Tak charakteryzował Paul Johnson klasę polityczną i prezydentów we Francji:
„Wiem, że Francja nie jest w żadnym znaczącym sensie demokracją, że jej parlament jest marionetkowy a jej polityka niepoprawnie skorumpowana. A jednak ma wybory i konstytucję, a jej prezydent i inne fisze są na rozmaite sposoby odpowiedzialni. Jeżeli Francuzom naprawdę by się nie podobali, zawsze mogą zrobić kolejną ze swych rewolucji. Tak więc ogół Francuzów musi do pewnego stopnia przyjąć odpowiedzialność za działania swych panów.”
I w Ameryce:
„Najlepszy kandydat do Białego Domu często ma małe szanse. W historii Ameryki były długie okresy, kiedy kraj rządzony był – czy raczej nie rządzony – przez miernoty i zera. … podejrzewam, że męczące procedury za pomocą których Amerykanie wybierają dziś swego przywódcę i ta okropna gra wyborcza, którą każdy z nich zmuszony jest znosić, prowadzą na powrót do przeciętności, czy czegoś jeszcze gorszego. …. Prawda jest taka, że Amerykanie spodziewają się zbyt wiele po swych prezydentach: absolutnej uczciwości, w systemie politycznym, gdzie niezbędne jest osobiste gromadzenie wielomilionowych funduszy, niewinności mnicha w epoce permisywizmu, poprawności politycznej polegającej na uległej łagodności, która może być utrzymana tylko przez stłumienie właśnie tych poglądów i oratorskich popisów, które czynią polityka interesującym; i, co więcej, poddania się ostremu przesłuchiwaniu na te i inne tematy przez kiepskich Wielkich Inkwizytorów pracujących w mediach. Wielu ludzi odznaczających się przyzwoitością, charakterem i zdolnościami, choćby ich służby publicznej był silny, nie podporządkuje się – całkiem słusznie – tym warunkom. Byłyby one nie do przyjęcia dla pierwszych siedmiu prezydentów Ameryki. Demokracja kontrolowana przez media, jak w Stanach Zjednoczonych,……. ilustruje zasadę, że najlepsze jest wrogiem dobrego. „

I ta opinia pozostaje nadal aktualna. Przytaczam je w związku ze zbliżającymi się wyborami we Francji i ubiegłorocznymi wyborami w USA

Dodaj komentarz