Pensylwania

wpis w: Podróże | 0

State College w 1978 roku liczyło około 60 000 mieszkańców z czego połowę stanowili studenci. W centrum znajdował się olbrzymi campus z dobrze zaopatrzoną biblioteką. Na przedmieściach ulokowane były trzy centra handlowe: Nitany Mall, Riverside i K-mart. W mieście doliczyłem się 16 kościołów, w tym jednego katolickiego. Korzystaliśmy z  jego centralnego położenia w Pensylwanii, bo mogliśmy w weekendy wyruszać na wycieczki do ciekawy miejsc w stanie: Pittsburga, Harrisburga, Williamsburga, Altoony, ale też do Waszyngtonu, Nowego Jorku czy nad Niagarę. W 1989 roku zaliczyliśmy jeszcze Gettysburg i Boston. Autostrady i szosy budziły respekt, żebrowane pobocza największego śpiocha by obudziły, gdyby przysnął. Szokująca była liczba zabitych zwierząt, głównie saren przy drogach.

Spotykaliśmy się z miejscową Polonią, która w owym czasie sprawiała przygnębiające wrażenie – wyobcowani ludzie niezbyt umiejący się dostosować do nowych warunków. Byliśmy też zapraszani do domów amerykańskich na pikniki i różnego rodzaju spotkania. Podczas „barbecue” podawano hot dogi i hamburgery. W żadnym domu nie widziałem książek, wszędzie zapamiętałem styropianowe sufity i w większości plastikowe sidingi okrywające ściany lub tynki udające cegły. Auta działały na wyobraźnię, królowały krążowniki szos, gdy w Polsce największym marzeniem było posiadanie małego fiata. Niedaleko fabryki, gdzie byliśmy szkoleni znajdowało się kilka szrotów, w godzinnych przerwach na lunch wyjeżdżaliśmy albo do pobliskiego centrum handlowego Nitany Mall albo na oglądanie starych samochodów na szrotach. Pamiętam, że większość miała kluczyki w stacyjce a niektóre dawały się odpalić. Wyprawy na szrot zakończyły się kiedy jeden z kolegów próbował wymontować jakieś części za które nie zapłacił. Szrotów na trasach widzieliśmy mnóstwo. Zamieszczam zdjęcie jednego zlokalizowanego w wyrobisku kopalni odkrywkowej węgla kamiennego.

Mieszkaliśmy w hotelu Holiday Inn. Piętrowym budynku w kształcie czworoboku z wewnętrznym dziedzińcem na którym znajdował sie basen. Pod koniec pobytu było już tak ciepło, że codziennie pływałem w basenie. Hotel już nie istnieje, został zburzony i na jego miejscu zbudowano Marriot Courtyard.

Wszyscy oszczędzali jak mogli. Pyszne śniadania mieliśmy w cenie za pokój. Obiady i kolacje przyrządzaliśmy sami na maszynkach elektrycznych nieprzystosowanych do 110V, każde gotowanie i smażenie trwało dużo dłużej niż normalnie. Do dziś mam awersję do pasztetów (na kolacjach królował pasztet kielecki z puszki). Zakupy robiliśmy w odległym o 2 km centrum handlowym. Taka odległość znakomicie nadaje się na spacer, jednak gdy się szło wzdłuż drogi ciągle ktos się zatrzymywał i zatroskany pytał czy coś się stało, może podwieźć.

Żywność kupowało się w Riverside, ubrania i inne rzeczy w J P Penney, Searsie i innych sklepach i butikach których nazw nie pamiętam. Kupowaliśmy albo gotowe dania albo łatwe do przyrządzenia produkty, zawsze przyrządzaliśmy różnego rodzaju sałatki. Zajadaliśmy się owocami i piliśmy wspaniałe soki owocowe. Amerykanie w fabryce, chyba w trosce o nas, ciągle pytali co jemy i dziwili sie dlaczego nie chodzimy do restauracji, nie byli świadomi wysokości naszych diet. A my i z diet jeszcze oszczędzaliśmy, każdy założył w Saving Banku konto i systematycznie na nie wpłacaliśmy po otrzymaniu tygodniówki dietowej. Kiedyś, gdy odpowiedziałem, ze poprzedniego dnia jadłem „calf liver” wywołałem tym zaskakująca reakcję – „a Neger steak you had ?!”

W 1989 roku mieszkaliśmy na nowym osiedlu w 4 pokojowych apartamentach z kuchnią i salonem. Były duże możliwości zabłysnąć talentem kulinarnym, mniej oszczędzaliśmy, posiłki były wykwintne i obfite. Wtedy też obserwowałem jak w błyskawicznym tempie budowane są domy z drewnianych konstrukcji prefabrykowanych. Szkielet z kantówek „two by four”, wełna mineralna, folie, siding, płyty gipsowe. Wtedy było to dla nas wielką nowością.

Lubiłem chodzić na uniwersytet, do czytelni, dział polski miał obszerne zbiory zakazanej literatury, czytałem gazety polonijne, Kulturę i chyba wtedy przeczytałem Andersa „Bez ostatniego rozdziału” i fragmenty „Innego Świata” Herlinga Grudzińskiego.

W niedzielę przyjeżdżaliśmy na mszę do pięknego kościoła katolickiego. Zamieszczam zdjęcia. Była szatnia, pomieszczenia dla małych dzieci. Wnętrze halowe bez filarów, ławki dla wiernych amfiteatralnie rozmieszczone.

1989 Wnętrze koscioła w State College

Gettysburg w lutym 1989 roku był spowity mgłami gdy do niego dotarliśmy. Pola bitwy usianego teraz pomnikami, nie było widać. Jeździliśmy autem od pomnika do pomnika. Ziąb przenikał na wylot. Teren był ogromny i pofalowany, ani żywego ducha. W muzeum kustosz sie ucieszył, że ma komu zaprezentować na olbrzymiej makiecie przebieg bitwy. Wymieniał nazwy oddziałow, nazwiska dowódców, które nic nam nie mówiły. Po godzinie mu podziękowaliśmy. Potem dowiedziałem się, że i w tej krwawej bitwie walczyły po obu stronach oddziały polskie i nawet się minęły, rozpoznawszy sie po okrzykach nie strzelały do siebie.

 Pomnik generała Warrena, któremu usiłuje odebrać szablę.

Po prawej Bartosz Głowacki zdobywa armatę  przed Pen-

sylwania Memorial 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *