Strajk w Polkolorze
W tygodniu poprzedzającym ogłoszenie stanu wojennego mieliśmy przynajmniej dwa posiedzenia Komisji Zakładowej. Ostatnie w piątek. Część tematów jak zwykle była poświęcona sprawom zakładowym, ale głównie rozmawialiśmy o sprawach krajowych, o narastającym napięciu i nadziejach jakie wiązaliśmy z posiedzeniem i ustaleniami odbywającej się Komisji Krajowej w Gdańsku. Prezydium obradowało na okrągło, co mnie bardzo denerwowało, bo brakło mi czasu na przygotowywanie agendy spotkań, uchwał, instrukcji i odpowiedzi na różne pisma – wszystkie teksty przygotowywałem osobiście. Było bardzo nerwowo. Przeczuwaliśmy, że coś się może zdarzyć. Mieliśmy wiele sygnałów – każdy z nas miał różne kontakty. Pamiętam, że najwcześniej ostrzegał Jurek Rajnisz, ale i Marek Sznajderski i Andrzej Janicki mieli jakieś informacje. Do mnie przychodzili też różni ludzie z zewnątrz: byli wojskowi alarmowali, że coś się dzieje. Miałem dwie bezpośrednie informacje od ludzi, o których wiedziałem, że są powiązani lub byli powiązani z władzami (jednym z nich był bliski krewny Osóbki Morawskiego), że „coś poważnego się szykuje”. Na pewno nikt nie mówił o stanie wojennym, raczej o internowaniach czy aresztowaniach. Termin był określany na okres Bożego Narodzenia. Nie lekceważyliśmy tych sygnałów.
Podczas strajku w marcu w obronie Rulewskiego, powołaliśmy odpowiednie struktury do kierowania strajkiem i ochrony strajkujących oraz mienia zakładowego – Straż Robotniczą, była służba informacyjna, wyznaczeni łącznicy z Regionem, nawet z piaseczyńską Solidarnością Rolników – kwestia aprowizacji, były w pogotowiu pielęgniarki z przyzakładowej przychodni, dysponowaliśmy sprzętem: opaski, flagi, transparenty, przy czym sprzęt był ukryty w różnych częściach zakładu. Najważniejsze, że każdy wiedział co ma robić. Zresztą postępowaliśmy zgodnie z instrukcją Zarządu Regionu Mazowsze.
Na wypadek jakiegoś nadzwyczajnego zdarzenia, które mogłoby wystąpić poza godzinami pracy wszyscy członkowie Komisji zakładowej mieli się stawić w zakładzie. W naszym przypadku to było łatwe, bo dwie trzecie pracowników pracowało na zmiany. Z Warszawy i okolic kursowały autobusy zakładowe dowożąc pracowników na szóstą, ósmą, czternastą i dwudziestą drugą. Po ogłoszeniu stanu wojennego przez Jaruzelskiego w niedzielę z rana, mimo ograniczeń w ruchu co najmniej ośmiu z nas dotarło do zakładu na godzinę 14-tą. Szczęśliwie miałem zapasowe klucze do siedziby Komisji Zakładowej. Zacząłem wydzwaniać na wydziały do przewodniczących komisji wydziałowych i członków Komisji Zakładowej, o których sądziłem, że są na zmianie. Uzgadniałem spotkanie w szatniowcu w montowni i w narzędziowni na Hucie. Ryśka Górkę- mechanika z utrzymania ruchu na hucie poprosiłem o pilne przyjście do siedziby Solidarności. Zakład zajmował olbrzymi teren, część kolorowa to ponad 5 ha powierzchni, Zelos (zakład produkujący czarnobiałe kineskopy) prawie 4ha, zatorze gdzie mieściła się siedziba Solidarności – ponad hektar. Przydzielając siedzibę w barakach na zatorzu tzw domontach dyrekcja świadomie izolowała nas od głównej części zakładu. Nie mogliśmy tam zostać, miejsce było zbyt łatwe do spacyfikowania. Razem z Ryśkiem zebraliśmy wszystkie dokumenty, pieczątki i pieniądze, załadowaliśmy do worka. Rysiek wyniósł je i dobrze ukrył. Poprosiłem go też, żeby nie przychodził na spotkanie komisji, bo dla niego, Janka Gajdy, Ryśka Stefaniaka, Makowskiego, Zygmunta Szczepańskiego, Andrzeja Głąba, Andrzeja Radziacha i innych robotników z Komisji Zakładowej mam inne zadania. Prosiłem też, żeby po skończonej swojej zmianie, zadekowali się gdzieś i nie wracali do domu. Zrobimy oddzielne spotkanie po dwudziestej drugiej. Po prostu ich byłem w stu procentach pewien. Niestety nie pamiętam wszystkich, którzy uczestniczył w spotkaniu na Montowni i w Narzędziowni na Hucie. Na pewno byli Marek Sznajderski, Piotrek Szczepanowski, Jurek Rajnisz, Michał Kuszewski, Marek Wiraszka, Grzesiek Stępień, chyba Janusz Filipiak i jeszcze dwie osoby – w zasadzie całe Prezydium Komisji Zakładowej. Wymieniliśmy się informacjami i szybko uradziliśmy, że na jutro na godzinę ósmą zwołujemy Walne Zgromadzenie delegatów Solidarności, ale również i innych chętnych w szatniowcu w tzw łączniku. Jest to najlepsze miejsce, bo leży pośrodku między hutą i Montownią i może pomieścić kilkaset osób i kolejne kilkaset po stronie montowni i Huty. Potem esbecy policzyli i podali w swoich raportach, że w zgromadzeniu uczestniczyło ponad tysiąc trzysta osób. Siedzibą komitetu strajkowego będzie narzędziownia na hucie i pomieszczenie na Montowni, gdzie była siedziba w czasie strajku bydgoskiego.
Jednocześnie uzgodniliśmy, że będziemy pisali ulotki i ogłoszenia wzywające do zebrania i do strajku. Ulotki i wezwania miały być o różnej treści, ale wszystkie podpisywaliśmy komitet strajkowy. Nikt nie miał wątpliwości co do konieczności strajku. Rozeszliśmy się po swoich wydziałach, żeby zorientować się w sytuacji i przygotowywać ogłoszenia. Pisaliśmy flamastrami i chyba Piotrek na maszynie. Mieliśmy porozklejać je wszędzie gdzie się da i prosić członków swoich komisji wydziałowych o przygotowanie kolejnych ulotek, ponadto każdy miał rozmawiać z ludźmi i przekonywać ich do strajku. Chyba po dwóch godzinach mieliśmy spotkać się na wydziale narzędziowni i posłuchać jeszcze raz Wolnej Europy lub Głosu Ameryki, żeby dowiedzieć się co się dzieje w innych zakładach w Polsce. Kiedy spotkaliśmy się ponownie przyplątał się do nas główny automatyk – Jerzy Zakrzewski, o którym wiedzieliśmy, że jest albo esbekiem, albo „uchem”. Poza tym nie miał prawa być w niedzielę w zakładzie. Po pewnym czasie pojawił się któryś z dyrektorów, następnie kolejny i wreszcie zjawił się komisarz wojskowy z komendantem straży przemysłowej. Nakazali nam opuścić zakład. Wzbranialiśmy się w końcu ustąpiliśmy. Powiedzieli, że odwiozą mnie do domu, podziękowałem i powiedziałem, ze pojadę autobusem. Zgodzili się, zobaczyli jak wsiadam przed zakładem do autobusu. Autobus jadący do Warszawy zatrzymywał się przy Zelosie. Tam wysiadłem i od strony Zelosu przez dziurę w ogrodzeniu wszedłem na teren zakładu, było już po dwudziestej drugiej. Wszedłem do siedziby Solidarności, nie włączałem oświetlenia, zadzwoniłem po Ryśka Górkę, żeby wziął worki i przyszedł z kimś jeszcze. Musieliśmy zabrać i ukryć książki i broszury z naszej biblioteki. Przyszli z latarkami, spokojnie spakowaliśmy wszystko, zostawiając XIX tom dzieł Marksa otwarty na stronie gdzie on pisał, ze Polska nie ma prawa istnieć i przez kolejną dziurę w ogrodzeniu i przez tory przeszliśmy na teren właściwego zakładu. Rozdzieliliśmy worki – jeden ukryliśmy w kanałach rurowych, drugi w wentylatorowni. Esbecy przez pół roku szukali biblioteki, nigdy nie namierzyli, nawet nie udało im się przez dwóch TW, których skaptowali z członków Komisji Zakładowej.
Zrobiłem jeszcze zebranie u mechaników z obecnymi w zakładzie członkami Komisji zakładowej i obecnymi przewodniczącymi komisji wydziałowych, byli to robotnicy z utrzymania ruchu i narzędziowni, mieli przekonywać ludzi do strajku potem obsadzić najbardziej newralgiczne obiekty, pilnować bram wejściowych i dziur w ogrodzeniu, mieli gromadzić ciepłą odzież, styropian,narzędzia i sprzęt do blokowania bram. Mieli też zatrzymywać i informować kto wchodzi na teren zakładu. Posłuchałem jeszcze Wolnej Europy i o pierwszej poszedłem spać prosząc, żeby mnie obudzono o szóstej. Ukryto mnie na wydziale szyjek, na antresoli z grzejnikami i rurami wentylacyjnymi. Spałem w wielkiej rurze i było mi ciepło – na zewnątrz minus dwadzieścia. cdn

Dodaj komentarz