Melchior Wańkowicz fascynował się tematem żydowskim, bardzo dokładnie zapoznał się z historią Żydów (w jednym z reportaży mówi o przeczytaniu lub zapoznaniu się z 784 pozycjami w siedmiu językach w tym w jidisz i hebrajskim o Żydach), sam zamierzał napisać kilka książek na ich temat skończyło się na „De profundis” i „Ziemi niezbyt obiecanej” oraz kilku reportażach. W czasie wojny spędził dwa lata w Palestynie, poznał dwóch późniejszych premierów i kilku przywódców organizacji podziemnych żydowskich wśród nich również organizacji terrorystycznych Hagana i Irgun walczących z Anglikami o niepodległość. (z Polskiego wojska stacjonującego w Palestynie rekrutowała się większość żydowskich dowódców wojskowych jak również część broni używanej przez oddziały żydowskie). „De profundis” nie było osiągalne za komuny natomiast w zbiorze reportaży „Anoda i katoda” znalazły się trzy reportaże na temat Żydów. Ponieważ obecnie Żydzi nie pozwalają nam zapomnieć o sobie chciałbym w tym wpisie przypomnieć wywiad Wańkowicza ze Sternem- przywódcą słynnej organizacji terrorystycznej zabitym potem przez Anglików. Nadzwyczaj pouczające „Rozmowy w ciemnościach” odbyte w 1942 roku w Tel Avivie.
„Z kół skrajnie nacjonalistycznych w Palestynie (fronda rewizjonistów) spytano mnie, czybym nie zechciał mówić z jednym z przywódców słynnej organizacji terrorystycznej Sterna.
Sternowcy uprawiali wobec Anglików terror czynny, którego nie zaprzestali z chwilą wybuchu wojny.
Ów przywódca był poszukiwany przez Anglików i nie mógł rzekomo wychodzić na ulice ze Światła.
Raziły mnie nieco te ostrożności, które uważałem za bluff.
Późnym wieczorem rozległo się do moich drzwi umówione pukanie.
Byłem w mieszkaniu, wedle obietnicy sam i otworzyłem, jak było zastrzeżone osobiście. We drzwiach stał młody człowiek z wojskowa aparycją. Powitał mnie wyprostowany hebrajskim pozdrowieniem ”Szalom” (pokój).
– Nie to nie ja mam z panem rozmawiać – powiedział gdy mu wskazałem fotel. Obrzucił bacznym okiem pokój, poprosił o możność obejścia mieszkania.
– Pański gość zaraz się zjawi. Szalom….
Zaraz potem w nie zamkniętych drzwiach stanął zapowiadany:
– Zawadzki jestem.
Uśmiechnąłem się dając mu do zrozumienia, że orientuję się , że nazwisko jest zmyślone.
Odpowiedział mi lekkim poruszeniem ramienia i szybkim spojrzeniem mi prosto w oczy. Tkwiąc od dłuższego czasu w atmosferze żydowskiej, nauczyłem się percypować tę nieuchwytną mowę ćwierćgestów bez słów.
Przybysz nią mówił:
– Wierzę ci, przychodzę z otwartym sercem. Ale cóż chcesz – konieczności są ponad nami.
Zapadł w głęboki fotel, na który był dyskretnie skierowany półcień lampy. Miał wyraziste rysy, ale nie prononsowane semicko w sposób jaskrawy, wielkie palące oczy i głos o niskim i wciągającym brzmieniu.
Jeszcze nie zorientowałem się, jakiej skali duchowej człowiek siedzi przede mną i zacząłem pytaniem prowokującym:
– Skoro jest wojna z waszym największym wrogiem, Hitlerem, to czemu tu awantury wyprawiacie i utrudniacie sprawę Anglikom?
Tego rodzaju zaaplikowanie arogancji zwykle działało podniecająco, przyspieszało i wyostrzało reakcję.
Ale w danym wypadku chwyt wydał się chybiony. Po twarzy przybysza przebiegł cień przykrości i przymusu. Podniósł na mnie oczy, czułem, że mnie taksuje i że w tej chwili waży się los rozmowy.
Największym wrogiem narodu żydowskiego nie jest Hitler – odpowiedział z hamowanym rozdrażnieniem.
Już przez te kilka minut stał m się na tyle bliski, że zrozumiałem, że nie mam przed sobą płytkiego zapaleńca, który odpowie, że największym wrogiem Żydów są Anglicy, bo utrudniają imigrację, albo Polacy, bo reprezentują zdecydowany antysemityzm (wódz duchowy rewizjonistów, Żabotyński, pouczał, że polski antysemityzm jest antysemityzmem „of thing” – rzeczowym, w odróżnieniu od rosyjskiego i niemieckiego semityzmu „of man”). Siedziałem cicho, rozumiejąc, że gość odpalił płyciznę mojego pytania, że , sprowokowany, może powiedzieć parę paradoksów i zakończyć wizytę.
Wybrał drogę pośrednią. Przygasł i począł referować sytuację: dzieje powstania Irgun Zwi Leumi (Narodowej organizacji wojskowej) jako protestu przeciw organizacji biernej samoobrony (Hagana), secesję Sterna z Irgun, walkę terrorystycznej stworzonej przez niego organizacji i jej cele.
Płynęła noc. Słuchając opowieści o bohaterskich chłopcach i dziewczętach, o zamachach jej słabymi i zuchwałymi rękami, o badaniach i torturach , które nic wyrwać z milczących ust nie mogły, zdawało mi się, że wskrzeszam w swojej wyobraźni dzieje Zelotów, walczących z Rzymianami, dzieje „szikarich”, organizacji sztyletników-skrytobójców, którym wśród Zelotów było jeszcze za spokojnie.
– Czy wasi dowódcy Stern i Jair są równorzędni?
Podrzucił głowę i spalił mnie wzrokiem. Czułem, że jakieś wyznanie ciśnie mu się na usta. Czułem, jak się niewypowiedziane zapada. Powiedział tylko:
– Stern przyjął nazwisko Jair. Abraham Jair ben Jair.
Spojrzał w okno:
– Szarzeje. Czas na mnie.
Uśmiechnąłem się bezradnie:
– Dał mi pan wiele informacji. Ale nic mi pan jeszcze nie opowiedział ze swojej duszy, ze swojej żydowskiej duszy. Pan rozumie – obaj jesteśmy z Polski i z tak odrębnych światów. Czy mi pan pomoże?
Znowu mu błysnęła twarz. Miał twarz mówiącą rozświetleniami wewnętrznymi.
– „My, Żydzi, nas słońce nigdy nie widzi…. My tu na wieki wyklęci, jak ogromne cherubiny co wtrumnach zamkniętych siedzą” – zacytował Słowackiego. – Niech pan mnie czeka jutro o tej samej porze.
*
Poszedł.
I kiedy blady świt wszedł do pokoju i cicho było w zamarłym mieście, szedłem za nim w myśli przez pust ulice Tel Avivu, usiłowełem sobie wyobrazić jego konspiracyjne legowisko. Co powie swemu wodzowi, Jairowi, o tym Polaku, który równocześnie podziwia i wielbi Żydów, i mówi, że jest antysemitą?
Jair…. El Azar-Ben-Jair, potomek wodza Zelotów, Judy, który, kiedy Rzymianie wkraczali do Galilei, strącił w przepaść pieczary, w której się ukrywał, córke i sześcioro wnucząt.Jego potomek, Jair, wódz sztyletników, kiedy oblegana przez Rzymian twierdza Masada nad Morzem Martwym, która już nie miała kruszyny jedzenia, kazał według Flawiusza, pozabijać kobiety i dzieci, potem dziesiętnikom pozabijać swoich żołnierzy, potem setnikom swoich dziesiętników i wreszcie siebie.Wkraczający Rzymianie znaleźli trupy dziewięciuset dobrowolnie wymordowanych.
Pogrążyłem się w Flawiuszu.
…………………………………….
*
„Zawadzki” przyszedł nocą następnego dnia bez poprzednich ostrozności. Była to zimna styczniowa noc i płonął kominek. Gość wyciągnął ręce do kominka:
– Jak u nas w Polsce.
I zaraz roześmiał się na to „u nas”.
Widzi pan, jakie to silne? Pochodzę z Suwałk, ojciec mój tam był dentystą.
Nie znałem Suwałk, ale powiedziałem:
– Nie przypominam sobie, aby w Suwałkach był dentysta Zawadzki.
Roześmiał się nagle pustym chłopięcym śmiechem, śmiechem chłopca, który płata figla:
– Ale był inny, który nazywał się inaczej.
I zaraz, jakby przeląkłszy się, aby żart nie poszedł za daleko, począł mówić o błotnistych uliczkach Suwałk, i chederze w drewnianym domku, gdzie uczył się „Alef – Beit”, pierwszych liter alfabetu hebrajskiego, o długich godzinach spędzonych nad Talmudem.
-Dobrze znam Torę i Talmud – powiedział – to znaczy o tyle dobrze, o ile można znać nieogarnięte morze. Sięgałem do Kabały. Mistyka cyfr ma dla mnie nieodparty urok. Wierzę w trzynastkę. Kiedy przychodził rok 5701 (1941) drżałem ze wzruszenia. Istotnie w tym roku nastąpił rozłam w Irgunie. Wie pan jestem pogrobowcem i organizacja była mi ojcem.
Spojrzałem na kalendarz: stała w nim data – 13 stycznia 1942 roku. Wzrok jego pobiegł za moim:
– Data wróży, że nasza rozmowa będzie ważka, pan jest oczami i uszami narodu, w którym żyje trzy miliony Żydów.
– Obskakuję tę bryłę żydowską dookoła – powiedziałem – by zrozumieć jej kształt i wymiary. Gdy wracam na dawne obejrzane miejsce, już naświetlenie się zmieniło. A przecież ta bryła to nie tylko naświetlenie z zewnątrz. Sama jaśnieje i mierzchnie, zmienia kolory. Gdybyż tylko kolory – ta bryła dźwięczy wszelkimi pogłosami od harfy Dawida do jazzbandu. A te procesy chemiczne które w niej zachodzą… Więcej ich jest niż symboli w chemii socjologicznej.
Poznałem dobrze wasze dzieje, waszą literaturę, wielbię wasz geniusz. Z drugiej strony nie mam słów na zmierzenie krzywdy duchowej, którą żydowska obcość w Polsce przynosi. Nie myślę, żeby ta obcość znikła i poczynam was nienawidzić w codziennym dniu polskim. Myślę, że jeśli się nienawidzi cokolwiek, co stworzył Bóg – rośliny, zwierzę, człowieka, to tylko przez nieumiejętność patrzenia na świat. Człowiek, który asocjuje oset z kłuciem, a nie z przepyszną sylwetką na tle zachodzącego słońca, kota – z drapaniem, a nie z przedziwną puszystą gracją – jest człowiekiem zubożonym. Nie lubię ludzi, którzy mówią: „nie znoszę kotów”. Mam małe nabożeństwo do ludzi, którzy nienawidzą jakiegoś narodu. Kiedy w dniach wrześniowych szedłem polem z córką i lotnik niemiecki nadleciał i ostrzeliwał bezbronnych pastuszków, córka mi powiedziała: „Niepokoi mnie, że nie umiem nienawidzić Niemców”. Wtedy poczułem się wynagrodzony za lata jej wychowania. Ale – położyłem rękę na jego ręce – szanuję tych, co pozbywają się z pola ostu, gdy im grunt potrzebny pod uprawę. Czy pan terez nie żałuje dwu straconych nocy?
Gość mój podniósł wzrok gdzieś w przestrzeń i zaczął mówić jakby do siebie, jakby się modlił. Piękna jego polszczyzna wpadała w lekki recitativ:
– I rzekłem: Biada mnie. Jużem zginął, przetom, żem człowiek splugawionych warg.
I przyleciał do mnie jeden z Serafinów, mając w swej ręce węgiel rozpalony, który wziął z ołtarza.
I dotknął ust moich a rzekł: „Oto się dotknął ten węgiel ust twoich, a grzech twój złagodzony będzie””
– Z Izajasza szepnąłem.
– Panie Wańkowicz – sprowadził nagle oczy na ziemię i uderzył nimi we mnie. – Nie wrogiem pan jest a sojusznikiem. Żydostwo tonie w powodzi fałszu, który zatruwa siebie i świat. Ratujcie Żydostwo, bo to bezcenny walor ludzkości. W krwi naszej jest tyle wiekowego dynamizmu, że jak nam nie dacie Palestyny rozsadzimy świat. Trocki, Radek – to tylko zepsuta wysokogatunkowa krew żydowska. Herzel powiedział, że staliśmy się biczem narodów. Wedgewood czy Dorota Thomson, czy inni zawodowi współodczuwacze zbledną i odstąpią nas, kiedy dowiedzą się prawdy o Żydach, których nie rozumieją. I tylko patrzeć, że kolejny raj amerykański stanie się kolejnym piekłem. Innych mamy, potężniejszych sprzymierzeńców – antysemitów międzynarodowych. Tylko oni pomogą nam przeprowadzić kolejny exodus Żydostwa. Narzekacie na nas? – To pomóżcie temu wielkiemu dziełu uzdrowienia nie tylko Żydostwa, ale i ludzkości.
Zamilkł podniecony. Z nocy stojącej za oknem buchnął nagły gwar. To goście z klubu bridżowego na ulicy Hessa, rekrutujący się przeważnie z uchodźców niemieckich, opuszczali lokal. Jakaś płaska, zadowolona z siebie niemczyzna wpadła do pokoju.
Mój gość przygasł i zaczął mówić przytłumionym głosem (znowu podziwiałem tę gamę światłocieni rozświetlających jego mowę – było to w stosunku do ekspresyjnego sposobu mówienia mas żydowskich jak mazurek Szopena do mazurków tańczonych po wsiach):
– Czytał pan o marszu półtora tysiąca Żydów z Włodzimierza i Hrubieszowa, wygnanych pod eskorta gestapowców, rzekomo pod granicę sowiecką, do Bugu? Mało który z nich doszedł. Mój naród leży po ogromnych połaciach Europy jak trzcina ścięta, jak straszliwy pokos. Wie pan czego się obawiam – zacisnął rękę na moim kolanie – że jak tylko alianci zwyciężą, deszczyk liberalny, dobrotliwy pokropi na ten zeschły pokos – panie (poczułem jego kurczowo zaciskające się palce), mój naród jest taki żywotny! Ta zeschła ścięta trzcina znowu zazielenieje, puści kiełki w ziemię. Ci – wskazał za okno w kierunku wrzasków – na to tylko czekają. Pan pytał wczoraj, kto jest największym wrogiem Żydostwa – to właśnie, co tkwi potencjalnie w tej hołocie. Na kolanach by wracali, za cenę wszelkich poniżeń, oszustw, okłamywań, za cenę nic nie wartej maskarady, za cenę bezsilnego w gruncie rzeczy szantażowania wpływami międzynarodowymi narodów – gospodarzy. Wtedy od razu powinien być gotów plan, ludzie, organizacja, pieniądze, wtedy, od początku, powinny być ośmielone narody, aby nie ulegały międzynarodowym szantażom i naciskom, aby nie udawały tolerancji jak po tamtej wojnie: na wozy zeschłą trzcinę, na wozy i wieźć tu , do Palestyny.
Głos mu się zrobił zupełnie głuchy. Siedział nieruchomo, a przecież przysiągłbym, że się kiwa w zawodzeniu:
– Jeszcze raz rwać wrosłe spotężniałe korzenie – szarpał ze siebie słowa i zdawało się, że każde płynie krwią – jakiż Prometeusz jaką męką nastarczy tylowiekowym cierpieniom, jakiż naród nadąży regenerować żywą krew?
I znowu zaczęło szarzeć, kogut zapiał w obejściu kamieniarza Segała.
Człowiek widmo, tropiny i czający się, człowiek-duch narodu-widma skierował się do wyjścia. Wzburzony, odprowadzałem go, nie mogąc chwilowo pozostawiać w głowie bagażu, który mi wywalił. Wstał we mnie niepokój dziecka, któremu ktoś zasypał różnokolorową łamigłówkę, każąc z niej ułożyć wzór logiczny – i odchodzi zabierając ten wzór. Spojrzeć, upewnić się…
Trzymając rę kę na futrynie drzwi, kiedy on już był na schodach, zapytałem:
– A więc … pan akceptuje ten marsz do Bugu? Tę rzeź, która Hitler wszczyna?
Na klatce schodowej płonęła słaba żarówka. Podniósł twarz i zobaczyłem, że nie ma w niej ani kropli krwi. Widziałem, że chciałby uciec od męki odpowiedzi, ale po dwu nocach rozmowy odwrotu nie było.
– Tak – ściął krótko i ruszył w dół.
– Czemu? – krzyknąłem w to co znika.
Zatrzymał się na platformie o pół piętra niżej:
– Bo my, Żydzi, jesteśmy zarazą świata – powiedziała do mnie ciemność, w której się roztopił.
Dodaj komentarz