OJCIEC EDWARD (EDŹKO)

wpis w: Dzieciństwo | 0

Ojciec był dla mnie tajemnicą, oddzielony od dzieci jakimś niewidzialnym murem. Nigdy się z nami nie spoufalał. Surowy, impulsywny ale i łatwo poddający się wzruszeniom. Dla chłopców ciągle ze sobą walczących, wychowujących się trochę na ulicy, psocących i uczestniczących we wszystkich rozróbach był karzącym ramieniem sprawiedliwości. Karę wymierzał szerokim pasem oficerskim, który normalnie służył do  ostrzenia brzytwy lub tak zwanym „pacynglem” to jest parcianą pętlą służącą do wyciągania kopyta z butów. Stałą, pewną i niezawodną ochroną przed jego karami stanowiła Babcia. Z młodszym bratem często ratowaliśmy się ucieczką do kryjówki pod łóżkiem Babci i tam przeczekiwaliśmy gniew ojca. Ojciec wyraźnie złagodniał gdy urodziła się nasza młodsza siostra.  W domu obowiązywał wyraźny podział obowiązków. Rolą ojca było zapewnienie wyżywienia całej rodzinie. Był człowiekiem wszechstronnym, wszystko potrafił zrobić. W latach pięćdziesiątych wykonywał zawód szewca o czym już pisałem. Tu istotna uwaga, prawdziwe jest twierdzenie „Kląć jak szewc”- Ojciec był wątpliwym mistrzem w tej dziedzinie. Znał się na budownictwie – pamiętam wytyczanie fundamentów i  budowę kilku domów, murował, znakomicie operował siekierą. Można powiedzieć, że pracował w usługach dla ludności czego przykładem jest jego sezonowy fach rzeźnicki. Mimo, że Krynki to niewielkie miasteczko to większość rodzin hodowała świnie na własne potrzeby. Zamożniejsi zabijali je na święta Bożego Narodzenia i Wielkanocy, biedniejsi tylko raz do roku. Ktoś musiał te zwierzęta zabić i oprawić. Właśnie między innymi tym zajmował się ojciec. W naszym domu często kupowaliśmy na targu cielaki i owce na mięso. Mama nie pozwalała nam oglądać zabijania, ale oprawianie, ćwiartkowanie i porcjowanie już mogliśmy. Głowy zwierząt były przed nami chowane. Nigdy nie zabiłbym żadnego zwierzęcia, zresztą los mi tego oszczędził, ale bez problemu mógłbym fachowo oprawić każde zabite zwierzę. Może w związku z tym fachem ojciec był smakoszem. Zjadał móżdżek, zupę juszkę (czerninę), jądra baranie czy bycze, tak zwaną świeżeninę, skwarki i inne frykasy, to w ramach części wynagrodzenia w naturze, oczywiście serwowane pod wódkę. Ja  nigdy tych smakołyków nie tknąłem. Na targu kupował często ryby i raki. Chyba do pierwszej połowy lat sześćdziesiątych zawsze na Wielkanoc mieliśmy pieczonego prosiaka. Czwartkowe targi poza zakupami stanowiły znakomite miejsce do wymiany informacji, plotek i integracji ludzi. W czwartek na targu kupowało się masło, śmietanę, sery. Po podwyżkach gomułkowskich od czasu do czasu pędził bimber. Sprzęt był banalnie prosty. Stawiało się blaszany kocioł z zacierem na ogniu (płycie kuchennej), na wierzch kotła kładło się blaszaną miednicę z podwieszoną na drutach pod miednicą pustą miską. Szczelinę między krawędzią kotła a miednicą uszczelniało mąką żytnią lub osypką zmieszanymi z wodą. Takie szczeliwo było idealne, bo od wewnątrz wilgotne, na zewnątrz wysychało, doskonale spełniało swoja rolę. Do miednicy nalewało się zimnej wody. Cała sztuka polegała na utrzymaniu właściwego płomienia (tak zwany wolny ogień) i częstej wymianie wody w miednicy. Proces przebiegał mniej więcej tak: Alkohol parował z zacieru, pary docierały do zimnego dna miednicy, skraplały się i alkohol skapywał do miski. Po pewnym czasie ojciec przerywał proces –twierdził, że alkohol uzyskany na początku procesu i na końcu jest szkodliwy. Potem na lekcjach chemii uzyskaliśmy potwierdzenie jego twierdzeń.

Nie znosił ciężkiej, fizycznej i mozolnej pracy, uchylał się od dużego wysiłku i wycieńczających zajęć w przeciwieństwie od Mamy, która chyba miała większą siłę fizyczną i wytrzymałość od Ojca. Mało się angażował w garbowanie skór. Umiał wszystko naprawić, uczył nas użytecznych umiejętności, tak jak Mama ogrodnictwa, jak bezpiecznie posługiwać się narzędziami; siekierą, piłą, scyzorykiem, młotkiem, dłutem.  Drewno do pieca umieliśmy piłować jako ośmio- dziewięcioletni chłopcy. Musieliśmy przyglądać się jak naprawia żelazko czy rower, żeby potemmóc naprawić samemu. W domu cały sprzęt był sprawny, noże ostre, buty wypastowane a spodnie świąteczne i koszule wyprasowane. Nie znosił systematycznej pracy, szczególnie pracy na roli, kiedy trzeba było pomagać krewnym, którzy uprawiali rolę. Zawsze czysty i elegancki, spodnie w kant podobał się kobietom, delikatnie rzecz ujmując z wiernością małżeńską miał kłopoty. Lubił kierować i zarządzać, doskonale spełniał się jako komendant straży pożarnej. Nie trwało to jednak długo, chyba po czterech latach przestał pełnić tę funkcję.

Rodzice prowadzili dość intensywne życie towarzyskie. Pamiętam potańcówki w starym parku (dawnym majątku Viriona), zabawy w sali kinowej, która mieściła się w dziewiętnastowiecznej synagodze tzw” kaukaskiej” a następnie, gdy ojciec został komendantem Ochotniczej Straży Pożarnej w remizie strażackiej. W tej ostatniej przez wiele lat bawili się na Sylwestra. Rodziców często zapraszano na wesela bliższych i dalszych krewnych. Ojciec był człowiekiem dowcipnym i miał tak zwane „gadane”, więc na wielu weselach pełnił rolę „swata”. Zadanie  swata polegało na podkręcaniu zabawy, wznoszeniu toastów i wyciąganiu od weselników prezentów, publicznym ich okazywaniu i wręczaniu następnie „młodym” Recytował przy tym rymowanki, opowiadał „kawały”, zdarzały się też przyśpiewki – wszystko dość niewybredne. Wesela były huczne co najmniej trzydniowe. Najlepsze były w okresie  letnim , bo tańce odbywały się na świeżym powietrzu na specjalnie przygotowanym, zbitym z desek „parkiecie”. Rodzice nas zabierali ze sobą. Największą frajdą było spanie w stodole na sianie. Normą było spędzanie Świąt rodzinnie, jednego dnia przyjęcie w naszym domu, następnego u jednej ciotki, kolejnego u drugiej, potem wujkowie, itd. W okresie Świąt Bożego Narodzenia codzienne przyjęcia ciągnęły się aż do Trzech Króli przy śpiewie kolęd. Z podobnym rozmachem obchodzono imieniny. Zawsze śpiewano, pieśni patriotyczne i czasami piosenki ludowe. Do żelaznego repertuaru należała kolęda „Nie było miejsca dla Ciebie” i patriotyczne „Czerwone Maki”. Przyjęcia były suto zakrapiane. Do rytuału należały odwiedziny krewnych przynajmniej raz w tygodniu i rewizyty. Do czasu uwięzienia można powiedzieć, że Ojciec nadużywał alkoholu. Mama często nas wysyłała, żeby wyciągnąć go z gospody lub meliny. Szybko wypracowaliśmy metodę: należało uczepić się jego spodni, wtedy poddawał się i wracał z nami do domu. Z meliny o wiele trudniej dawało się go wyprowadzić. Sprytu wymagało znalezienie właściwej. Czasami obchodziliśmy wszystkie (zapamiętałem cztery). Mówił, że załatwia interesy i żeby mu nie przeszkadzać. Może kiedyś opiszę taką melinę, zazwyczaj prowadziła ją w swoim domu jakaś energiczna samotna kobieta, najczęściej wdowa, która w ten sposób zarabiała na życie. Wpuszczała nas do swego mieszkania, bo bała się, że stojąc na dworze i wołając ojca ściągniemy uwagę ludzi i milicję. Pijaństwa Ojca były okresowe, na Wielki Post składał w kościele przysięgę, że nie będzie pił i palił papierosów i zawsze jej dotrzymywał.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Taki był Ojciec na co dzień. Natomiast ciężko powiedzieć coś pewnego o jego poglądach i życiu przed wojną i w czasie wojny. Teraz odbudowuję jego życie ze strzępków informacji. Po pierwsze nigdy sam z siebie nic nie mówił o przeszłości. Pytany odpowiadał półgębkiem, zniechęcająco,  głównie o wydarzeniach bez znaczenia, wygłupach jego „paczki” czy asystowaniu w grze w trzy karty na targach, więc nigdy nie drążyliśmy tematu. Więcej można było się dowiedzieć od Babci choć też niewiele. Na pewno pilnie słuchał rozgłośni zagranicznych szczególnie Wolnej Europy i Głosu Ameryki, ale o tym już pisałem. Na pewno cieszył się na wieść o śmierci Bieruta. Okresy historyczne dzielił na „czas za sanacji” i „czas za demokracji” ten ostatni określany z wielkim przekąsem a nawet pogardą.

Stosunek do komuny, władz komunistycznych i milicji miał jednoznacznie negatywny, ale ciągle podkreślał, że trzeba jakoś żyć. Kiedy Babcia miała dobry humor to wyciągała stary rozsypujący się album ze zdjęciami oprawiony w skórę i pokazywała dzieciom zdjęcia. O Babci niedługo napiszę, Babcia była głęboko wierzącą osobą i to ona nauczyła nas pieśni patriotycznych i opowiadała czasami historie z okresu przedwojennego i wojny z bolszewikami. Ojciec czasami jej się czepiał po co nam mąci w głowach. Ale w tym albumie były ciekawe zdjęcia, jacyś mężczyźni w mundurach (potem okazało się, że ułani – jeden krechowiecki), ale i zdjęcia ojca z harcerstwa przedwojennego, w gronie „Rycerzy Niepokalanej” i ze zjazdu- pielgrzymki harcerzy chorągwi wileńskiej w Częstochowie. Jedno zdjęcie jest szczególne. Ojciec jako czternastoletni chłopiec prowadzi drużynę harcerską z rozwiniętym sztandarem do kościoła na mszę w związku ze śmiercią Józefa Piłsudskiego. My mieliśmy zakaz należenia do harcerstwa komunistycznego – tu Babcia i Ojciec byli zgodni.

Mam pewne podejrzenia, że mógł współpracować z Policja Państwową, pomagając w rozpracowywaniu działających w Krynkach komórek komunistycznej partii zachodniej Białorusi. To przypuszczenie opieram na tym, że zadziwiająco dużo wiedział o tym kto był komunistą przed wojną i czym się wykazał. Na przykład mówił, że wie dokładnie kto wysadził pod koniec wojny elektrownię w Krynkach i że są to teraz ludzie na wysokich stanowiskach.  Siostra znalazła w archiwum w Grodnie raport komendanta policji z Krynek w którym informuje, że Sidorowicz Adolf czyli wuj ojca ostrzega przed planowanym zamachem białoruskich terrorystów. Ojciec miał niebywale rozległe kontakty, znał nawet ludzi z odległych wsi. Czasami mówił, że dużo Polaków zabiła partyzantka sowiecka, do której należeli jacyś ludzie z Krynek. Ale żadnych konkretów. Zresztą ani ja ani bracia nie byliśmy jeszcze na etapie zdobywania wiedzy i jej systematyzowania o historii rodziny czy też poznawania losów poszczególnych osób. Byliśmy zdominowani opowieściami Mamy o jej ucieczce z robót przymusowych w Prusach, dwutygodniowej wędrówce nocami do domu i potem ukrywaniu się aż do momentu wkroczenia Sowietów. Ojciec milczał o swoich losach. Ziemkiewicz w swojej książce „Zgred” wspominając swego ojca napisał „oni stracili swoje biografie, my historie swoich rodzin”. To stwierdzenie bardzo trafnie oddaje ówczesną rzeczywistość. Ludzie się bali, bo prześladowano za pochodzenie, za walkę w obronie Polski, za pełnione funkcje przed wojną, za utrzymywane kontakty, za AK i za wiele innych rzeczy. W Krynkach wielkie znaczenie miały relacje narodowościowe, gdyż znaczna część prawosławnych uważała się za Białorusinów i czynnie popierała Sowietów i później równie zdecydowanie polskich komunistów. Ufać można było tylko członkom rodziny. Jedyne o czym Ojciec wspominał od czasu do czasu to o noszeniu jedzenia do getta, ale komu i jak o tym już ani słowa. Ciekawe, że za pierwszych Sowietów nie wzięli go do ruskiego wojska jak to się zdarzyło niektórym mieszkańcom Krynek, chociaż wiekowo pasował. Albo gdzieś się ukrywał, albo został wybroniony. Podobnie po powtórnym wkroczeniu Sowietów w 1944 roku – wtedy też brali do Armii Czerwonej – jego nie wzięli. Za to znam już historię od 1945 roku, ale tez nie od Ojca. Czternastu mieszkańców Krynek wstępuje do milicji (wśród nich Ojciec)- komendantem zostaje człowiek o nazwisku Korzeniowski albo Korzontkowski – oficer AK. W sierpniu 1945 roku wywozi on furmanką całą broń z posterunku jadąc z woźnicą i jednym eskortującym (jedynym komunistą na posterunku) do Sokółki. Po drodze napadają na nich partyzanci. Zabierają broń, rozbierają do bielizny eskortującego – biją go, uprowadzają Korzeniowskiego, gdzieś w lesie rozlega się strzał. Mówią woźnicy, który powszechnie był znany jako „Piatka”, żeby przekazał innym, że tak kończą zdrajcy i znikają. Następnego dnia to jest 24 kwietnia 1945 roku czternastu milicjantów dezerteruje wśród nich mój Ojciec. Poszukiwany listem gończym ukrywa się potem przez parę miesięcy aż do amnestii. Przejrzałem jego dokumenty w IPNie. Zadziwiająco mało informacji, brak zapisów o rozprawie, ale jest określenie dezerter. Jeszcze w latach sześćdziesiątych byli dezerterzy utrzymywali kontakt z Korzeniowskim żyjącym gdzieś na zachodzie Polski. O dziwo nikt z dezerterów nie poszedł siedzieć, ale też nikt z nich nie zrobił jakiejkolwiek kariery. Uchronił ich brak wykształcenia i pochodzenie z biednych rodzin (wzorcowi proletariusze).

Z bardzo wczesnego dzieciństwa pamiętam wielokrotnie odwiedzającego nas krewnego z Nietupy, który z ojcem zamykał się w pokoju i rozmawiali o przeprowadzaniu ludzi przez granicę o obławach i rewizjach w jego domu. Na nas nie zwracali uwagi, strzępki słów do nas docierały a potem obaj ze starszym bratem pamiętamy jak Ojciec opowiadał Mamie o nagłej rewizji u krewnego w czasie obławy i ukryciu automatu za miotłą. Nam ten krewny imponował posiadaniem dwóch olbrzymich psów, które rozkładały się w przedpokoju nikogo nie wpuszczając do środka.

W zasadzie żadne wielkie słowa nie pasują do Ojca – był prostym człowiekiem, niewykształconym z biednej, niepełnej rodziny, pogrobowcem. Wiedzę czerpał ze swego otoczenia, nauczył się żyć w pokrętnym świecie gdzie dominowała przemoc zarówno fizyczna jak i duchowa. Ta okrutna siła pierwszej i drugiej okupacji sowieckiej, bezwzględne rozprawianie się z ludźmi, którzy służyli Polsce i później służalczy reżim Polski Ludowej wycisnęły na każdym niezatarte piętno. Na pewno nie widział szansy na zmianę, dlatego mówił, że musimy się urządzić, jego marzeniem było, żebym został dyrektorem PGR –u, który według niego miał użyteczną władzę – jedynie dotąd sięgało jego doświadczenie. Moje śmiechy z tych sugestii bardzo go dotykały i denerwowały. Wydaje mi się, że od pewnego wieku zaakceptował ten system, taki przyziemny racjonalizm. Mamy się urządzić – coś znaczyć. Jednak muszę przyznać, że przyjeżdżał razem z Mamą do Warszawy na wszystkie moje rozprawy i wspierał mnie na duchu. Żałuję, że wtedy zajęty sobą, nie pociągnąłem go za język, bo wyglądało na to, że mógłby się otworzyć. Widział, że mnie nie powieszą ani rozstrzelają, widział pełną salę ludzi otwarcie solidaryzujących się z oskarżonymi i zbierającymi pieniądze na zapłatę grzywny. Wtedy chyba zrozumiał, że reżim stracił zęby. A później w wolnej Polsce doświadczałem tylko zachwytu i podziwu z jego strony. Na pytania było za późno, bo w jego przypadku starość mocno wpłynęła na jego pamięć.

Jak na małą mieścinę często zmieniał pracę, był na przykład magazynierem w GSie. Po roku czy dwóch latach pracy został aresztowany z zarzutem doprowadzenia do strat przy skupie ziemniaków – ileś tam ton zgniło przechowywane na deszczu, słocie i zimnie. Był to czas szukania wszędzie szkodników gospodarczych – w Krynkach trafiło na niego. Spędził pół roku w areszcie, potem go wypuszczono bez rozprawy i odszkodowania. Sprawę umorzono. Rodzice w dowód wdzięczności Bogu za ocalenie ufundowali figurę Świętego Antoniego do Kościoła.

W młodości nie ceniłem Ojca, za jego ciągłe kłótnie z Mamą, za picie, za przekleństwa, za konformizm, za dystans wobec dzieci, ale w pewnym momencie zrozumiałem, że jego prostactwo jest rezultatem  przetrąconego kręgosłupa. Teraz jestem wdzięczny Rodzicom za ich trud i poświęcenie w wychowaniu czwórki dzieci (trójka z nas uzyskała wyższe wykształcenie). Za przekazanie wiary i wartości którymi trzeba kierować się w życiu, za nie wciskanie nam relatywizmu, za jasne rozróżnianie dobra od zła, za umiejętność oddzielania prawdy od fałszu, za wiedzę czego nie można a co można i kiedy postępować jak trzeba.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *