Współcześnie trudno jest zrozumieć, że w czasach PRLu trudno było wyjechać gdziekolwiek za granicę nawet do krajów tak zwanej „demokracji socjalistycznej”.Najlepiej było jechać „służbowo”, omijało się wtedy wszystkie uciążliwe procedury. Praktyki studenckie zaliczały się do takich właśnie wyjazdów. Na moim wydziale najbardziej ceniony był wyjazd na salon lotniczy do Paryża, jednak konkurencja była ogromna a pierwszeństwo mieli członkowie SZSP (socjalistyczne zrzeszenie studentów polskich) co mnie od razu wykluczało. Załapałem się na praktykę do Odessy. W międzyuczelnianej grupie studenci z MeiLu i innego wydziału PW stanowili mniejszość. Dominowali studenci z Politechniki Krakowskiej i Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Rzeszowie. Praktyka miała się odbywać w Instytucie Chłodniczym. Zaletą Odessy było jej położenie nad morzem. Zapamiętałem ten wyjazd z wielu względów, które poniżej rozwinę. Wszystko było ciekawe, wszystko inne nawet mimo studenckiego, rozrywkowego podejścia do życia i wielu spraw. Wyjeżdżało się nie na paszport a na tak zwaną wkładkę paszportową, która uprawniała również do wymiany pewnej sumy pieniędzy na ruble (nie pamiętam już ile). Należało się również przygotować pod kątem handlowym, czyli zakupić dopuszczalną przez przepisy celne ilość towarów chodliwych w Sojuzie, żeby je potem spieniężyć z zyskiem. To wymagało podjęcia poszukiwań i wielu godzin stania w kolejkach w polskich sklepach. Szczęśliwie udało mi się kupić trzy pary dżinsów produkcji polskiej tak zwanych „szarików”, jedne prawdziwe dżinsy z Peweksu, dziesięć T-shirtów również polskich w kolorze pomarańczowym i nie pamiętam już ile zestawów cieni do rzęs oraz kremów Nivea. Krem Nivea był polskim hitem eksportowym przy wszystkich indywidualnych wyjazdach do demoludów. Zdaje się, że przekroczyłem dozwolone ilości, ale ryzyko było wkalkulowane – najwyżej na granicy zabiorą nadwyżkę.
Dworzec kolejowy współcześnie
Jechaliśmy pociągiem przez Lwów. We Lwowie mieliśmy przesiadkę i postój chyba ponad trzy godziny. Można było wyjść na miasto. Doszedłem na pewno do unickiej katedry świętego Jura i chyba do Wysokiego Zamku. Niestety wrażenia z późniejszej (czterdzieście lat później) kilkudniowej wizyty w pięknym Lwowie przyćmiły i zatarły wrażenia z pierwotnego, pośpiesznego spaceru. Pozostało wrażenie dominującej biedy i totalnego zaniedbania. Wyboiste, brukowane ulice, brud na chodnikach i niszczejące, nie remontowane budynki. Najbardziej przygnębiający był dworzec, Kłębiły się tam tłumy podróżnych, ubranych w jakieś łachmany z workami na plecach a w najlepszym wypadku z walizkami z fibry, obwiązanymi sznurkami lub paskami. Każdy z podróżnych miał przy sobie po kilka sztuk bagażu. Poczekalnia była nabita do granic możliwości. Przypominało mi to Polskę z czasów mego dzieciństwa.
Ten zaniedbany Lwów i jego dworzec stanowił olbrzymi kontrast z widzianą później piękną, secesyjną Odessą i jej eleganckim dworcem kolejowym. Nawet dyskutowaliśmy w swoim gronie wtedy czy to zaniedbanie we Lwowie nie było celowe skoro porównanie z Odessą wypadało tak niekorzystnie. O samym mieście miałem mgliste pojęcie i byłem pozytywnie zaskoczony jego urodą. Odessę znałem jedynie z piosenek Wysockiego: „Murki” i „Moskwa- Odessa”, obrazów marynistycznych Ajwazowskiego oraz niesprecyzowanych informacji o czasach XIX wiecznego boomu gospodarczego w carskiej Rosji.
Port w Odessie o zachodzie słońca
W Odessie zamieszkaliśmy w akademiku odległym od plaży o jakieś dwadzieścia minut spacerem, niedaleko dawnej polskiej dzielnicy, gdzie przeważały obszerne domy otoczone ogródkami. W koedukacyjnym akademiku rządziły straszne baby – recepcjonistki i „etażnyje”, przed których okiem nic się nie ukryło i które żelazną ręką sprawowały swoją władzę i utrzymywały dyscyplinę. Trzy razy byliśmy wzywani do odpowiednika dziekana na reprymendę za jakieś naruszenia dyscypliny czyli powrót po dziesiątej do akademika i wchodzenie do środka po rynnie i przez okno. W akademiku a zresztą wszędzie w miejscach publicznych najtrudniejsze i najbardziej stresujące było korzystanie z ubikacji.
Budynek filharmonii
Po pierwsze fetor unoszący się z koszy ze zużytym papierem toaletowym a po drugie żadnej intymności bo nie było ani kabin ani sedesów – jedynie podwyższenie wzdłuż ściany z dziesięcioma dziurami i „śladami stóp”. Oni kucali obok siebie i gawędzili. W socjalizmie nie ma nic do ukrycia.
Schody potiomkinowskie kiedyś nazywały się Richelieu, ale nie tego kardynała tylko księcia na służbie cara zasłużonego dla Odessy
Mieliśmy pełne dwa tygodnie laby – tylko parę razy byliśmy w Instytucie. Oczywiście było oficjalne przyjęcie z popijawą – tam wyznaczono nam opiekunów studentów – ja miałem nadzwyczaj rozsądnego i bystrego Saszę, który mnie oprowadzał po Odessie i z którym dużo dyskutowałem, najlepiej jak wypłynęliśmy w morze i można było mieć pewnośc, że nikt nie podsłuchuje. Okazało się, że jego dziadkowie zostali zamordowani w latach trzydziestych. Opowiadał o straszliwym głodzie i że chciałby wyjechać na Syberię, bo tam jest jeszcze wolność. Pamiętam jakieś poczucie beznadziejności, które przebijało z jego wypowiedzi. On też powiedział, żeby przywiezionych rzeczy nie sprzedawać w akademiku, tylko pojechać na targ poza miastem tak zwany „tauczok”. Gdzie można będzie dużo korzystniej wszystko sprzedać. Żaden polski bazar nie mógł się równać z tym co zobaczyliśmy, ani bazar Różyckiego, ani Rynek Sienny w Białymstoku, ani nawet późniejszy stadion dziesięciolecia, czy arabskie lub azjatyckie bazary. Teren nie był zabudowany ale ogrodzony, chyba wielkości około 1 kilometr na kilometr, dojeżdżało się kolejką. A tam morze głów, trudno się przecisnąć tym bardziej, że natychmiast byliśmy otaczani przez potencjalnych kupujących – obcokrajowcy byli rozpoznawani po odmiennym ubiorze. Ubrania wręcz wyrywano z rąk. Wszystko co miałem sprzedawało się błyskawicznie. Przezornie wszystkiego nie zabrałem, więc podczas kolejnej wyprawy uzyskałem naprawdę znakomite przebicie szczególnie na T-shirtach. Takie rzeczy pamięta się znakomicie gdy za 3 T-shirty kupuje się złoty pierścionek. Zakup pierścionków srebrnych czy złotych stanowił też nie lada przeżycie. W „uniwiermagie” jak się już dopchało do lady to należało wcisnąć w przesuwaną po ladzie rękę ekspedientki 10 rubli, wtedy ona łaskawie pytała, co chcę kupić – mówiłem „kalco”, rozmiaru oczywiście nie było, więc mówiłem, że wezmę jaki jest. Chciałem też drugi z ametystem -”nie lzia”, więc kolejne dziesięć rubli. Wtedy i właściwy rozmiar się znalazł i nabyłem dwa pierścionki. Taki sposób postępowania był efektem otrzymanego instruktażu. W zakupach pobił każdego z nas na głowę kolega, który na „tauczoku” zakupił trzy ikony. Jedną szczególnie piękną w srebrnej sukience ikonę MB wzorowaną na MB włodzimierskiej. W Polsce się okazało, że jedna z ikon była bezwartościowym podmalowanym oleodrukiem. Przy przewozie ikon do Polski zastosował chwyt na pijaka – machnęli ręką i w ogóle go nie kontrolowali.
Widok na operę w czasach carskich
Ze sprzedaży ciuchów mieliśmy z kolegami całkiem sporo pieniędzy, ponieważ jadaliśmy na stołówce w akademiku, to po zrealizowaniu zaplanowanych zakupów, zastanawialiśmy się jak je wydać, oczywiście mając jeszcze na względzie wyjazdy do Kijowa i Moskwy.
Tak trafiliśmy na restaurację „Bratysława” w centrum. Restauracja była ewenementem bo mieściła się na pięciu piętrach. Staliśmy się tam wkrótce regularnymi bywalcami. Przychodziliśmy na kolacje, zostawialiśmy portierowi pieniądze na taksówkę na powrót i ucztowaliśmy. Na każdym piętrze była inna kuchnia. Najlepsza okazała się gruzińska a kelnerzy gruzińscy nadzwyczajni. Byli zachwyceni polską drużyną piłki nożnej (Polacy zdobyli w 1974 roku trzecie miejsce na mistrzostwach świata a Lato został królem strzelców. Pierwszy toast wypijaliśmy za polskich piłkarzy, kelnerzy razem z nami, potem oni się nam rewanżowali, wino i koniaki gruzińskie. Po tygodniu już nie zwiedzaliśmy pięter tylko od razu zatrzymywaliśmy się u Gruzinów.
Dawny pałac Olgi Potockiej, obecnie muzeum sztuki
Dawny pałac Beliny Brzozowskiego
Kolumnada przed pałacem Woroncowa
Gospodarze z Instytutu organizowali nam rozmaite atrakcje w tym dwie nadzwyczaj ciekawe. Wyjście do opery i zwiedzanie winiarni produkującej szampana. Oni to nazywali „szampańskij zawod”. Nie pamiętam co wystawiano w operze. Pamięć moją zdominowało przeżycie z pionierami w toalecie publicznej na placu przed operą, które już opisałem w jakimś z poprzednich postów. Natomiast sama opera wzorowana na paryskiej zachwycała przepychem i secesyjną architekturą. Potem tak wielkie wrażenie wywarły na mnie opery w Budapeszcie, Lwowie i Paryżu.
W „szampanskom zawodie” clou programu stanowiła degustacja, wtedy po raz pierwszy dowiedziałem się o wszystkich smakach czy gatunkach szampana. Degustacja zaczynała się od „stakańczyka”muskata – najsłodszego szampana, potem słodki, półsłodki, półwytrawny, wytrawny i na końcu brie.. Na zakończenie każdy dostawał do konsumpcji na miejscu butelkę szampana o smaku który mu się najbardziej spodobał. Skutek był morderczy – mniej więcej dwie butelki na głowę – umysł jasny ale nogi odmawiają posłuszeństwa. Usłużna obsługa uprzejmie doprowadzała do autokaru.
Prawie codziennie chodziło się na plażę, która była ogrodzona a w bramie stał strażnik. Nie pamiętam czy były tam bilety a nawet jeśli to były bardzo tanie. W budkach przy wejściu sprzedawali czworościenne kartonowe rożki z lodami lub gęstą śmietanę a także obok arbuzy – tych nigdy nie brakło. Przy każdym wejściu stały beczkowozy z kwasem chlebowym. W centrum w ogródkach przy kawiarniach można było wypić okropne piwo „Żyguliwskoje” albo białe kwaśne wino „Aligote”. Piwo i wino najczęściej podawano ciepłe. Do piwa można było zamówić solone ryby -”byczki”. Aligote serwowano na urządzanych dla nas przyjęciach w akademiku – szczerze je znienawidziłem. Kto nie pił alkoholu był od razu podejrzanym. Lepiej było ukradkiem wylewać niż odmawiać picia.
Któregoś dnia zorganizowano nam wyprawę do Humania, do Parku Zofiówka. Parku wybudowanego przez Stanisława Szczęsnego Potockiego dla jego żony Zofii – pięknej Greczynki z pochodzenia. Magnat wydał na niego fortunę – było to najsłynniejsze założenie parkowe w owym czasie w Europie. Po powstaniu listopadowym majątek został skonfiskowany przez cara Mikołaja. Kiedy zwiedzaliśmy to miejsce park wydał mi się zapuszczony, ale i tak imponujący: stawy, kaskady wspaniałe arboretum, podziemna rzeka. Podobno teraz pięknie odrestaurowany, kto będzie w pobliżu warto obejrzeć.
Po kilkugodzinnym zwiedzaniu zostaliśmy zaproszeni przez dyrektora pobliskiego kołchozu na przyjęcie. Dyrektor był Polakiem bardzo dobrze mówił po polsku. Przyjęcie było na jakiejś parkowej polanie, jedzenie poukładane na leżących na ziemi białych obrusach w dziwnym połączeniu z kożuchami. Były przepyszne wędliny, pomidory, ogórki, bakłażany i morze wódki. Pili szklankami takimi z grubego szkła. Popijali kwasem chlebowym, lemoniadą i „sowieckim szipuczijem” = musującym lekkim winem. Najbardziej szokujące, że ukraińskie studentki, które nam towarzyszyły piły pełnymi szklankami. Gdym nie widział nie uwierzyłbym. Ta sama sytuacja powtórzyła się przy naszym pożegnaniu, gdy będąc już w pociągu odjeżdżaliśmy do Kijowa a studenci z Instytutu w tym dziewczyny na peronie rozlewali wódkę i popijali „szipuczym”. W Sowieckim Sojuzie pijanym więcej się wybaczało niż trzeźwym.
Jaskółcze gniazdo niedaleko Jałty
Liwadia, pałac Potockiego, tu odbyła się konferencja Jałtańska, gdzie zdradzieccy Churchill i Roosevelt sprzedali Polskę Stalinowi
Po wielu staraniach wywalczyliśmy wyprawę statkiem na Krym do Jałty, Liwadii i Teodozji. Zwiedziliśmy także pałac Woroncowa i Jaskółcze Gniazdo. Statek wypływał wieczorem i wczesnym rankiem zawijał do Jałty. Nie mieliśmy biletów do kabin, więc postanowiliśmy spędzić czas w restauracji. Zajęliśmy chyba 5 lub 6 stolików coś jedliśmy i piliśmy jakieś wino, nie wiem, czy nie było to Aligote. Podchmieleni zaczęliśmy śpiewać. Póki było po polsku to pół biedy. Sokoły, Czerwony Pas, potem ktoś znał jakieś dumki. Ale w końcu ktoś zaczął „Czapajewa”. To by pewnie też przeszło gdyby nie zwrotka „ za matuszku Rassiju, za biełogo cara”. Przybiegł zdenerwowany kierownik restauracji i prosi „towariszczi, eta nie lzia, eto kontra” (niby kontrewolucja). Kto przestanie w takiej sytuacji. Musieli więc przyjść jacyś marynarze, wyrzucili nas na pokład a restaurację zamknęli. Dzięki temu mogłem podziwiać najwspanialszy wschód słońca jaki widziałem w moim życiu. Wschód połyskujący wszystkimi pastelowymi barwami nad powoli wynurzającymi się z granatowej ciemności Górami Krymskimi Z Ajudahem i Czatyrdahem na czele. Szczytami które tak pięknie opisywał Mickiewicz w „Sonetach Krymskich” . Tak się złożyło, że potem wędrowałem śladami Mickiewicza w Nowogródku, Paryżu i Stambule.
W Jałcie mieliśmy swoiści zabawny incydent. Tuż przy plaży w centrum na placu znajdował się pomnik Lenina. Szukając czegoś na ochłodę wyszlismy w strojach kąpielowych z plaży na plac z Leninem. Nadbiegł milicjant i zaczął krzyczeć, że nie można tak przy Leninie, że trzeba się ubrać. My dyskutowaliśmy a jeden z kolegów wrócił na plażę założył kurtkę dżinsową i ciągle w kąpielówkach podszedł do nas. Na kurtce miał przypiętych chyba z 15 znaczków z Leninem, wyglądało to jak baretki odznaczeń, milicjant zobaczył je, zasalutował i odszedł. Tak to Lenin uchronił nas przed groźbą mandatu.
Współczesna Odessa z lotu ptaka
Pasaż- galeria w Odessie prawie jak w Mediolanie – szkoda, że nie mogę zaprezentować zdjęcia z czasów mojego pobytu
Na koniec parę słów o samej Odessie. Piękne miasto, projektowane głównie przez architektów włoskich, przynajmniej ta część po której poruszaliśmy się. Zadziwiająco dużo pałaców dawnej polskiej arystokracji czy kupców. W XIX wieku, Odessa był czwartym co do wielkości miastem w Rosji carskiej, po Moskwie, Petersburgu i Warszawie. Jego historyczna architektura jest w stylu bardziej śródziemnomorskim niż rosyjskim, będąc pod silnym wpływem stylu francuskiego i włoskiego. Domy w większości secesyjne, szerokie bulwary, ładne parki i te słynne schody na których jakoby matrosy z pancernika Potiomkin zabijali rewolucjonistów w 1905 roku. W rzeczywistości była to „licentia poetica” Eisensteina w celu udramatyzowania akcji. Schody są rzeczywiście imponujące schodzące wprost do portu. Ale obok jest „Kanatka” czyli kolejka gondolowa, którą z portu można wjechać na górę do miasta. W 1974 roku cerkwie były zapuszczone i nie wiem czy przypadkiem nie zamknięte. Wydaje mi się, że polski kościół był zamknięty. Polacy w Odessie zostali wymordowani przez NKWD w czasie czystek w 1922 i 1934 roku a było ich tam kilkanaście tysięcy. Do drugiej wojny trzecią część mieszkańców miasta stanowili Żydzi. Niemcy po zdobyciu miasta przekazali je Rumunii. Początkowo Rumuni wydawali Żydów Niemcom, potem zbuntowali się i odmawiali, dzięki temu mimo hekatomby w porównaniu z resztą Ukrainy relatywnie sporo ich się uratowało. Rumuni dobrze zapisali się w pamięci mieszkańców, terror bolszewicki ustąpił, cerkwie ponownie otwarto, jedynie zwalczali partyzantów kryjących się w rozległych podziemnych kamieniołomach. Rosjanie usiłowali w czasie zajmowania Krymu wywołać bunt w mieście – ciągle połowa mieszkańców to Rosjanie i język rosyjski dominuje na ulicach. Jedak im się nie udało. Przez parę lat gubernatorem Odessy był były prezydent Gruzji Sakaaszwili, kiedy poróżnił się z Poroszenko został usunięty. Miasto obecnie liczy ponad milion mieszkańców, czasy świetności ma za sobą, ale jeśli gospodarka Ukrainy stanie na nogi czeka je znakomita przyszłość.
Z Odessy pojechaliśmy na tydzień do Kijowa a następnie również na tydzień do Moskwy, ale to już na inną opowieść. Stosunek ludzi do nas był nadzwyczaj pozytywny, zatrącający na coś w rodzaju podziwu. Ale tak to już jest z Rosjanami indywidualnie są mili i życzliwi, ale kiedy występują służbowo, w imieniu państwa, nie daj Boże jeszcze w mundurze, diabeł w nich wstępuje i wychodzą na wierzch najgorsze barbarzyńskie instynkty.
Niestety nie robiłem żadnych zdjęć. Zdjęcia, które prezentuję są z Internetu, wśród nich jest również zdjęcie obrazu Ajwazowskiego.
https://www.youtube.com/watch?v=Y8bDI6W2w8w Moskwa Odessa -Wysocki
https://www.youtube.com/watch?v=jmXTSOpNLYQ – Murka Wielanek
https://www.youtube.com/watch?v=Z81l5QzxxBA Murka – Wysocki













Dodaj komentarz