Pierwszego dnia pobytu w Malakce zastanawiając się gdzie by co zjeść rozważałem kuchnie różnych narodowości i w końcu zdecydowałem się na kuchnię hinduską. Kuchnia chińska mi się przejadła, malajskiej miałem dość w Kuala Lumpur, więc tamilska stała się naturalnym wyborem. I to był błąd. Tam gdzie jadę delektuję się zawsze jedzeniem ulicznym. Znalazłem „restaurację”-jadłodajnię gdzie był największy rozgardiasz i wszystkie stoliki pokryte ceratą były zajęte, cierpliwie odczekałem i zamówiłem coś w rodzaju bardzo ostrej zupy rybnej a potem kari z owoców morza. Zupa mi smakowała, owoce morza mniej. Pierwsze sensacje zaczęły się gdzieś po północy i trwały aż do rana. Widząc moją niedyspozycję właściciel hoteliku zaproponował mi jakieś świństwo na śniadanie i kilka kubków specyficznej malajskiej kawy. Kawa była w granulacie, w pewnym sensie rozpuszczalna (pozostawiała osad, ale nie podobny do naszych fusów) i była bardzo słodka. Na pewno zawierała kardamon i jeszcze jakiś korzenny składnik. Pomogło.
Około południa mogłem wyruszyć na zwiedzanie miasta. Uznałem, że ważniejsze jest zwiedzanie niż jedzenie i postanowiłem się żywić w Galerii Makhota, tam na ostatnim piętrze mieściły się restauracje i bary i gdzie okazało się, że podawano rozmaite jedzenie różnych kuchni. Można było tanio i smacznie zjeść. Galerie handlowe w Kuala Lumpur i Malaka, są supernowoczesne, doskonale zaopatrzone, większość towarów jest nieznacznie droższa niż w Polsce. Dominują znane marki. W każdej galerii ostatnie piętro jest poświęcone na miejsce zabaw dla dzieci i restauracje i bary. Wiele potraw jest przyrządzanych na widoku w super higienicznych warunkach. W Makhota takich samoobsługowych barów było chyba ze trzydzieści. Sala jadalna była wspólna dla wszystkich. bardzo mi smakowały soki i koktajle z egzotycznych owoców. Na weekendowym targu wzdłuż Jonker Walk serwowano mnóstwo różnych rarytasów i zwyczajnych posiłków. Smakowicie wyglądały olbrzymie pieczone ostrygi, ale się nie skusiłem. Podczas targów można było się zorientować, gdzie jadają turyści z Kuala Lumpur i Singapuru na podstawie kolejek, które ustawiały się przed restauracjami.
Tamilowie mają bardzo charakterystyczna urodę, bardzo się różnią od Malajów. Kobiety są piękne, ale z wiekiem mocno tyją. Są społecznością znacznie uboższą od chińskiej. Dzielnica hinduska nie jest tak zadbana i ładna jak zamożna chińska. Nawet ich świątynie w obrębie dzielnicy wyglądają skromnie. Są niewielkie bez nagromadzenia ozdób, dekoracji i figur. Posadzki i ściany wyłożone są kafelkami i nic więcej. Nie ma gopur, charakterystycznych zdobień, figurek devi i devy, całego tego bogactwa mitologicznego prezentowanego na dachach, gzymsach, przedsionkach i na wejściach.
Świątynia Chittys village. Sanktuarium – część centralna świątyni.
Wyjątkiem jest wielka świątynia Chittys Village na obrzeżu dzielnicy (pół godziny na piechotę od Jonker Sreet), która usytuowana na podniesionym tarasie prezentuje się wspaniale. Wydawało mi się, że była dość nowa. Figury na piramidach dachowych były nie pomalowane co zdarza się dość rzadko. Wystrój bardzo bogaty, marmury na posadzkach, dużo złoceń i wieloosobowa obsługa świątynna.
Nazwałem tę część przed sanktuarium „carskimi wrotami”
Trafiłem akurat na ślub. Zamieszczam zdjęcia, warto zwrócić uwagę na kolorowe, jedwabne stroje kobiet, pomalowane henną ręce panny młodej i trzymany w ręce „bukiet”. Ceremonia, która w zasadzie skupiała się na pannie młodej była dość długa, nie dotrwałem do końca.
Kapłani i orszak kobiecy
Pyszne stroje kobiece.
Kobietę namaszczano olejkami, okadzano, następnie kapłan przyniósł ogień zapalony od kaganka przed figurą bogini Kali i wykonywał coś w rodzaju błogosławieństwa zbliżając łuczywo do głowy, piersi, ramion i łona kobiety. Następnie przekazał jej ogień. Ceremonia odbywała się na środku świątyni. Główny kapłan chodził co i rusz do sanktuarium bogini Kali i coś przynosił. W tym czasie okropnie brzydki mąż panny młodej gawędził na stronie z jedną z druhen lub matką (nie byłem w stanie określić kto zacz). Nie widziałem innych mężczyzn podczas ceremonii.
Figurka bogini Kali której poświęcone jest sanktuarium
Namaszczanie olejkami
Zapalenie ognia albo złożenie ognia u boga Ganeśa
Mniej więcej połowa Tamilów jest chrześcijanami (głównie katolikami). Byłem w niedzielę na mszy w kościele Sw Franciszka Ksawerego. Odprawiał tamilski ksiądz po tamilsku z napisami wyświetlanymi po angielsku. Wyglądało to przepięknie: w recytacjach modlitw i śpiewach uczestniczyli wszyscy wierni. Szczególnie poruszający był bardzo melodyjny śpiew. Po komunii zaśpiewali czysto „Amazing Grace”. W gablocie przed kościołem wywieszone były wszystkie wydatki i przychody parafii w minionym miesiącu. Ksiądz zarabia 1100 ringit miesięcznie (wtedy około 1400zł), ale Staff (personel) dostawał 5100ringit wynagrodzenia. Parafia miała w banku 420 tysięcy ringit. Godna pochwały otwartość.
Nabożeństwo w kościele św Franciszka Ksawerego











Dodaj komentarz