Imię Jan (mówione a nie pisane) w Chinach od razu wzbudza respekt, bo brzmi jak nazwa pozytywnego pierwiastka męskiego yang, który wraz z uzupełniającym go pierwiastkiem żeńskim -yin napędza i organizuje świat. W metafizycznej filozofii chińskiej wszystko da się wytłumaczyć poprzez wzajemne oddziaływanie tych pierwiastków pamiętając, że w chińskim żadne pojęcie nie jest dosłowne, gdyż dodatkowo posiada wiele symbolicznych znaczeń. Yang ma takie mnóstwo znaczeń symbolicznych o charakterze pozytywnym, że nie sposób ich wymienić, oto tylko niektóre z nich: niebo, światło słoneczne, dzień, biel, siła, aktywność, radość, ciepło i lato, męski aspekt natury, ekstrawersja, liczby nieparzyste oraz dusza hun. Yang symbolizuje ogień lub wiatr. Ważne, że kojarzy się wyłącznie pozytywnie z jasną stroną mocy. Nikt nie nadaje swoim dzieciom imienia tak brzmiącego, natomiast cudzoziemiec ma dodatkowe plusy u Chińczyka i ja tego doświadczałem. Imiona w Chinach mają związek z bardziej przyziemnymi sprawami, najczęściej odnoszą się do świata przyrody: zwierząt, kwiatów, roślin, ale również rzeczy, narzędzi. Osobną kategorię stanowią imiona związane z pojęciami abstrakcyjnymi jak piękno, mądrość, dobrobyt, radość, nadzieja. Jeszcze inne nawiązują do polityki, ale te akurat imiona nadają oportuniści i karierowicze swoim dzieciom. Bardzo popularny jest przymiotnik „siao” (xiao) – mały dodawany do imienia i używany przez całe życie. Na przykład xiao zhu – prosiaczek, xiao gao – piesek, xiao mao – kotek. (proszę nie traktować mnie jako wyroczni, bo zbyt wiele wystepuje tu problemów, żeby nie popełnić błędów, między innymi problem z transkrypcją, obecnie obowiązuje angielska, ale w 1989 roku istniała również polska, ciągle był Pekin a teraz jest Beijing) Oczywiście problem językowo jest jeszcze bardziej złożony, istnieje zapis fonetyczny i ideograficzny, wymowa kantońska (dawna) i pekińska, zapis mandaryński z góry na dół i przyjęty przez ChRL od prawej do lewej. Szczegóły można znaleźć w Internecie. Jednak nie o tym chcę pisać.
Pierwszego czerwca 1989 roku znalazłem się w Chinach. Miałem pracować dla firmy amerykańskiej Corning Glass Works, która budowała fabrykę kineskopów w mieście Shijiazhuang 300 km od Pekinu. Po zameldowaniu się w hotelu Sheraton Great Wall razem z kolegami ruszyłem obejrzeć miasto. Do dyspozycji było zaledwie dwa razy po pół dnia.
Wyjeżdżałem z Polski dosłownie w przededniu pierwszych półwolnych wyborów i leciałem do kraju ogarniętego protestami, demonstracjami i strajkami studenckimi. Na placu Tian An Men (Niebiańskiego Spokoju) rozbite było miasteczko namiotowe, utworzone przez protestujących studentów i wykładowców uniwersyteckich. Jest to najważniejszy plac Pekinu, przylega do niego Zakazane Miasto czyli zespół pałaców cesarskich z okazałym pawilonem bramnym na którym znajduje się olbrzymi portret Mao Tse Tunga.
Przed wyjazdem do Shijiazhuang koniecznie chciałem zobaczyć protestujących studentów i porozmawiać z niektórymi. Na Placu panowała gorączkowa atmosfera, kręciło się mnóstwo ludzi (Podobny obrazek widziałem wiele lat później w Kijowie na Majdanie). Z głośników na okrągło leciała Międzynarodówka. Studenci w bardzo bojowym nastroju sami zaczepiali cudzoziemców. Co rusz ktoś tłukł butelkę. Gdy usłyszeli, że jestem z Polski otoczyli mnie wianuszkiem, zasypali dziesiątkami pytań. Jak udało się doprowadzić do okrągłego stołu, jak zmusiliśmy władze do rozmów, czy doprowadzimy do trwałych zmian, Itp.? Wszyscy z którymi rozmawiałem znali ostatnie wydarzenia w Polsce i historię Solidarności. Z kolei na moje pytanie jakie stawiają sobie cele odpowiadali dość jednorodnie: chcą naprawy socjalizmu – powrotu do nieskażonego korupcją pierwotnego idealnego socjalizmu i chcą demokracji. Na moją uwagę, że u nich jest komunizm a socjalizm jest tylko łagodniejszą jego formą, i każda fałszywa ideologia jest zła i nie da się pogodzić z demokracją odpowiadali, że u nich będzie inaczej. Jeden z akademików powiedział, że oni są przygotowani na Długi Marsz nawiązując w ten sposób do tzw „długiego marszu” Mao. Mnie szczególnie irytowała ta Międzynarodówka płynąca z głośników – wskazując na olbrzymią figurę „Bogini Demokracji” ustawioną przez studentów i górującą nad placem, powiedziałem, że chociaż nie uważam, że demokracja powinna być bogiem w społeczeństwie, to jednak lepiej jest skupić się na demokracji aniżeli myśleć o naprawie socjalizmu i podpierać się Międzynarodówką. Rozmowa zeszła na możliwą reakcje władz chińskich. Powiedzieli, że na razie jest spokojnie, żałują że nie ma odzewu z ich strony i na znak protestu tłuką butelki. Wyjaśnili, że imię Tenga czyli Siao Ping oznacza małą butelkę. Powiedziałem, że u nas komuniści najpierw użyli siły przeciwko Solidarności i a obecnie do rozmów zmusiła ich głównie sytuacja gospodarcza Polski i głasnost’ w Rosji. Jakoś w obliczu ich entuzjazmu nie czułem niepokoju chociaż mając na uwadze pierwotne rozwiązania siłowe w Polsce powinienem. Chyba uważałem wtedy, że w dotychczas hermetycznym systemie komunistycznym nastąpił nieodwracalny wyłom i że rządy wyciągają wnioski z doświadczeń innych.
W Shijiazhuang w piątek i sobotę byłem w pracy, zdążyłem zaledwie poznać kolegów polskich, amerykańskich i francuskich, ich funkcje. Przydzielono mi bardzo sympatycznego chińskiego tłumacza o imieniu Siao Gao czyli piesek (nazwiska nie pamiętam). Gao ukończył uniwersytet w Szanghaju. Był bardzo rozmowny i inteligentny i z całego serca popierał protestujących studentów. Zarówno w piątek jak i w sobotę poszliśmy na miejscowy uniwersytet porozmawiać z protestującymi. Shijiazhuang liczyło ponad 3 milionów mieszkańców, miało uniwersytet i kilka potężnych zakładów przemysłowych, głownie chemicznych. (Później zimą smród z tych zakładów był bardzo dokuczliwy).
Protest na placu prze uniwersytetem miał podobny charakter jak w Pekinie, może tylko więcej tłuczono butelek. Gao szczegółowo wypytywał mnie o działalność Solidarności zarówno tę jawną jak i konspiracyjną. Zwróciłem mu uwagę, że strajkującym brakuje ulotek, że powinni dotrzeć do robotników. Strajkujący studenci niechętnie przyznali, że nie udało im się pozyskać robotników, że nie mają z kim rozmawiać, że robotnicy nie mają żadnej organizacji i wszystkiego się boją. Potem zrozumiałem dlaczego robotnicy nie poparli protestu, ale o tym w jednym z kolejnych wpisów.







Dodaj komentarz