MOJE
Przechodniu powiedz Polsce, żeśmy polegli wierni w jej służbie
Napis na cmentarzu na całej jego szerokości
Wszystko jedno jaki los przypadnie
W tej śmiertelnej wojnie szaleńców
Nim ostatni romantyk nie padnie
Będziem walczyć, będziem bić się. Nic więcej
Jan Olechowski żołnierz walczący pod Monte Cassino
Wzgórze Monte Cassino w 2014 roku wczesnym rankiem. Mgła unosi się nad doliną tak jak w czasie bitwy dymy
Z nazwą Monte Cassino zetknąłem się już we wczesnym dzieciństwie. Tchnęła jakąś daleką egzotyką w przeciwieństwie do piosenki „Czerwone Maki”, która była taka swojska, naturalna. Piosenka była często śpiewana w domu podczas różnych biesiad razem z innymi ludowymi i patriotycznymi pieśniami. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych każda biesiada kończyła się śpiewami. Wszyscy byli aktywni, wszyscy znali teksty piosenek. Prym wodzili wujek Józek, który śpiewał w chórze kościelnym i Mama. Czasami śpiewali na dwa głosy, to najbardziej lubiłem. Monte Cassino było też obecne za sprawą powszechnie znanych w Krynkach ośmiu jego mieszkańców, którzy w Dywizji Kresowej właśnie tam walczyli a jeden z nich Chrzanowski mieszkał na piętrze naprzeciwko mojego rodzinnego domu. Miał on w domu mnóstwo skarbów, które nam małym chłopcom pokazywał – były to zdjęcia, medale, listy z Włoch, naszywki jakieś części munduru. Ponieważ starszy brat zbierał znaczki, Chrzanowski pozwalał nam wycinać z kopert te znaczki. Wtedy nie interesowały nas listy a szkoda, pewnie bezpowrotnie przepadły. Sama bitwa była jakoś tam w tle, dopiero z czasem, gdy zacząłem słuchać z Ojcem Radia Wolna Europa nauczyłem się też rozróżniać Wojsko Polskie na Zachodzie od Berlingowców (LWP).
Jeszcze w szkole podstawowej przeczytałem skróconą i ocenzurowaną „Bitwę pod Monte Cassino” Melchiora Wańkowicza. Musiało upłynąć jeszcze ze dwadzieścia lat zanim dotarłem do pełnego bo nie okrojonego „Monte Cassino” i znowu niedawno po ponad 30 latach sięgnąłem po tę książkę Wańkowicza ponownie. W międzyczasie naczytałem się i nasłuchałem polemik i dyskusji – po co nam była ta bitwa, że nic nie wnosiła, straszliwe straty (ponad 1000 żołnierzy zabitych – takie echo dyskusji na temat Powstania Warszawskiego. My Polacy brniemy często w jakieś absurdalne malkontenctwo i pomniejszanie własnych osiągnięć i zasług. Z drugiej strony reakcją na te narzekania i obrzydzanie jest jakaś napuszona bohaterszczyzna. A przełamanie umocnionej niemieckiej obrony na linii Gustawa i otwarcie drogi na Rzym było nie lada wyczynem. I Wańkowicz opisał te walki znakomicie, uczciwie doceniając osiągnięcia poprzedników i pokazując mordercze zmagania zarówno ich jak i Polaków. To fakt, że Polscy żołnierze zdobyli najważniejsze niemieckie umocnienia i że trzy poprzednie szturmy załamały się, ale każdy z tych ataków przesuwał linie walki coraz bliżej newralgicznych punktów oporu, osłabiał przeciwnika i polepszał pozycje do kolejnego ataku. Czwarte natarcie aliantów w którym Polacy zdobyli Albanettę, Monte Cassino, Piedimonte i kluczowe wzgórza było zbiorowym wysiłkiem prowadzonym na bardzo szerokim froncie z udziałem wojsk brytyjskich, amerykańskich, nowozelandzkich, hinduskich i francuskich. Osiągnięciem Polaków było dokonanie przełamania w najbardziej prestiżowym miejscu.
To zdjęcie dobrze obrazuje w jakim terenie musieli walczyć żołnierze (wszystkie zdjęcia czarno-białe są z książki Bitwa o Monte Cassino)
Generał Anders ze sztabem oglądają tereny walk
Oznaki polskich jednostek wojskowych biorących udział w walkach
Przyszło jednak zapłacić za to straszną cenę, można się o tym przekonać odwiedzając najpiękniej położony cmentarz świata, u stóp klasztoru Monte Cassino a w tle mający słynne, krwawe wzgórze 593, ale o klasztorze, jego znaczeniu i roli oraz wielkości świętego Benedykta założyciela klasztoru i zakonu benedyktynów będzie w następnym poście, wróćmy jeszcze do bitwy i książki Wańkowicza. Nie będę pisał o walkach, bo to można wszędzie przeczytać, przytoczę tylko kilka cytatów z Wańkowicza, które doskonale charakteryzują trudności i przeciwności na jakie napotykali żołnierze, z czym się musieli zmagać i jakiego to wymagało od nich hartu ducha. Najbardziej dotkliwy był brak wody, na pozycje dostarczano ją na mułach z dużymi stratami w obsłudze i zwierzętach. Wróg to doborowe jednostki niemieckie, głównie spadochroniarze znani z Krety i spod Stalingradu. Byli znakomicie wstrzelani w teren, środki ogniowe były ustawione piętrami i amfiteatralnie każde podejście pokrywali ogniem krzyżowym, w tym górzystym terenie sprzyjającym obronie mieli pobudowane bunkry i schrony, pola minowe, zasadzki, mnóstwo snajperów, ich nebelwerfery i moździerze siały spustoszenie – nic dziwnego mieli przecież rok na zbudowanie umocnień i przygotowanie obrony.
„Stanęli na tym piekielnym terenie przeciw nam najlepsi – 0piewani przez formujący się epos niemiecki spadochroniarz spod Krety, spod Stalingradu i spod Cortony. Stanął dobierany kwiat nordyckiej młodzieży – naszczute, odczłowieczone, znarkotyzowane, przysposobione do rzemiosła wojny, niemieckie półbogi. Naszych nie syciła gloria, nie zagrzewała do walki.
-Ciała, dusze – gniły w oflagach.
Tych najlepszych… Tych z września…
Dolina Fergańska, gdzie ich zżerała malaria, gdzieś tam sinieje za horyzontami. …. Nie stała za nimi ani pieśń ani chwała ani oczy dziewcząt, ani zachwyt podrostków, ani tryumfalne witania na urlopach.
„Zginiecie” – mówiły im łapanki, Oświęcimy, Majdanki, tortury, publiczne egzekucje.
„Zgnijecie tu” – mówiły wszystkie obozy koncentracyjne świata.
Ale oni przyszli pod górę Monte Cassino.”
A oto mała próbka warunków w jakich żołnierze musieli przygotowywać się do natarcia:
„Składak więc jest to płytki schron stworzony z poskładanych kamieni. W składakach tych pokrytych płachtami tkwią przez cał dzień jak w trumnach, pokurczeni żołnierze. Dotkliwie cierpią od rojów pcheł. Czasem coś wylatuje spod płachty, ale to nie granat – to puszka konserwowa, do której oddano mocz lub kał. Cały ruch aż do zmierzchu – to zgięcie lub wyprostowanie nogi albo przewrócenie się na bok……. Jedzenie nie jest żadną dystrakcją a męką. Leżące na przedpolach towarzystwo alianckie „różnych roczników, to znaczy różnych natarć i różnych stopni rozkładów, cuchnie tak, że jak stwierdza podporucznik Majewski, lekarz 3 baonu, który to baon odegrał pierwszą rolę w tej wojnie pozycyjnej, żołnierze wymiotują i większość nie może nic jeść”
W podsumowaniu taki oto spotykamy makabryczny opis pobojowiska, które obserwuje Wańkowicz podczas oblotu pola walk, wspomina także najbardziej drastyczne ofiary:
„Żyje mi w oczach każdy szczyt, jar, ścieżka, każde urwisko, kotlinka, spad. …….
…Tu, gdzie obie strony rzuciły pół miliona pocisków armatnich i moździerzowych i niezliczoną ilość pocisków z broni maszynowej.
To już nie amfiteatr martwy – to twarz potwora.
Cairo jak czoło jednookie.
Widmo i 593 jak potworne gęby chłonące.
Jak żuchwy żujące- 569, 575, San Angelo.
Gardziel jak przełyk.
Droga Saperów i Droga 3 DSK – ramiona ośmiornicy wciągające żer.
Kotliny wyładowane trupami jak bandzioch wiecznie nienapełniony.
Klasztor jak czarne złe serce, tłukące się w piersi monstrum.
Ścieżki, którymi jak rynsztokami płynęła krew – jak gargantuiczne zmarszczki, kurczące się spazmem szatańskiego śmiechu.
….. Przepoławiało się, bulgotało, krwawiło, mięso ludzkie, działały wciąż nowe żuchwy zasilane wciąż nowym żerem, obleśna gęba, oblepiona strzępami wywalonych jelit, rozpryśniętych mózgów, okruchami miażdżonych kości. Widzę wywalone wnętrzności Królaka, spaloNy trup Bobonia, usmażonych Nieckowskiego, Białeckiego, Kurczewicza, Bogdajewicza, Ambrożeja, Sienkiewicza, zabijanego na raty Tereszczuka, przecięte wpół ciało Barglewicza, nogę jak pień strzaskany, Świetlickiego; Wróbla i Rysieckiego z pogruchotanymi nogami, miazgę Antoniuka, wduszoną w ziemię przez wieżycę, kawałki mięsa radiooperatora z czołgu Barana; oderwaną głowę Kairowicza, oderwaną stopę Kulikowskiego, wpartą w sprzęgło, przebity język Kuźniara; sierżanta z rękami urwanymi przy ramieniu; ociemniałego czołgistę; nogę saperską, którą wywija kapitan Markiewicz….; nogi trupów drutem wiązane …”
Na końcu książki zamieszczona jest lista poległych, liczba ofiar różni się od obecnie podawanych. Wśród poległych jest dwóch Sidorowiczów, ale o ile wiem nie są to moi krewni. Kapralowi podchorążemu Józefowi Wańkowicz poświęcił dwa akapity:
Ze strony niemieckiej poleciały granaty i poszła seria ze szmajsera. Pada zabity podchorąży Sidorowicz i strzelec Bednarz. …………Kiedy podporucznik Świtalski (Krzyż Walecznych i Military Med za Tobruk) dociąga – cicho już jest na pobojowisku i ciemno. Jest godzina trzecia po północy. Widzi sylwetkę lezącego w pozycji jak do strzału podchorążego Sidorowicza.
– Czemu zatrzymaliście się – pyta.
Ale Sidorowicz milczy. Ppor. Świtalski pochyla się nad nim, dotyka – trup …..Przed nim tylko zabici Polacy i Niemcy…..”
Jest to fragment opisu większej masakry w słynnej Gardzieli.
Widok na cmentarz z murów klasztornych
Cmentarz, klasztor i w głębi Albanetta
Znicz w centrum krzyża Virtuti Militari
Grób generała Andersa i jego żony Ireny
Jeden z dwóch orłów ze skrzydłami husarskimi u wejścia na cmentarz
Poniżej na koniec wańkowiczowski opis cmentarza poległych żołnierzy pod Monte Cassino. Należy jeszcze dodać, że obecnie w centrum znajduje się grób Generała Władysława Andersa i jego żony:
Po czterysta metrów sześciennych kamienia ładowaliśmy do lejów po bombach tysiąctonowych – by wyrównać ich miejsce spoczynku, na 5 metrów w głąb zakładaliśmy fundamenty murów oporowych, wyrwaliśmy i obrobiliśmy na mury dwanaście tysięcy głazów, zrobiliśmy dwadzieścia tysięcy metrów wykopu, użyliśmy osiemset ton cementu, ż rzymu samego wlekliśmy tysiące płyt trawertynu. Schodami wchodzimy na wielkim łukiem zatoczone plateau, kryte trawertynem(to z niego zbudowane jest Colosseum) Wejścia pilnują w trawertynie rzeźbione przez profesora Cambellotiego dwa ogromne orły na trzymetrowych pilastrach, o potężnych szponach, o skrzydłach husarskich, przypominające Szukalskiego.
Pośrodku liczącego tysiąc czterysta metrów plateau szesnastometrowy Krzyż Virtuti Militari z wiecznie płonącym zniczem.
Plateau otacza amfiteatr dziewięciu tarasów ułożonych z wapiennych głazów. Na każdym tarasie w dwuszeregu groby – na każdym krzyż z szarokremowego trawertynu i płyta z trawertynu z głęboko wykutym napisem. Tysiąc siedemdziesiąt grobów.
Idzie się ku nim z dołu, z plateau do tego wielkiego krzyża Virtuti Militari i do tego płonącego znicza monumentalnymi białymi schodami czterdziestometrowej szerokości. Na najwyższym tarasie bryła głazu – ołtarz i po murze oporowym kute godła oddziałów. A wyżej na zboczu wznoszącym się do 593 krzyż z żywopłotu …. środek jego – orzeł – rzeźba w wapieniu monecassińskim o wymiarach sześć na siedem metrów.
Wańkowicz pisze, że nad pobojowiskiem ciągle krążyły kruki. Według legendy to kruk przynosił żywność św Benedyktowi do pieczary w Subiaco, na pamiątkę tego zdarzenia w każdym klasztorze benedyktyńskim hodowano kruki.
Następny wpis na blogu poświęcę klasztorowi z prezentacją moich zdjęć.






Dodaj komentarz