Czternastego grudnia około siódmej odbyliśmy jeszcze jedną naradę z udziałem większości członków Komisji Zakładowej i Czesi Kuźniewskiej, która od września była członkiem zarządu regionu Mazowsze a widząc zdecydowaną postawę większości spotykanych pracowników, umocniliśmy się w swoich przekonaniach i podtrzymaliśmy decyzję o konieczności strajku. Przygotowałem projekt uchwały o ukonstytuowaniu się komitetu strajkowego.
Zostałem wezwany do dyrektora naczelnego Bilipa, poszedłem z dwoma dobrze zbudowanymi robotnikami (Górką i drugiej osoby nie pamiętam), odtąd byli oni moja ochroną podczas strajku. Dyrektor i komisarz wojskowy nakłaniali mnie, żebyśmy zrezygnowali ze strajku, na początku nie straszyli tylko mówili o jego bezcelowości, że władza panuje nad sytuacją w kraju, mówili jakie straty możemy spowodować i używali innych w tym stylu argumentów. Odpowiedziałem, że w łączniku jest już zgromadzonych kilkaset osób, większość załogi spontanicznie nie podjęła pracy i nawet gdybym chciał a nie chcę, nie przekonałbym ludzi, aby nie podejmowali i zaniechali strajku, chyba że są w stanie spowodować, że wszyscy internowani zostaną uwolnieni i związek będzie mógł dalej działać. Na spotkanie doszła Kuźniewska i zaczęła dość emocjonalnie przemawiać, wtedy oni zaczęli straszyć powołując się na przepisy o stanie wojennym i kary jakie są przewidziane dla organizatorów. Teraz z perspektywy czasu widzę, że będąc człowiekiem dość pobudliwym, wtedy byłem bardzo opanowany i wyjątkowo racjonalny, po prostu miałem zadanie do wykonania – zorganizować i przeprowadzić strajk, dotrwać ze strajkiem do korzystnego dla Solidarności przełomu a jeśli sytuacja będzie rozwijać się w kierunku dla nas niepomyślnym – wycofać się, nie dopuszczając do strat. Ważne będzie danie świadectwa przywiązania do naszych wartości i zasad.
Wyszliśmy bez jakichkolwiek uzgodnień i dotarliśmy łącznika przedzierając się przez tłum stojących w ścisku ludzi. Na środku stał stół na który wszedłem. Szczegółów swego przemówienia nie pamiętam. Na pewno przedstawiłem sytuację w kraju, mówiłem o aresztowaniu władz związku, o protestach i strajkach we wszystkich zakładach, o strajku w sąsiedniej Laminie. Powiedziałem, że powinniśmy być solidarni z władzami związku i ich bronić, jakie mamy obowiązki jako członkowie związku i że nikt nie może pozbawić nas naszych praw. Mówiłem też, że stan wojenny jest nielegalny i żądamy jego odwołania, przemawiałem chyba z 15 minut. Potem przemawiała Kuźniewska. Następnie zarządziłem głosowanie za strajkiem – wszyscy byli za, jeśli nawet ktoś był przeciw – w tłumie się nie ujawniał ani protestował. Chciał przemówić komisarz Wierzchowski. Gwizdami i okrzykami ludzie uniemożliwiali mu zabranie głosu. Na moje wezwanie pozwolono mu mówić, co rusz przerywając jego wypowiedź gwizdami. Nikogo nie przekonał. Chyba jeszcze mówił dyrektor. Również pozostał bez odzewu. Obaj mówili cicho, bez tego żaru i zapału, który nam towarzyszył, Czesia i ja mieliśmy donośne głosy, nasze słowa przemawiały do ludzi, były zgodne z ich przekonaniami i odczuciami. Byliśmy zjednoczeni. Zamykając zgromadzenie powiedziałem, że zaprzestaniemy strajku, jeśli nasze postulaty, które ponownie przypomniałem, zostaną zrealizowane. Kolejne spotkanie wyznaczyłem na godzinę czternastą. Zakończyłem inicjując Hymn. Śpiewanie hymnu było moim najtrudniejszym momentem zgromadzenia i największym przeżyciem nie tyle z powodu poczucia doniosłości zdarzenia ile z powodu stresu, że nie zaśpiewam poprawnie jako osoba nieumiejąca śpiewać.





Dodaj komentarz