STACHO – tak go nazywałem

wpis w: Dzieciństwo | 0

Poświęcał się, opiekował ciężko chorą żoną, która trzy lata wcześniej wróciła z trzydziestokilkuletniej pracy za granicą. Przywiozła ze sobą chorobę, która niszczyła jej mózg upośledzając myślenie i zmysły. Choroba rozwijała się powoli, żeby w ostatnim półroczu doznać gwałtownego przyśpieszenia. A on dobrze zbudowany chłop zaczął się uskarżać, że nie może jej dźwigać. Jakoś nikt nie zwrócił uwagi, że coś jest nie tak, że to nie normalne, że nie daje sobie rady.

Rosnący brzuch przypisywał przepuklinie pępkowej, brak apetytu i chudnięcie przyjął jako skutek zabiegów podejmowanych w celu schudnięcia. Nie czuł bólu a przyczyny narastającego osłabienia upatrywał w harówce wokół chorej żony. Po jej śmierci zaczął coraz częściej polegiwać w ciągu dnia i dzień w dzień chodził na odległy o prawie trzy kilometry cmentarz. Wreszcie w czerwcu udało mu się zapisać do lekarza domowego. Poszerzone wyniki badania krwi były alarmujące, między innymi bardzo niski poziom żelaza. Nie było jeszcze mowy o raku. Ale coś poważnego już przeczuwał. Uczepił się frazy lekarza „coś panu zjada krew, musimy to znaleźć” . Lekarz dał skierowanie do szpitala w Szczecinie, żadne „cito”, żadna onkologia, więc wyznaczyli mu termin przyjęcia na październik. Lekarz nie dostrzegł zaawansowanego wodobrzusza, nie dotykał nie badał brzucha. Gdyby to zrobił wykryłby nie tylko wodobrzusze ale i twardą wątrobę. Uradziliśmy, że pojedzie w rodzinne strony, które tak kochał i tam poszuka pomocy medycznej. Tam jeszcze w chorym widzą człowieka a nie jednostkę chorobową, lekarze tradycyjnie zajmują się chorym, bez znieczulicy, nie zasłaniają się procedurami. Do szpitala w Sokółce został przyjęty od razu, zrobili mu wszystkie możliwe badania dostępne w szpitalu powiatowym a więc i USG i tomografię komputerową, gastroskopię i kilkukrotne badanie krwi. Przetoczyli dwie jednostki krwi. Jak mówił nigdzie nie doznał takiej życzliwości i opieki jak w tym szpitalu. Tam też wszystkiego się dowiedział, ale informacja podana została w tak zawoalowanej formie, że nie tracił nadziei. Przetoczona krew dodała mu sił. Miał zrobić w ambulatorium onkologicznym biopsję guzów na wątrobie. Mieszkał u siostry – nikt nie wiedział, że to już ostatni raz jest w rodzinnych stronach, gdzie przyjeżdżał co roku. Do biopsji jest kolejka. W Białymstoku mogli zrobić na początku sierpnia w Szczecinie w drugiej połowie sierpnia. Uzgodnił z dziećmi, że wróci do Świnoujścia. W Szczecinie oprócz biopsji, założyli mu dren i spuścili 9 litrów płynu z brzucha oraz dokonali laparotomii na wysokości prawego płata wątroby prawdopodobnie żeby naocznie przekonać się o zaawansowaniu choroby. W szpitalu nie dopuszczano nikogo do chorego ani nie informowano bliskich o stanie pacjenta (wiadomo koronawirus). Po dwóch tygodniach od wykonania biopsji został wezwany na konsylium lekarskie w Szczecinie gdzie miano go poinformować o jej wynikach i leczeniu jakie zostanie podjęte. Już nie dał rady stać ani chodzić, musieliśmy go znosić z drugiego piętra wysokiej kamienicy. Dodatkowo zatkał mu się dren, z którego codziennie wypływało około jednego litra płynu. Według przepisów nie przysługiwało mu pogotowie. Podróż w pozycji siedzącej zniósł dzielnie. Na konsylium usłyszał wyrok – Pan nie nadaje się do dalszego leczenia z powodu mocnego osłabienia organizmu i ostatniej fazy choroby a tą chorobą jest HCC. Mnie nie wpuszczono na konsylium, czekałem pod drzwiami. Na moje pytanie co postanowiono odpowiedział: będziesz jeszcze musiał niedługo przyjechać na mój pogrzeb. Usiłowałem jeszcze wyprosić by udrożnili lub wymienili mu dren, odmówili. Mur nie do przebicia i absurdalne wykręty, które w głowie się nie mieszczą u normalnego człowieka. Po prostu odmówili pomocy. Więc po co wzywano chorego, którego nie zamierzano leczyć na konsylium. Brat podróż do Świnoujścia zniósł już z trudem. Próbowałem podjąć rozmowę na temat ostatnich życzeń, śmierci i spraw eschatologicznych. Milczał. Dwa dni później przyszła pielęgniarka, już nie nawiązała z nim kontaktu. Powiedziała, że śmierć może nastąpić lada dzień. Wieczorem zgasły oczy i głęboko się zapadły. Przestał walczyć, poddał się. Po wizycie księdza nagle się ożywił, zaczął jeść, nawiązał ponownie kontakt, nawet zażartował. Kiedy się z nim żegnałem, miał zamknięte oczy i odpowiadał tylko lekkim uściskiem ręki. Zmarł trzy dni później w niedzielę dwudziestego września.

Jakim był? Można powiedzieć człowiek o gołębim sercu ukrytym za maską gruboskórności i szorstkości. Typowa cecha ludzi ze wschodu. Uwielbiał dyskutować i spierać się o wszystko. Najlepiej się bawił gdy przechodził na język prosty i recytował powiedzonka, przyśpiewki, sprośne wierszyki, przypominał kto jakie przezwiska nosił w dzieciństwie, jakie urządzano kawały, z czego się śmiano, o co się obrażano. Znał mnóstwo żurawiejek wojskowych i rosyjskich czastuszek. Skąd je znał nie mam pojęcia, chociaż zawsze byliśmy blisko, ja nawet nie znałem dziesiątej części tego co on mógł przywołac na każde zawołanie. Pamięć dotycząca ludzi i zdarzeń z czasów dzieciństwa fenomenalna. Można powiedzieć nietuzinkowa kopalnia wiedzy o zwyczajach, które zanikły, oryginałach którzy nadawali koloryt życiu w miasteczku, uroczystościach których już nie ma, pamiątkach, które gdzieś się zagubiły i rytmie życia, które zabił pośpiech i ujednolicenie. Był uporządkowany, wręcz pedantyczny i cierpliwy. Wszystko potrafił naprawić. Im urządzenie bardziej skomplikowane tym chętniej nim się zajmował a nie miał żadnego przygotowania technicznego. Lubił gadżety. Zapamiętałem, że jako pierwszy wśród rówieśników miał tranzystorowe radio Koliber. I tak mu pozostało – wszystko musiał mieć pierwszy.

w WILNIE

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jego pasją od dzieciństwa była fotografia a potem dołączyła Filatelistyka. Fotografia to nie tylko robienie zdjęć, ale również obróbka-wywoływanie, odbitki, powiększalniki, chemikalia i to wszystko jeszcze w szkole podstawowej. Ubolewał, że ma tylko smienę, gdy koledzy mieli już zorki czy zenity. Po podstawówce wyjechał do technikum w Białymstoku skąd przywoził wszystkie nowinki techniczne i z dziedziny rozrywki. Za pracą najpierw wyjechał do Piotrkowa a potem do Wolina i Świnoujścia. Z uwagi na wypoczynkowy charakter Świnoujścia stał się ofiarą najazdów rodzinnych aż do granic gościnności. A gościnny był bardzo, kochał przyjęcia i lubił je urządzać. Lubił jeść i poznawać nowe smaki. Nowinkarz całą gębą. Nie znosił ciężkiej prac fizycznej, przepadał za koncepcyjną. Ale po wyjeździe żony cały dom miał na swojej głowie: gotował, sprzątał, prał, szył i wychowywał nastoletnie dzieci, młodsze bliźniaki Jacka i Agatę oraz starszego Sebastiana. Był już wtedy na rencie. Przeżył ciężki wypadek samochodowy: zgnieciony krąg, połamane kości barku, połamane żebra, przebite w kilku miejscach płuco, dwa tygodnie życie wisiało na włosku. Wtedy wyszedł z tego. Mówił o sobie, że ma końskie zdrowie.

Oczywiście miał masę słabości i kilka poważnych wad, ale nie zamierzam o tym pisać, zgodnie z zasadą o zmarłym tylko dobrze albo wcale. Odszedł filar życia rodzinnego i takim go zapamiętam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *