Skóry na dachu

wpis w: Dzieciństwo | 0

Zapamiętana rewizja nr 2

Tym razem było inaczej. Posłaniec nie uprzedził. Przyjechała powiatówka tzn nie miejscowa milicja tylko ekipa z powiatu. Zjawili się z rana, ale nie o szóstej. Chyba była sobota, bo z młodszym bratem szliśmy na 11 tą do szkoły – starszy poszedł na ósmą. Jednak pomógł nam przypadek, bo gdyby milicjanci podjechali  autem pod dom  a nie pod posterunek nakryliby Mamę w trakcie pracy. Posterunek był odległy o około sześćset metrów od  domu, należało przejść  Rynek i potem w dół wtedy niezabudowanej ulicy przy której po obu stronach ciągnęły się nieuprzątnięte jeszcze ruiny domów zburzonych w czasie wojny. Ruiny te obok otoczonego murem placu przy cerkwi były naszym ulubionym miejscem zabaw. Najważniejsze, że umożliwiały dobrą widoczność na wschodnią część Rynku.

Babcia wybrała się po zakupy i kiedy wyszła za róg  domu sąsiada przezywanego „Drypcio” (od dreptania) od razu dostrzegła zmierzających w naszą stronę milicjantów. Było jasne, że w tym rejonie miasteczka mogli iść tylko do nas a nawet jeśli przypadkiem szliby do kogo innego, to ich widok wzbudzał strach. Babcia zawróciła, pędem wpadła do domu wołając milicja. Mama natychmiast zaryglowała drzwi wejściowe i pobiegła na strych. Obróbka skór była w połowie procesu, na szczęście już po fazie mokrej, garbunku i suszeniu. Właśnie miały być wyjmowane kiedy zmiękną z wilgotnych trocin, w których  od wczorajszego wieczora leżały zasypane warstwa po warstwie. Mama zaczęła je wyciągać jedną po drugiej i głośno zastanawiała się gdzie je ukryć. Wszystko słyszeliśmy bo dom był mały, drzwi od kuchni do sieni gdzie  znajdowały się schody na strych. Sień była przybudówką domu. Oczywiście każdy się zastanawiał, gdzie by je ukryć, więc wszyscy się nawzajem przekrzykiwali. Myślę, że my dzieci traktowaliśmy całą sytuację jak zabawę w chowanego, więc mieliśmy dużo pomysłów. Mama wszystkie odrzucała – miała doświadczenie, gdzie szukają i jak są skrupulatni. Nie wiem ile to trwało minutę, dwie. W końcu ktoś powiedział: – Na dachu. Mama: Ale jak? Franek zaofiarował się, że on wejdzie tam i ukryje. Mama: Nie, to niebezpieczne. Franek:  ale, ja tam już właziłem. Mama: kiedy? Franek: jak bawiliśmy się na górze (tak nazywaliśmy strych). Mama pogroziła:  Ja wam dam.

Ale chyba doszła do wniosku, że z powodu braku czasu nie ma wyjścia. Franek był najsprytniejszy. Najbardziej sprawny fizycznie i najmniejszy co wobec rozmiarów okienka było istotne. Należało wyjść ze strychu przez okienko w szczycie nogami na  zewnątrz  potem po pochyłym gzymsie chwytając się po kolei listew przejść do niższej części dachu, wdrapać się na okap i potem podpełznąć wyżej tak, aby znaleźć się nad okienkiem i móc odbierać podawane skóry przez Mamę. Trwało to chwilę, Franek miał frajdę i duma go rozpierała, że jest przydatny. Szybko przejął od Mamy osiem skór, jedna w trakcie podawania spadła na malutkie przydomowe podwórko między domem a chlewem. Zdążyłem zbiec pochwycić skórę i pędem po schodach dostarczyć Mamie, która podała ją Frankowi przykazując mu leżeć na dachu, trzymać skóry, nie ruszać się i być cicho. I to ostatnie było największym wyzwaniem. Żeby nie być widocznym ,Franek spełzł ze skórami  parę metrów w dół na mniej stromą część dachu nad sienią, rozpłaszczył się i czekał. Cała ta operacja trwała zadziwiająco krótko. Mama zaczęła systematycznie sprzątać i porządkować  strych ukrywając narzędzia i materiały używane w produkcji, wylała do wiadra z nieczystościami jakieś chemikalia, ja rozgarniałem nogami trociny po całym stropie. Łomot do drzwi, jednak do nas. Mama zastanawia się czy czegoś nie przeoczyła. Krzyczy do babci, żeby nie otwierała. Walenie w drzwi powtórzyło się i po raz kolejny. – Milicja, otwierać. Mama ciągle na strychu, ja już na dole. Babcia otwiera.

–  Mamy nakaz rewizji, produkujecie tu nielegalnie skóry. Gdzie gospodarz? Babcia trochę nie słyszy, bardziej udaje.  – Gospoda, to na rynku, co nie wiecie?. Ja stara – odpowiada. Mama chyba postanowiła przeczekać na strychu, może pójdą, jak nie dogadają się z babcią. Ale nie poszli, zaczęli rewizję. Zaglądają wszędzie, do szaf, pod łóżka, rozwalają misternie poukładane na babcinym łóżku, kołdry, pierzyny i poduszki zniesione w jedno miejsce ze wszystkich tapczaników i łóżek w domu. Babcia protestuje. Idą do sieni. Zaglądają nawet do skrzyni ze słoniną i do beczki z kiszoną kapustą. Jeden wchodzi nawet do chlewika. Mama decyduje się zejść ze strychu. – Co Pani tam robiła? – Jak to co – Mama przechodzi na język miejscowy nazywany „prostym” i mówi  „pratała”. To słowo ma dwa znaczenia: sprzątać i ukrywać . Powiedziała prawdę. Dwóch wchodzi na strych, Mama i ja za nimi. Zaglądają do kuferka  z przedwojennymi książkami i czasopismami (pamiętam roczniki  Rycerza Niepokalanej), ( potem czytając te czasopisma na strychu dowiedziałem się o mordowaniu księży w Hiszpanii w czasie wojny domowej wcześniej niż o samej wojnie). Przewracają krosna, kołowrotek, przerzucają sterty starych ubrań. Szperają w worku z suszonym kwiatem lipy, z którego napar piliśmy jak herbatę, zaglądają nawet do zamykanego kosza podwieszonego pod kalenicą, w którym zawsze była wielka, wędzona szynka, twarda, trudna do krojenia  (takie „jamon serano kryńskie”).  Pod stertami ubrania znajdują drewniane ramy do rozciągania skór. Mama tłumaczy, że służyły kiedyś do naciągania płótna lnianego po wybieleniu. Oni jednak znają właściwe przeznaczenie. Jeden mówi, że zabiorą, drugi, że zniszczą. Mama nie protestuje –  zabierajcie. Ramy są duże, nie przechodzą przez drzwi na strychu, nie sposób znieść je na dół.

Franek, leży na dachu i wszystko słyszy, oddziela go tylko od nas dachówka eternitowa. Schodzą i mówią, żeby zaprowadzić ich do szopy w ogrodzie. Jednak wiedzą o szopie, którą tata wybudował tej wiosny. Ormowiec musiał powiedzieć  i o niej. Ogród znajdował się po przeciwnej stronie ulicy, dwie posesje dalej. Tam też nic nie znaleźli. Widać było, że są rozczarowani, nawet   wściekli. Stres opadł i ja zacząłem się cieszyć , przestałem zwracać uwagę co jeszcze mówili. Mama już w ogrodzie poczuła się swobodniej i zgłaszała pretensje, że nachodzą spokojnych ludzi.

Poszli. Mama wysłała mnie po drabinę do ogrodu a Frankowi  nie pozwoliła schodzić, obawiając się, że może spaść i milicjanci mogą jeszcze wrócić. Wreszcie pozwoliła mu zejść po drabinie. Franek był dumny jak paw. Potem opowiadał, że bardzo chciało mu się kichać, bo od specyficznego zapachu skór wierciło go w nosie.

Czy po takich doświadczeniach  lat pięćdziesiątych i początku sześćdziesiątych  my małe szkraby moglibyśmy mieć kiedykolwiek neutralny stosunek do milicji?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *