RADOŚĆ I ROZCZAROWANIE

wpis w: Uncategorized | 0

Musicie mieć w sobie coś z orłów! – serce orle i wzrok orli ku przyszłości.”

Kardynał Wyszyński

To nie było wielkie święto godne wielkości Prymasa Tysiąclecia. Ot elitarna celebracja zamknięta dla ludzi, którzy byli ostoją wielkiego prymasa, zamknięta dla tych z których czerpał moc, którym zawierzył i którzy mu zawierzyli. Ludzi, którzy rozumieją potrzebę „wierności Bogu i Ojczyźnie” i mają jego nauczanie w sercu. Nie było „marszu wiary i niepodległości” pociągającego tłumy. Nie było nowego natchnienia i nie było ładowania akumulatorów.

A co było?

Do bólu poprawna postawa i formalna celebra. Ustępliwość episkopatu wobec rządu, wobec nieuzasadnionych ograniczeń kowidowych. Nie użyli non possumus, widocznie nie potrzebują lub odrzucają wzorzec silnego przywództwa. Nie skłonili papieża Franciszka, żeby przybył na tak ważną dla polskich katolików uroczystość a on wybrał Słowację. Kto umie czytać komunikaty Watykanu nie wprost to wie o co chodzi. Tak postępują wycofani ludzie, którzy stracili pewność siebie, którzy podporządkowali się i przyjęli narzuconą sobie rolę. Dotyczy to zarówno Episkopatu jak i rządu, który też nie umiał, nie chciał wykorzystać szansy jaką stwarzała beatyfikacja tak niezwykłego człowieka wiary, zasad i patrioty.

A była taka okazja – prymas z czasu zarazy komunistycznej, z czasu walki komunistycznej władzy z Kościołem przeprowadził nas zwycięsko przez Morze Czerwone, przeobraził wewnętrznie Kościół i wiernych, wezwał i zmobilizował nas do osobistej aktywności, wszczął i przeprowadził szereg ogólnokrajowych akcji: obchody tysiąclecia chrztu Polski, nowenna, Śluby jasnogórskie – akt zawierzenia Polski Maryji, nawiedzenia parafii przez obraz Matki Boskiej Częstochowskiej – znakomita metoda do mobilizowania wiernych i wzór do naśladowania w naszych obecnych trudnych dla Kościoła czasach. A tu nic. Przecież beatyfikacja została opóźniona i przeniesiona o rok – można było się przygotować – był to czas dany zrządzeniem Opatrzności – nie wykorzystano tego. Można było przygotować program odnowy religijnej i moralnej tak jak zrobił to kardynał Wyszyński w swoich „Ślubach…” Można było pobudzić ducha narodu. Można, można …. W ogóle beatyfikacja Prymasa Wyszyńskiego mogła stać się kołem ratunkowym, nowym otwarciem w polskim kościele. Wydawałoby się, że to takie oczywiste, że kolejny patron Polski czuwa tam w niebie i pomaga. Wystarczyło czerpać garściami z jego nauczania, przecież było takie wszechstronne, takie współczesne, podejmujące podobne wyzwania jakie stoją i teraz przed Kościołem. Powie ktoś, że wtedy nie było problemów wewnętrznych w Kościele. Otóż to nieprawda. Hierarchia też była sparaliżowana nagonką taką samą jak dziś, była inwigilacja i aresztowania i byli księża – „patrioci” tak jak teraz księża – pedofile, no i uwięzienie samego prymasa. A jednak prymas Wyszyński nie poddał się, umiał dotrzeć do wiernych, znaleźć z nimi wspólny język, natchnąć ich i pobudzić, postawić cel i go konsekwentnie realizować. To nie wierni nie realizują przesłania i testamentu wielkiego kardynała, robią to jego następcy.

Sam pamiętam nawiedzenie kościoła w Krynkach przez obraz Matki Boskiej Częstochowskiej  w latach sześćdziesiątych i te tłumy ludzi również z sąsiednich parafii, nocne czuwanie, pamiętam też sobotnie apele jasnogórskie na które chodziło się wieczorem do kościoła i pamiętam jeszcze jedno wydarzenie. W małej mieścinie jaką były Krynki wyszły kobiety pod szkołę protestować kiedy usunięto naukę religii ze szkół. Skąd czerpały odwagę? Była wśród nich moja babcia, która zabrała ze sobą mnie i młodszego brata.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *