modlitw, postów, wyjść na msze i nabożeństwo, wysyłania do spowiedzi, wysyłanie ojca do złożenia przysięgi. Babcia nie wtrącała się tylko do spraw związanych ze szkołą. W sytuacjach skrajnych, gdy coś nabroiliśmy, była naszą instancją obronną chroniąc braci i mnie przed laniem, często zasłaniając nas swoim ciałem i wtedy krzyczała do Ojca: co matkę bijesz?

Ołtarz główny w kościele św Anny w Krynkach 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Babcia też zaprowadziła najpierw starszego brata, potem mnie a następnie młodszego brata do księdza, żeby „zapisać do ministrantów”. Tak to się wtedy nazywało. W moim przypadku zdarzyło się to jeszcze przed pierwszą komunią. Bycie ministrantem stanowiło nie tylko wielką frajdę, ale i dużym wyróżnieniem. Oczywiście wiązały się z nim odpowiednie rytuały, ceremonie i obowiązki. Najpierw szło się do krawcowej, żeby uszyła komżę. Każdy miał własną z wyhaftowanym monogramem. Potem już podczas mszy można było stać w drugim szeregu przy schodach otaczających ołtarz. Żadnych funkcji nie można było pełnić przy ołtarzu co najmniej rok. Oprócz koniecznej nauki mały człowiek był poddawany egzaminowi z cierpliwości. Mszę odprawiano po łacinie i rola ministranta była znacznie ważniejsza niż obecnie, bo tylko ministranci odpowiadali na modlitwy czy wezwania celebransa. Ksiądz stał tyłem do wiernych. Z łaciny egzaminowała siostra Róża. Do dziś pamiętam modlitwy: Pater Noster, Suscipiat Dominum Sacrificium. Potem w liceum również uczyłem się łaciny i nigdy nie sprawiała mi kłopotów. Wygląda na to, że im wcześniej zacznie się uczyć czegokolwiek tym łatwiej się opanowuje daną umiejętność. Techniczne przygotowanie do mszy spoczywało na siostrze Róży, jednak gdy nabrała zaufania do umiejętności ministrantów część obowiązków cedowała na ministrantów. Tylko nigdy nie pozwalała ministrantom napełniać ampułek winem i wodą. Czasami ksiądz nie wylewał wszystkiego wina z ampułki, wtedy traktowało się jako wielkie wyróżnienie możliwość wypicia kilku kropli tego wina. Malec nigdy nie mógł ubierać księdza do Mszy ani zapalić świeczek przy ołtarzu posługując się knotem umieszczonym na tyczce, nie mógł też odsłaniać i zasłaniać figury Matki Boskiej za pomocą mechanizmy korbowego. Zresztą kiedy raz próbowałem założyć księdzu przed nieszporami kapę na ramiona nie dałem rady jej unieść, tak dużo ważyła z powodu grubej tkaniny i haftów ze złotej i srebrnej nici.  Kiedy się wreszcie zostawało funkcyjnym przysługiwało noszenie peleryny zakładanej na komżę. Nie wszyscy księża byli sympatyczni, szczególnie dziekani, niektórzy potrafili ostro zganić, pociągnąć za ucho, ale kilku wikarych i siostra Róża miało znakomite podejście do ministrantów.  Życie w znacznej mierze kręciło się wokół kościoła, nawet w czasie wolnym. Mieliśmy organizowane różnorakie rozrywki. Przy plebanii sami wykarczowaliśmy i oczyściliśmy teren, gdzie często graliśmy w piłkę nożną i dwa ognie (ta gra była bardzo popularna wtedy). Dwa razy do roku na plebanii urządzaliśmy dla rodziców i innych dzieci przedstawienia (jasełki i pasje), sala nawet miała scenę. Robiliśmy też wycieczki rowerowe do okolicznych miejscowości, wycieczki te zapamiętałem także i dlatego, że ksiądz, który je organizował pięknie grał na trąbce. Proszę sobie wyobrazić ciepły, letni wieczór i nagle gdzieś od strony plebanii nad łąkami w kierunku miasteczka niesie się dźwięk trąbki, ksiądz właśnie gra „Ciszę”, W takich okolicznościach, nic dziwnego, że ta melodia na zawsze zapada w pamięć.

Część zajęć wydawała mi się męcząca jak na przykład „kalikowanie” (chodziło o napełnianie miechów dmących w piszczałki organowe za pomocą czynności podobnej do pedałowania). Inne traktowało się jako fajne, na przykład rozpalanie trybularza, czy dzwonienie kołatkami i „kręciołkami” w Wielki Tydzień. Okres Wielkiego Tygodnia wiązał się z szeregiem „wyzwań”: nie dość, że nie można było jeść mięsa, to od Wielkiego Czwartku do Niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego również jajek, masła, śmietany i starsze dzieci mleka. Ponadto będąc ministrantem uczestniczyć nie tylko we wszystkich nabożeństwach Triduum Paschalnego, ale przynajmniej  jedną noc z piątku na sobotę lub z soboty na niedzielę  trzeba było spędzić w kościele na adoracji Najświętszego Sakramentu. My ze starszym bratem wybieraliśmy noc z soboty na niedzielę, bo sobotnie nabożeństwo trwało do dwudziestej trzeciej a rezurekcja zaczynała się o szóstej (przygotowania rozpoczynały się już o piątej), więc było tylko pięć dyżurów  po pół godziny. Poza tym byliśmy zwolennikami teorii Ojca, że post kończy się w Wielką Sobotę pod koniec nabożeństwa gdy celebrans odśpiewa trzykrotnie alleluja, Babcia miała oczywiście inne zdanie i mówiła, że tylko człowiek słabego charakteru i ulegający pokusom może tak myśleć. Nasz kompromis polegał na tym, że kanapki z kiełbasą zjadaliśmy dopiero po północy. W czasie adoracji można było umówić się z kolegami i skumulować dwie półgodzinne adoracje w jedną godzinną i przespać dwa razy po godzinie. Spanie było niecodzienne, w pierwszej zakrystii stała olbrzymia komoda, w której szufladach przechowywano akcesoria i stroje procesyjne. Szuflady wysuwaliśmy i na sześciu poziomach mieliśmy gotowe łóżka. Oczywiście dochodziło do zaniedbań, zdarzało się, że ktoś zaspał lub był tak nieprzytomny, że nie nadawał się do adoracji, wtedy starsi poświęcali się za młodszych. Przypomina mi się też moja pierwsza komunia, otóż wtedy nie można było jeść na trzy godziny przed przyjęciem komunii świętej, czyli praktycznie od poprzedniego dnia wieczorem. W efekcie zdarzały się częste omdlenia, bo i msze celebrowano dłużej. Dlatego zaraz po mszy zjadał się wspólne śniadanie przygotowane przez rodziców w ogrodach plebanii. Dzieci nie otrzymywały żadnych prezentów, jak to teraz jest w zwyczaju. Wracając do blasków i cieni bycia ministrantem, to jedną atrakcję uwielbiałem chociaż wiązała się z dreszczykiem emocji a w zasadzie strachu a potem dumy, że się dało rady. Pod pretekstem, że zamierzamy sprzątać, braliśmy od sióstr klucz, wchodziliśmy na chór a stamtąd schodami i drabinami na wieże kościoła i nazwijmy to strych nad sklepieniem kościoła. Sklepienie jest krzyżowo – kopułowe i bardzo strome, w zasadzie nawa główna jest przykryta trzema kopułami a w punktach centralnych kopuł znajdują się otwory. Sztuka polegała na tym, żeby wspiąć się do punktu centralnego i zajrzeć do środka kościoła ze strachem, że się wpadnie.

Samodzielności uczyło się chodząc służyć do mszy na szóstą lub siódmą z rana, wtedy jednoosobowo spełniało się całą posługę. Latem nie stanowiło to problemu. Siostra Róża prowadziła grafik, dyżur przypadał najpierw  raz na dwa tygodnie, potem w miarę wykruszania się ministrantów raz na tydzień. Jedną jesienną mszę na szóstą z rana będę pamiętał do końca życia. Przyszedłem za wcześnie (ach ta gorliwość Babci), poszedłem do zakonnic wziąć klucz, otworzyłem pierwszą zakrystię i po ciemku, przecież znałem drogę na pamięć, szedłem przez prezbiterium do drugiej zakrystii, gdy nagle o coś się potknąłem, okazało się, że „balaski” były otwarte, bo tuż przy nich na katafalku stała trumna z nieboszczykiem. Nie mogłem opanować paniki, wbiegłem do drugiej zakrystii i zamknąłem się na klucz. Długo nie mogłem przyjść do siebie, nie chciałem też wpuścić do zakrystii ani zakonnicy ani księdza. Innym wzbudzającym strach obowiązkiem, było odwiedzanie z księdzem ciężko chorych z Ostatnim Namaszczeniem, głównie zasuszonych staruszek.

Działalnością uboczną a może bardziej pochodną bycia ministrantem, była „sezonowa” aktywność na Wielkanoc  katolicką i prawosławną. W naszym rejonie nie chodziło się z turoniem na Boże Narodzenie, Wielkanoc zawsze była ważniejsza nie tylko w sensie religijnym, ale i społecznym. Przez cały tydzień po Wielkanocy wieczorami odwiedzaliśmy z grupką kolegów w tym i prawosławnych sąsiedzkie domy śpiewając pieśni wielkanocne, czasami również ludowe. Otrzymywaliśmy za to prezenty, głównie jajka i ciasta, czasami kiełbasę i pieniądze. Na prawosławne święta działo się podobnie, nazywało się to chodzić „wołokać”.

W małych społecznościach, gdzie większość ludzi się znała, wiara stanowiła ważny element tożsamości, cementowała tę społeczność, przy czym nie nastawiała negatywnie do innych wyznań. Absolutnie nie rozumiem współczesnych twierdzeń tak powszechnych na zachodzie, że należy ograniczyć lub zakazać manifestowanie publiczne wiary (za manifestowanie uważa się wystawianie na Boże Narodzenie  żłóbków), bo może to urazić na przykład muzułmanów. Jest to fałszywa teza, której przyświeca kłamliwa intencja, gdyż ma na celu rugowanie wiary z życia społecznego. Każdy, kto żył, czy żyje w wielokulturowym i wieloreligijnym środowisku wie, że święta są wzajemnie szanowane, są nawet swoistą atrakcją dla innych wyznań. Tylko ten kto nie przeżywał Świąt całym sobą, całym sercem lub w ogóle nie przeżywał może myśleć inaczej. Marsze oranżystów urządzane w Irlandii Północnej jako element pokazywania dominacji protestantów mają cel nacjonalistyczny i polityczny. Na Zachodzie poczucie wyższości połączone z libertyńskimi i lewackimi pomysłami, żeby za pomocą inżynierii społecznej stworzyć nowego człowieka doprowadziło do sytuacji narastania konfliktów i wywołało falę radykalnego islamizmu.  Politycy zachodu widzą jako remedium na to ograniczanie chrześcijaństwa.  A przecież muzułmanie nienawidzą Zachodu nie z powodu chrześcijaństwa tylko z powodu jego zepsucia moralnego, dewiacji, braku hamulców i braku szacunku dla religii, jakiejkolwiek religii, wszystkie te modne trendy ich po prostu mierżą i obrażają. Jeśli mają pretensje do chrześcijaństwa to tylko takie, że chrześcijanie dopuścili do takiej deprawacji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *