Są zdarzenia, przy czym nie mam na myśli traumatycznych przeżyć , które odciskają wyraźne piętno na człowieku. Uważam, że one kształtują charakter, światopogląd, postrzeganie świata. Wzmacniają wiarę lub przeciwnie. Uwrażliwiają na piękno, uczą życzliwości. Są jak kamienie milowe i drogowskazy w życiu. Wspaniale jeśli łączą kilka pierwiastków tak jak zetknięcie się sztuki z wiarą. Będę próbował w swoich wpisach iść śladami wiary w sztuce, ale i opisywać sytuacje, które wywarły na mnie ogromne wrażenie.

Zacznę od nocnego wejścia na świętą górę Synaj po arabsku Dżebel Musa czyli Góra Mojżesza. Tu właśnie objawił się Bóg Izraelowi. Wchodzi się stosunkowo łatwą, szeroką drogą. Ja szedłem około trzy i pół godziny. Można zmówić kilka razy różaniec. Ciemno choć oko wykol, co jakiś czas mija się innych pielgrzymów czy turystów lub oczywiście jest się mijanym,. Niektórzy z nich mają latarki i przyświecają sobie. Zarówno na dole jak i w kilku miejscach po drodze czekają Arabowie z wielbłądami, żeby zawieźć chętnych na górę.

Wchodziłem w nocy z 23 na 24 grudnia 2003 roku. Było zimno, oczywiście przy podejściu chłodu się nie odczuwało, dopiero na szczycie panowało przejmujące zimno około 5 stopni lub może mniej. Na ostatnim przystanku przed szczytem w prymitywnej szopie można było wypić herbatę i wypożyczyć za 5 dolarów zakurzony i niezbyt mile pachnący, ciężki, bury pled. Pled ten uratował mnie przed zamarznięciem, Mimo, że na sobie miałem kilka warstw swojego i Ewy ubrania. Na szczycie, który jest dość rozległy, udało mi się zająć zaciszne miejsce i opatulonemu w koc oczekiwać wschodu słońca, bo obserwacja słońca wychodzącego z za kolejnych łańcuchów gór jest największą atrakcją zarówno dla pielgrzymów jak i turystów. Dopiero na szczycie szukając miejsca zobaczyłem jak wielu ludzi tam się zgromadziło. Myślę, ze było ich co najmniej trzystu. Ciekawe po co przyszli. Wokół rozlegał się gwar utrudniający koncentrację i skupienie. Czekałem około godziny na pierwszy promień słońca. To czekanie jest potrzebne, bo pozwala wewnętrznie się wyciszyć i z wolna popaść w zadumę i rozmyślania. Myślę, że stało się to udziałem większości obecnych, bo gwar ucichł. Rozmyślałem o Mojżeszu. Tyle razy w chodził na tę Górę. Zawarł na niej Przymierze z Bogiem. Wysłuchał razem ze swoim ludem stojącym u podnóża Góry Dziesięciu Przykazań, potem wezwany po tablice z przykazaniami poszedł jeszcze raz. Wyobraziłem sobie, tę pokorę sześciodniowego oczekiwania Mojżesza – siódmego wezwanie, bo przecież miał pewność, że Bóg się objawi jak poprzednio. Co on myślał, czego oczekiwał, no i co robił później – wykuwał tablice? A może na mocy kolejnych instrukcji czekał, bo Bóg chciał wypróbować Izraela? Przechodziły mnie dreszcz nie wiadomo czy z emocji czy z zimna.

Na wschodzie niebo zaczęło szarzeć i coraz bardziej jaśnieć. Najpierw pojawiły się niewyraźne filetowe zęby góry na tle jaśniejącego nieba. Potem fiolet jaśniał, poszczególne łańcuchy nabierały różnych jego odcieni, stawały się wyraźniejsze a fiolet przechodził w róż. I nagle spoza jednego ze szczytów wystrzelił pierwszy złoty promień , który jak w pryzmacie rozszczepił się na kilka kolorów. Niebo zmieniało barwy w jeszcze szybszym tempie, ale tylko od strony słońca – nad nami nadal było ciemne. I wreszcie już nie można było patrzeć wprost w kierunku słońca. A wtedy grupa Japończyków obecna na Górze zaczęła krzyczeć w kierunku słońca: banzai, banzai, Banzai. Nastrój prysł a otaczające góry nadal były piękne. Surowe piękno odpowiadające surowości Dziesięciu przykazań i pięknu człowieka przestrzegającemu tych przykazań.
Nie wiem czy jakakolwiek .fotografia może oddać piękno tych błyskawicznie zmieniających się widoków, ale zamieszczam kilka. Nie jestem też w stanie opisać tych duchowych przeżyć, których doświadczyłem, na pewno zapadły mi one głęboko w duszę. Widziałem mnóstwo wschodów słońca, również w górach. Jednym z najpiękniejszych było słońce wschodzące zza Gór Krymskich a konkretnie spoza mickiewiczowskiego Czatyrdahu widziane z morza na podejściu do portu w Jałcie w sierpniu 1975 roku. Tamten wschód wzbudził zachwyt, ale nie wywołał mistycznego przeżycia.

Zejście z góry Synaj
Przeżycie to zostało jeszcze utrwalone przez wizytę w klasztorze świętej Katarzyny po zejściu z góry Synaj. Zejście odbywa się inną drogą i wychodzi na klasztor odległy o około 2 km od podnóża góry. Być może klasztor został założony w miejscu gdzie pierwotnie było obozowisko Izraelitów. W końcu jest to jedyna oaza w okolicy. Nie ma w tym klasztorze bogactwa, no może poza wspaniałym zbiorem rękopisów, za to widać głęboką wiarę, która nawarstwiła się w tym miejscu na przestrzeni piętnastu wieków. Taką wiarę , która przetrwała 14 wieków istnienia w nieprzyjaznym środowisku. Prostota tego klasztoru porusza, mnisi żyją tam jak przed wiekami. W świątyni nie można robić zdjęć Zresztą ani wiary ani historii nie można pokazać na zdjęciu.




Dodaj komentarz