Rewizja nr 3
Co sprawia, że mimo upływu lat jedne zdarzenia się pamięta, inne nie, jedne o podobnym charakterze pamięta ze szczegółami a inne – jak przez mgłę. Rewizji w moim rodzinnym domu było dużo, w zasadzie co roku jedna, dwie, czasem więcej i tak do końca lat sześćdziesiątych, zapamiętałem w miarę szczegółowo 3 a pozostałych nie pamiętam, tylko jakieś strzępy z których nie dało się poskładać akcji. Np rewizję, w której jeden z milicjantów znalazłszy skóry udał, że ich nie widzi.
Tym razem był środek dnia i chyba środek lata, gorąco. Pootwierane okna. Bawiliśmy się wychodzeniem i wchodzeniem przez okno w sypialni na podwórko zaprzyjaźnionych sąsiadów. Nie było to trudne, bo pod oknem leżał olbrzymi głaz narzutowy, na który bez problemu się zeskakiwało a potem z niego na ziemię.
Milicjanci zjawili się nagle. Pełne zaskoczenie. Znowu tzw powiatówka a nie miejscowi. Mama była spokojna, w domu nic nie było. Poprzedniego dnia właśnie została skończona cała partia. Rodzice byli nieostrożni, śpieszyli się i nie przestrzegali zasad bezpieczeństwa. Bardzo hałaśliwe „glansowanie” wykonywali z pomocą wujków po godzinie drugiej w południe kiedy sąsiad ormowiec wrócił już z pracy. Musiał więc donieść na milicję. Milicji bardzo zależało przechwycić gotowe skóry, bo za nie mieli nagrodę a za mokre nie. Rodzice śpieszyli się , bo wieczorem przyjeżdżał kupiec, który te skóry zlecił do przerobu. Szczęśliwie transakcja została zrealizowana i dom był czysty. Ale w szopie w ogrodzie była druga partia w początkowej fazie mokrej. O tej partii nie mógł wiedzieć donosiciel.
Rewizja przebiegała w sposób typowy, szukali wszędzie. Kiedy dwójka poszła na strych i na dole został jeden milicjant w kuchni z Mamą, Mama do mnie zawołała: Janek, Potaś. Wiedziałem o co chodzi, trzeba zawiadomić sąsiada o nazwisku Potaś, którego ogród przylega do naszego i nie jest oddzielony płotem, aby wyniósł z naszej szopy skóry i ukrył je u siebie, trzeba to zrobić szybko. Wyjście moje lub Franka nie wchodzi w grę – nie pozwolą a jeśli pozwolą to może któryś milicjant jeszcze pójdzie za nami. To mogła być tylko Ala, wprawdzie miała tylko cztery lub pięć lat, ale była bardzo rezolutna i co ważne, bawiła się z dzieckiem tych sąsiadów (nie pamiętam już imienia dziewczynki). Poszeptałem jej do ucha co ma zrobić. Od razu zaczęła płakać , że chce „na dwór”. Mama: uspokój się a ona jeszcze głośniej płacze. Milicjant nie reaguje, więc biorę ją na ręce i wysadzam przez okno na ten duży kamień a Franek rzuca jej piłkę, która wytacza się na ulicę. Ala chwyta piłkę i biegnie do sąsiadów, biegnie pod płotem więc jej nie widać.
Milicjanci schodzą ze strychu, przeszukują jeszcze chlewik, jeden z nich wdrapuje się na „wyszki” nad chlewikiem gdzie składowana jest słoma na ściółkę dla świń – oczywiście nic nie znajduje a na dodatek spada paćkając spodnie i buty w świńskie odchody. Mamy uciechę, ale najważniejsze, że czas płynie. Widać, że są zdezorientowani, byli wręcz pewni, że coś znajdą a tu nic.
Przepytują Mamę o różne sprawy, straszą – niech pani nie kłamie, bo pójdzie pani do więzienia. Mama mówi, że się nie boi. Niemcy ją wywieźli na roboty, uciekła stamtąd, dwa tygodnie przedzierała się z Rastenberga (obecnie Kętrzyna) do domu a potem ukrywała się na cmentarzu żydowskim do końca wojny – wtedy za ucieczkę groziła jej śmierć i też się nie bała. Prześladowali ją Niemcy a teraz prześladują ją „za demokracji”.
Zwlekają z wyjściem, wahają się, naradzają i nagle jeden z nich triumfalnie ni to pyta ni to rozkazuje: gdzie jest ogród? – niech pani prowadzi do szopy. Idą, biorą jeszcze tego sąsiada donosiciela na świadka, my za nimi. Odczuwamy wielką ulgę widząc Alę bawiącą się na ulicy piłką. Wiemy, że skóry zostały ukryte. Rzeczywiście znajdują tylko chemikalia i beczkę pełną jakiegoś płynu. Spisują protokół, zapisują, że znaleźli materiały i narzędzia do garbowania skór. Mama nie podpisuje – mówi, że w beczce jest gnojówka do podlewania ogórków i pomidorów. Wywiązuje się sprzeczka – przecież widzimy, że to garbunek. – A ja widzę, że to gnojówka. Oni – Sprawdzimy. Mama zabierajcie beczkę i sprawdzajcie.
Metoda skutkuje, machnęli ręką i poszli. Mama zdenerwowana wyżyła się na sąsiedzie wyzywając go od donosicieli, ormowców i bandytów.
- 1. Glancowanie, było operacją polegającą na gładzeniu skóry po licu pod olbrzymim naciskiem grubym(5 cm) półkolistym szkłem zamocowanym w łamanym wahadle osadzony w stabilizującej ramie. Wahadło jest podwieszone pod sufitem, ciągnie go dwóch silnych mężczyzn. Skórą operuje trzeci mężczyzna, przesuwając ją po giętkim wykonanym z jesionu i obciągniętym grubą skórą, wąskim pulpicie. Praca wymagała zręczności i dużego zgrania całej trójki. Ruchy musiały być szybkie, rytmiczne i wymagały dużej siły od ciągnących. Ruch od siebie na ugiętym wahadle był jałowy. Ciągnąc glansowało się skórę na szerokość użytego szkła. Będąc już dorosłym nie byłem w stanie przeciągnąć wahadła do siebie.
- Całkiem niedawno czytając „Do rzeczy” dowiedziałem się, że słowo „potaź” oznacza staropolską nazwę rosołu.
Dodaj komentarz