Tytuł pochodzi z jednej z wielu dziecięcych wyliczanek. Dziecko wszystko widzi, słyszy i zapamiętuje. Pamięć lekceważy i pomija rutynowe i stałe zachowania czy zdarzenia. Musi być element nowości, inności a najlepiej gdy sytuacji lub zdarzeniu towarzyszą emocje. Uwielbiałem odkrywanie czegoś nowego, stąd zamiłowanie do czytania książek i wędrówek. Czasy były inne – mały brzdąc mógł swobodnie chodzić sam z braćmi lub najlepiej w grupie po całym miasteczku, byle by przyszedł o określonym czasie na obiad i kolację. Najlepsze były wczesne wyprawy z babcią do krewnych i jej znajomych, mały człowiek uczył się topografii miasteczka, poznawał ludzi i nabywał nowych doświadczeń. Oczywiście zabawy z innymi dziećmi pochłaniały gros czasu, ale ja byłem trochę odmieńcem. Lubiłem chodzić do rzemieślników i obserwować ich pracę. Masowa produkcja jeszcze nie dotarła do biednej Polski a przynajmniej do małych miasteczek. Wtedy każda społeczność była w pełni samowystarczalna. Obowiązywał podział pracy – jedni drugim świadczyli usługi. Funkcjonowały dwa młyny, olejarnia, gręplarnia, dwie garbarnie. Zadziwiająco jak wielu rzemieślników mieszkało w małej miejscowości, oczywiście stanowili oni pozostałość po trzykrotnie większej liczbie mieszkańców przed wojną. Na każdej ulicy mieszkał co najmniej jeden krawiec i szewc. Przez kilka lat funkcjonowała nawet przymusowa spółdzielnia szewska zwana „arcielą”. Pracowało tam około 15 – 20 osób, ojciec przez kilka lat łączył praktykę domową z pracą w tej spółdzielni. Długo tam nie wytrzymał, ale wujkowie pracowali do końca. Mimo, że interesowało mnie robienie butów nie lubiłem tam chodzić, bo po kilku minutach pobytu nie było czym oddychać z powodu dymu papierosowego. Co najmniej połowa szewców paliła skręty z machorki. Ojciec też miał gilzę, ale rzadko palił skręty. Wydaje się, że w tamtym czasie jeszcze papierosy z filtrem nie dotarły.
Z szyciem ubrań na miarę i robieniem butów na zamówienie wiążą się zabawne historie. Kiedy podczas rozmowy z cudzoziemcami zdarzało się, że wychodził ten temat i mówiłem, że w dzieciństwie i młodości miałem ubrania i buty szyte na miarę, reakcją było stwierdzenie, że musiałem pochodzić z bogatej rodziny. Nam koszule szyła Wiera – babci koleżanka. To ona w 1968 roku uszyła mi koszulę w kwiaty na wzór hippisowski. Spodnie i garnitury szyli mężczyźni. Pamiętam sześciu krawców.
Studnia w jednej z wsi nad granicą białoruską
Mnie fascynowały inne zawody. Dwóch wujków kopało studnie, byli pomocnikami mistrza o nazwisku Szarejko. Obserwując ich nauczyłem się posługiwać różdżką. Potrafiłem siedzieć kilka godzin i obserwować jak kopią coraz głębiej i głębiej i kiedy nie wiadomo skąd pojawiała się pierwsza woda słuchałem przy tym opowiadań o podziemnych rzekach, o studniach artezyjskich i tryskających źródłach. Krynki są znane ze studni artezyjskich i wody dobrej jakości. W pamiętnikach żydowskich z Krynek często wspomina się wodę ze studni artezyjskich. Obecnie funkcjonują cztery ujęcia artezyjskie.
Ponieważ nie mam zdjęcia kuźni postanowiłem dołączyć rysunek Grottgera „Kucie kos” z cyklu Polonia
Pamiętam trzy kuźnie, chodziłem oglądać miechy kowalskie, kucie żelaza i podkuwanie koni Najbliższa znajdowała sie na ulicy Rynkowej, gdzie kuźnię miał sąsiad Mieńko (specjalnie wracałem dłuższą drogą ze szkoły, żeby zajrzeć co się dzieje w jego kuźni). Druga kuźnia, która była w miarę blisko znajdowała się na Garbarskiej przy rzece – potem przeniesiono obok targowicę z Rynku. Rytmiczny dźwięk uderzeń młotów o kowadła nawet mi się podobał, mniej natomiast usmolony wygląd kowali i smród przypalanych gorącą podkową kopyt. Większość murowanych domów wokół Rynku została zburzona. Ruiny i pogorzeliska, które służyły dzieciom za miejsce zabaw dotrwały do początku lat sześćdziesiątych. Wtedy na ich miejscu zaczęto stawiać nowe drewniane domy. Kiedy stawiano dom Kondratowiczów, zwieziono olbrzymie kłody drewna a tracze na miejscu piłowali je na belki. Kłodę wciągano na dwie podpory wysokości około dwóch metrów. Jeden tracz wchodził na kłodę, drugi stawał pod nią i olbrzymią piłą cięli wzdłuż całą kłodę. Piłowali tak od rana do wieczora, wyjątkowo wycieńczająca praca. Zajęcie bednarza również wzbudzało moje zainteresowanie. Bednarzy znałem dwóch Bacha przezywanego „Drypciem” i drugiego pamiętam tylko z przezwiska -„Dzwanar”, bo oprócz zajmowania się bednarstwem dzwonił jeszcze w cerkwi. Wykonywali beczki, kadzie, cebry i balie. Cała obróbkę drewna wykonywali ręcznie – jedyną maszynę jaką się posługiwali była krajzega (piła tarczowa). Każdy z tych fachowców z jakimi się zetknąłem przekazywał świadomie lub mimowolnie cząstkę jakiejś wiedzy. Od nich i potem od stolarzy nauczyłem się rozróżniania gatunków, właściwości i jakości drewna, konieczności jego suszenia i sezonowania. Posługiwania się rysunkiem i szablonem. Pod koniec lat pięćdziesiątych bednarze musieli się przekwalifikować na stolarzy – zapotrzebowanie na ich drogie wyroby robione z dębu znikło gdy pojawiły się tanie z ocynkowanej stali naczynia. Bracia i ja byliśmy kąpani jeszcze w balii, najmłodsza siostra już nie. Ogórki i kapustę długo jeszcze kiszono w beczkach lub kadziach drewnianych.
Godnymi uwagi zawodami byli jeszcze kołodziej i zdun. Zdun jeszcze funkcjonuje, kołodziej znikł razem z żelaźniakami i pojawieniem się kół na oponach gumowych. O dziwo koła z żelazną obręczą też się „wyważało”, chociaż nazwałbym to raczej osiowaniem względem piasty.
Zdun musiał nie tylko zbudować piec i płytę kuchenną, ale skonstruować w środku kanały nadać im ciąg, żeby nie dymiły, wstawić ruszty, szyber, „duchówkę”(piekarnik), wmontować drzwiczki do usuwania sadzy. Kafle nie tylko łączono na glinę (glinę zmieszaną z piaskiem), ale i ściągano drutem, podobno, żeby ściana pieca nie wypaczyła się. Piec musiał mieć „duszę” i tylko najwięksi fachowcy mogli mu ją zapewnić. Do dziś nie wiem co to jest i gdzie się znajdowała. Kafle wyrabiał w swojej cegielnio – kaflarni Siemienkiewicz ojciec Krzyśka kolegi z klasy. Kafle kształtowano ręcznie, to znaczy odmierzona porcja miękkiej prawie jak masło gliny wkładana była do formy a następnie stemplem za pomocą dźwigni wyciskano kafel. Pamiętam, że jeszcze jako czternastolatkowie nie byliśmy w stanie używając dźwigni we dwójkę wycisnąć kafla. Kafle suszono a potem pokrywano białą polewą (glazurą) i wypalano. Był też kamieniarz nazywał się Helman (prawie jak Hefajstos). Potrafił rozbić każdy głaz. Długo go oglądał, dotykał, pukał mniejszym młotem, w końcu brał dziesięciokilowy młot, uderzał najwyżej cztery razy i kamień pękał. Głazów narzutowych znajdowało się całe mnóstwo w okolicy z powodu morenowego ukształtowania terenu. Kiedy nie miał roboty kamieniarza pracował jako brukarz.
Autor przy piecu i płycie z fajerkami
Drewniane domy stawiali cieśle, ich umiejętności precyzyjnego operowania siekierą, szczególnie przy budowaniu na zrąb budziły niekłamany podziw.
Ludzie nie byli wykształceni ale niebywale wszechstronni, obecnych mistrzów survivalu pobiliby na głowę. Fachowcy mieliby trudności z opisaniem specyfiki swoich zawodów, czy też z wytłumaczeniem dlaczego coś robią w określony sposób, ale zapewniam, że ich praca z obecnego punktu widzenia była niezwykle ergonomiczna co wynikało z doświadczenia i wieloletniej praktyki.




Dodaj komentarz