Nowa Zelandia 25 lat temu

wpis w: Podróże | 1

 

1993 październik lecę z delegacją rządowa do Nowej Zelandii i Australii. Lot z międzylądowaniami w Dubaju, Bangkoku i Hongkongu do Auckland trwał 28 godzin. Dubaj jawił się jak wyspa skarbów czy raczej jaskinia ze skarbami z baśni „Ali Baba i czterdziestu rozbójników”. Hongkong z kolei urzekł położeniem lotniska i lasem wieżowców nad zatoką. Auckland niewiele pamiętam poza amfiteatralnym położeniem nad zatoką, intensywną zielenią i wszechobecnymi sosnami Granta. Później jak zobaczyłem Wellington to stwierdziłem, że to miasto leżące nad jeszcze piękniejszą zatoką bije na głowę Auckland. A jeszcze później uznałem, że widok zatoki w Sydney nie ma sobie równych. Nie widziałem jeszcze Neapolu oglądanego z zamku San Elmo. Sytuacja jak z Małego Księcia, który ujrzał park z tysiącem róż. Na razie byłem urzeczony widokami, przyrodą i klimatem.

O oficjalnej stronie delegacji nie ma sensu pisać. Mogę tylko wspomnieć, że sensacją wśród Polonii stało się pojawienie w kościele w Wellington całej delegacji i przystąpienie ministra do komunii. A potem w każdym kolejnym spotkaniu z Polonią wzrastała frekwencja, szczególnie gdy minister zaczynał wystąpienie od zagrania na fortepianie, któregoś z mazurków Chopina. Była to pierwsza wizyta przedstawicieli wolnej Polski w Nowej Zelandii i nie jestem pewien czy również i w Australii.

Z powodu weekendu nie mieliśmy spotkań i dwa dni poświęciliśmy na zwiedzanie wyspy Północnej. Było co oglądać, bo przyroda jest tam zachwycająca. Najpierw pojechaliśmy do Rotorua, a więc miejsca znanego z gejzerów, błota wulkanicznego, wód geotermalnych (uzdrowisko), jeziora w kraterze i znajdującego się niedaleko wulkanu Tarawera. Gejzer Pohutu wyrzuca kilka razy na godzinę wrzącą wodę na wysokość 20 metrów –ogladaliśmy dwie erupcje. Zamieszczam zdjęcie, które jednak nie oddaje w pełni zjawiska, bo było pochmurnie a poza tym nie istniały jeszcze aparaty cyfrowe.

Okolica była również ciekawa: olbrzymie jezioro Taipo, dżungla z drzewiastymi paprociami (silver fern), szmaragdowe i błękitne jezioro obok siebie, wodospady Okuri, błota termalne Whakerawerawa, Kuirua –park termalny, odkopana wioska maoryska spod czterometrowej warstwy popiołów wulkanicznych –w Wairoa Valley (wybuch wulkanu Tarawera w 1886roku), maoryskie centrum przyjęć – Wharawera nui (na szczęście uniknęliśmy choreograficznych popisów folklorystycznych Maorysów. Dobrze, że zapisałem te nazwy opisując zdjęcia, bo są one nie do zapamiętania.  Do obowiązku należało zwiedzenie muzeum maoryskiego. Mając samochód wszystko to można zobaczyć w ciągu jednego dnia.  Duże wrażenie na mnie wywarł kościół baptystów. Stał nad jeziorem Rotorua lub Taipo zbudowany tak, ze jego baptysterium znajdowało się poniżej tafli jeziora a ściana oddzielająca nieckę chrzcielną od jeziora była ze szkła. Chrzty przez zanurzenie odbywały się w wodach jeziora wpuszczanych do tego podziemnego zbiornika. W czasie gdy tam byłem fale ze wzburzonego jeziora uderzały w przeszkloną ścianę wywołując poczucie, że zaraz rozbiją tę szybę.

25 lat temu Wellington (stolica Nowej Zelandii) był prowincjonalnym miastem o niskiej zabudowie. Podobno teraz wyrósł na metropolię. W ogóle odniosłem wrażenie, że Nowa Zelandia jest takim sennym i spokojnym miejscem gdzie nic się nie dzieje. Ze stolicy zapamiętałem amfiteatralne położenie nad zatoką spacer ulicami i wspaniały posiłek w restauracji usytuowanej na końcu długiego piers’u (molo). Zatoka wzburzona fale zalewają pomost a my jemy w Wellington Club najwspanialsze owoce morza w moim życiu.

  1. janusz

    sprzedaz auta w n. zeelandii – moze nie byc slodko:

    konczylem wakacje w n.z w marcu, czyli ichniej jesieni, w christchurch. oczywiscie chcialem sprzedac auto, kupione tanio i raczej parchate. kupione z zalozeniem, ze oddam je na zlom. za zlomy placa roznie, ale max. okolo 300 nzd, w duzych miastach. na dlugo przed momentem pozbycia sie auta szukalem wszelkich mozliwych sposobow sprzedazy. i klientow. miejscowi sa kompletnie dolujacy, na ogloszenie – auto na sprzedaz – zawsze odpowiadaja pytaniem czy auto jest wciaz na sprzedaz, a po odpowiedzi potwierdzajacej milkna. wszyscy. takie zboczenie narodowe. jedna niemka w swoim ogloszeniu napisala: tak, auto jest na sprzedaz, tak, auto jest na sprzedaz. na pewno wciaz dostawala pytanie, czy auto jest na sprzedaz. w miedzyczasie sprzedalem kola, na ktorych byly dobre opony, zamieniajac sie na lyse. probowalem sprzedac akumulator, jako ze mialem drugi, slaby, ktory juz nie chcial krecic po nocy z przymrozkami. ten slaby wystarczyl, zeby dojechac na zlom. zapomnialem, ze mam dobry bagaznik dachowy, i ze moge go sprzedac – do dzis sie pukam po glowie. tak wiec sprzedawalem co sie dalo po kawalku. oczywiscie przy okazji sprzedazy wszelkiego sprzetu kampingowego i wszystkiego, co bylo sprzedajne. a w n.z., krolestwie shit,u, wszystko jest. w christchurch pojechalem na auto gielde dla backpackersow. po lecie, czyli na koniec sezonu, bylo tam kilkanascie vanow, wartych miedzy 6 a 15 tys. nzd. i nic innego. I ZERO KUPUJACYCH!!! zero. mniemniaszki, co to wylozyli taka kase na swoje autka, plakali, ze latwiej sprzedac auto na antarktydzie. a czego sie spodziewali kupujac auto? naiwne dzieci? nawet nie bylo tam sępow i naciagaczy, placacych po 500 dolarow za auto. jest ich w tym kraju mnostwo, mnie tez podchodzili z tak kosmicznymi propozycjami, ze ja bym nigdy takiego oszustwa nie wymyslil. np. : zostaw mi auto i upowaznij do sprzedazy, a jak go sprzedam, to ci wysle kase gdziekolwiek w swiecie. i kilka innych, co juz nawet wole nie pamietac.
    konczac wakacje, chcialoby sie pozbyc auta w przeddzien wylotu. a to jest nieosiagalne, jesli chce sie sprzedac. jak sie sprzeda wczesniej, to trzeba , przez nie wiadomo ile dni, spac w hostelu. ( w ch.ch. noc w hostelu dochodzila do 100 nzd., w izbie zbiorczej troche taniej) wiec sie trzeba kisic w miescie, nie wiadomo po co, w syfie, tracic czas i pieniadze. bez sensu. a jak sie nie sprzeda? porzucic na parkingu przed lotniskiem? niektorzy to proponowali. ale 15 tys. nzd szlag trafia. tez bez sensu.
    dalem za swojego parszka 850 dollar, troche w nim musialem dlubac, przywiozlem sobie podstawowe narzedzia. musialem zmienic opony, bo zdarlem na szutrach do drutow. oczywiscie ze zlomu. tak ze dolozylem pare stow na rozne czesci. na zlom oddalem go za 300, za kola wzialem 150. spalem w nim do ostatniej chwili, ze zlomu pojechalem prosto na lotnisko. ogolnie, nie wydalem na spanie ani jednego centa przez kilka miesiecy. oczywiscie wydalem na benzyne, bo zeby znalezc miejsce na noc, czasem trzeba bylo duuuuzo sie najezdzic.
    a adolfki z gieldy dla backpackers? nie mam pojecia, ale ich zalamane miny i wyparowana buta byly slodkie. tudziez ich glupota, bezdenny brak wyobrazni. das ist keine deutschland, madchen. angielski swiat nie dziala po niemiecku, a autka do oszustow po 5 stów! albo zostawione przed lotniskiem….

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *