STAŻ ZWIĄZKOWY WE FRANCJI c.d.

wpis w: Solidarność | 0

c.d. z poprzedniego bloga

Oprócz spotkań oficjalnych i wymiany poglądów na szczeblu instytucjonalnym odbyłem szereg rozmów prywatnych z działaczami związkowymi i ich rodzinami. Takich spotkań, rozmów i dyskusji nie jestem w stanie policzyć. Byłem zapraszany do domów, na kolacje, zdarzało się, ze jednego dnia otrzymywałem dwa zaproszenia. Ten aspekt kontaktów z ludźmi był nie do przecenienia, pozwalał mi poznać ich życie prywatne i skonfrontować poglądy oficjalne z prywatnymi moich rozmówców. Uderzała spójność tych poglądów i opinii rzadko występująca u ludzi żyjących w systemach totalitarnych. Wszyscy wykazywali duże zainteresowanie sytuacją w Polsce. Muszę przyznać, że inteligenci posiadali rozległą wiedzę o tym co dzieje się u nas, gorzej było z rozpoznaniem związków przyczynowych i roli robotników a jeszcze trudniej zrozumieć bezkonfliktową współpracę robotników i inteligencji. Ten fenomen zorganizowania i zaangażowania stanowił dla nich pewną zagadkę. Trudno jest wytłumaczyć zjawiska występujące gdzie indziej, które tak odbiegają od postrzeganej rzeczywistości u siebie na miejscu, kiedy rzeczy i prawa niezbywalne gdzie indziej nie istnieją i wcale nie są oczywiste. Szczególnie trudne do wytłumaczenia były niektóre kwestie robotnikom, którzy nie zaprzątają sobie głowy porównywaniem systemów społecznych i gospodarczych, którzy uważają, że otaczający ich świat wartości i zasad jest oczywisty i trwały. Chodziło o różnice w poziomie świadomości i elastyczności w myśleniu, im pewne rzeczy nie mieściły się w głowie – Za niskie wynagrodzenie nie podejmuje się pracy, strajkuje się zawsze kiedy interesy są zagrożone i nikogo nie zamyka się do więzienia za to, że strajkuje.

Teraz po latach kiedy próbuję dokonać oceny mojego stażu związkowego w Paryżu dochodzę do wniosku, że jego rezultaty nie do końca były zbieżne z założeniami organizatorów a raczej twórców umowy między CFDT a Solidarnością. Na pewno pozyskałem dużą wiedzę o funkcjonowaniu związków zawodowych we Francji, o uwarunkowaniach gospodarczo społecznych, o strukturach organizacyjnych i ich zaletach i wadach, o metodach walki o prawa i interesy pracownicze, o zasadach partycypacji, o prawach pracowniczych i podstawach prawnych – to wszystko było interesujące i ważne, ale pozyskana wiedza nie została w żaden sposób spożytkowana, głównie z powodu późniejszego rozwoju sytuacji w Polsce jak i z powodu częstych zmian w moim życiu zawodowym. Odległa perspektywa dokonywania podsumowań ma również i swoje zalety, pozwala dokonać oceny i porównania późniejszego rozwoju wydarzeń w Polsce z ówczesnymi oczekiwaniami i planami, choćby przez pryzmat przygotowań w postaci takich szkoleń jak moje. Moje wnioski są jednoznaczne, francuskie związki zawodowe nie pozwoliłyby na taką formę transformacji gospodarki jaką przeprowadził Balcerowicz, podczas gdy omamiona Solidarność rozumiana jako związek zawodowy roztoczyła nad działaniami Balcerowicza –Sachsa parasol ochronny wbrew fundamentalnym interesom swoich członków. Francuskie związki twardo stąpały po ziemi, gdy Solidarność przeżyła „zdradę klerków” bujając w obłokach.

Znajduję również pozytywne i długotrwałe skutki mojego szkolenia. Lokują się one w całkiem odmiennej sferze niż związkowa. Rzecz dotyczy poznania wielu interesujących ludzi – wyjścia ze zbiorowej anonimowości, wymiany poglądów z nimi, możliwości wyjaśnienia im sytuacji w Polsce na poziomie zwykłego życia a nie poziomie gazetowym. Uświadomienia sobie wzajemnie różnic instytucjonalnych, kulturowych, materialnych ale i podobieństwa w dążeniach, oczekiwaniach i pragnieniach. Za bardzo istotne uważam wszystkie rozmowy podczas kolacji u różnych osób i rodzin moich opiekunów, przy okazji mogłem posmakować wyśmienitej kuchni francuskiej, ale do „pastis” nie dałem się przekonać.

Chciałbym w tym miejscu przypomnieć osoby, których sylwetki i postępowanie wryło się mocno w pamięć.

Kiedy na początku miałem trudności z dotarciem z moim przekazem do ludzi, przełom zawdzięczam Maurice’owi Lamy i jego wrażliwości. Maurice i chyba Francois (nazwiska nie pamiętam) dobrze znali angielski. Spełniali funkcję tłumacza na co dzień. Mieszkałem u Maurice’a, codzienne rozmowy, wspólne kolacje, przeciągające się dyskusje przy stole i gra w bilard u niego w salonie pozwoliły nam znaleźć wspólny język, kiedy okazało się, że mamy dużo wspólnych zainteresowań szczególnie historią, kwestiami społecznymi, chrześcijaństwem i rozwojem technicznym. Wyjaśniał mi zasady działania Minitela prekursora przyszłego Internetu, który miał zainstalowany w swoim domu, on nakłonił mnie do wyprawy do La Vilette do Geode. Maurice czytał La Croix.

Maurice Lamy w Antony

On i jego żona Denise sprawili mi niespodziankę i zaprosili na pielgrzymkę do Lyonu w związku z przyjazdem tam papieża Jana Pawła II. W sobotę 5 października pojechaliśmy do Lyonu pociągiem TGV. Taki wyjazd stanowił podwójną atrakcję.

Przewodniczącym CFDT w RTC Był Daniel Preclin – potężnie zbudowany robotnik mieszkający niedaleko Pere Lachaise. Mimo mego elementarnego francuskiego jakoś się z nim porozumiewałem i zaprzyjaźniłem. Daniel miał instynkt działacza społecznego, błyskawicznie chwytał niektóre wątki i nie potrzebował tłumaczenia od podstaw. W rozmowach w Bagneux bardzo mi pomógł.

Bywałem u niego w mikroskopijnym mieszkaniu i nawet u jego rodziców albo siostry, gdzie przyrządzono posiłek na raclette. Najbardziej mnie zszokowało to, że w jego kamienicy na rue Pelleport ubikacje były wspólne i mieściły się na korytarzu a on z dumą pokazywał mi swoje osiągnięcie – kabinę prysznicową którą sam zainstalował w miniaturowej kuchni. Daniel przyjechał do mnie do Warszawy w październiku następnego roku. Postanowiłem zafundować mu trochę silnych wrażeń i zabawnie było go obserwować gdy zabrałem go w kolejną rocznicę zamordowania księdza Popiełuszki na mszę i następnie manifestację podczas której zostaliśmy zatrzymani i wylegitymowani przez milicję. Ta burza uczuć od przerażenia do radości. Pewnie do tej pory to zdarzenie wspomina.

Jednak najważniejszą postacią z ramienia CFDT był Alain Lefevre pełniący funkcję wiceprzewodniczącego w strukturach branżowych tego związku (STRAMP). Człowiek o szerokich horyzontach myślowych, mówił płynnie po angielsku. Alain zaczynał dzień pracy od lektury Liberation, miał silnie zakorzenione lewicowe poglądy, nie utrwaliły mi się jego wyjaśnienia dotyczące różnic między CFDT i CGT , zdaje się, że komunistycznym związkom zawodowym przypisywał większa agresywność i powiązania z Moskwą. On pokazał mi Francję poza Paryżem – zabierał razem z kolegami na różne wyprawy a to do Le Mans, a to na plażę lądowania aliantów w Normandii, czy na wyprawę szlakiem zamków nad Loarą i w dolinie Cher. Spędziliśmy też chyba dwa dni u jego przyjaciela Bernarda Mourges w winnicy koło Saint-Aignan sur Cher. Bernard z Alainem brali udział w studenckiej rewolcie w 1968 roku w Paryżu. Przy winie prowadziliśmy zażarte dyskusje – mnie zawsze interesował problem lewactwa – nie byłem w stanie zrozumieć ich postawy. Oni nie eksponowali kwestii światopoglądowych – skupiali się na zagadnieniach społecznych i gospodarczych. Teraz po doświadczeniach z kapitalizmem w Polsce zaczynam rozumieć wagę ich zaangażowania i poglądów społecznych. Dobiegnięcie do mety niczego nie załatwia na zawsze. Bernard sam przyznał, ze natychmiast zmienił optykę gdy odziedziczył winnicę. Francja straciła anarchistę a zyskała dobrego winiarza. Otrzymane trzy butelki „rose” przywiozłem do Polski i wypiłem parę lat później po odzyskaniu niepodległości z wdzięcznością wspominając Alaina i Bernarda. To, że zapamiętałem tę dyskusję zaliczam do jednych z ważniejszych korzyści mego pobytu na stażu w Paryżu.

Brigitte Gautier poznałem albo podczas pierwszego oficjalnego spotkania w RTC albo kolejnego w STRAMPie albo gdy tłumaczyła moje spotkanie w Bagneux. Brigitte pracowała w Biurze Komisji Koordynacyjnej Solidarności w Paryżu znała język polski a co ważniejsze była obeznana z niuansami życia w Polsce i dzięki temu umiała świetnie przełożyć moje nieoczywiste wypowiedzi podczas różnych spotkań. Pozostajemy przyjaciółmi do dziś.

Miałem możliwość spotkań z emigrantami z Polski i to z bardzo szerokim ich spektrum a więc ludźmi ze starej emigracji i a także ostatnimi uciekinierami. Kilkakrotnie odwiedziłem polską księgarnię Libella na wyspie św Ludwika, udało mi się zamienić parę słów z panem Romanowiczem, zamówiłem parę książek, które miałem zabrać ze sobą do Polski. Ostatecznie wziąłem ze sobą tylko „Cztery lata w Białym Domu” Brzezińskiego a pozostałe zawiozłem do polskich zakonnic (siostra Otylia) przy rue Vaugirard. Ta niewinna książka i kasety magnetofonowe oraz magnetowidowe oraz część nieukryta kast magnetofonowych, które otrzymałem w wydawnictwie Kontakt zostały mi odebrane na lotnisku w Warszawie, były też powodem wyrzucenia mnie z pracy i kolejnych odmów wydania paszportu. Podobała mi się atmosfera w wydawnictwie Kontakt, panował tam wielki ruch, żeby nie powiedzieć rozgardiasz, każdy był niesamowicie zabiegany, w obu przypadkach rozmawiałem chyba z Tomaszem Łabędziem, byłem tez przedstawiony Mirkowi Chojeckiemu i Bronisławowi Wildsteinowi. Podczas drugiej wizyty miałem zaszczyt uczestniczyć w spotkaniu z Herlingiem-Grudzińskim, który przyleciał z Neapolu. Pamiętam, że sala była nabita słuchaczami.

Brigitte i jej koleżanka zabrały mnie również na koncert Jacka Kaczmarskiego w kawiarni a raczej piwnicy „Chez Michel”. Podczas koncertu panowała dość luźna atmosfera, Jacek był lekko wstawiony, wdawał się w rozmowy ze słuchaczami a repertuar był wspólnie układany, w zasadzie na prośby padające z sali. Prym wiodła Agnieszka Holland też nieźle wstawiona.

Oczywiście ze względów bezpieczeństwa nie odwiedziłem Biura paryskiego Komisji Koordynacyjnej Solidarności, podobnie jak nie pojechałem do Maisons-Laffitte do redakcji Kultury.

Jak państwo wiedzą człowiek łatwiej zapamiętuje wrażenia niż fakty. Odniosłem wrażenie, że związki zawodowe we Francji wywalczyły pozycję o której pracownicy w innych krajach mogą tylko marzyć, że są pewne swojej siły. Walczą o swoje interesy z determinacją nie oglądając się na interes ogółu, nie zadowalają się byle czym. Dostrzegłem tez dystans, który dzielił robotników od kadry technicznej, co w Polsce w owym czasie nie występowało. W Polkolorze robotnicy wiedzieli więcej o świecie, o innej rzeczywistości. Z kolei inteligencja charakteryzowała się dużą wrażliwością, szerokimi zainteresowaniami i zdolnością rozumienia odmienności. Z mojego punktu widzenia ówczesna Francja stanowiła krainę szczęśliwości. Sam Paryż nie był dla mnie ośrodkiem działalności związkowej a postrzegałem go jako centrum kultury światowej. Miałem dużo czasu, nie musiałem przebywać ciągle w RTC, szczególnie, że moi opiekunowie nie zawsze wiedzieli co ze mną zrobić, mieli swoje obowiązki i moja obecność stanowiła zakłócenie w ich rytmie pracy. Poznawałem miasto, jego muzea, pamiątki historyczne, kościoły, pałace i atrakcje. I jak to zwykle bywa nie to co eksponowano przykuwało moją uwagę a sprawy poboczne. W muzeum Picassa w Sully dowiedziałem się, że Picasso był członkiem Komunistycznej Partii Francji a gdy zobaczyłem siedem legitymacji członka komunistycznej partii Francji, zrobiły one na mnie większe wrażenie niż cała kolekcja jego dzieł sztuki. Podobnie dużo dała mi do myślenia potężna siedziba Komunistycznej Partii Francji przy placu Stalingradu, przewyższała ona rozmiarami siedzibę PZPR w Warszawie. Ogołocona z obrazów i posągów katedra Notre Dame budziła niedowierzanie i przerażenie i przypominała straszne czasy rewolucji francuskiej. Oglądałem i porównywałem, powstawały skojarzenia i refleksje weryfikujące lub utwierdzające moje poglądy na historię i sztukę. Wszystkie późniejsze wyjazdy do Paryża nie wywarły takiego wrażenia jak ten pierwszy. Wielowymiarowość doznań, konfrontacja z wyobrażeniami i wiedzą zaczerpniętą z literatury była najpełniejsza i potem nigdy już nie osiągnięta. Tamta wyprawa do Paryża była jak stempel odciśnięty w pamięci.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *