TYDZIEŃ W STREFIE WYJĄTKOWEJ

wpis w: Dzieciństwo, Polityka | 0

 

Żeby wybrać się w rodzinne strony, jak zwykle zresztą na groby rodziców na Wszystkich Świętych musiałem mieć zezwolenie komendanta Straży Granicznej w Krynkach. Wniosek złożyłem trzy tygodnie wcześniej i gdyby nie starania krewnych pewnie bym nawet nie dostał odpowiedzi. I wcale nie z powodu lekceważenia, nadmiernej biurokracji czy polskiego bałaganu czy chaosu, ale z powodu nadmiaru pracy, powiedziałbym nawet służby na okrągło. Jednak dostałem i pojechałem.

Posterunek kontrolny stał przed rozwidleniem dróg do Białegostoku i Sokółki. Policjanci, byli uprzejmi, ale dociekliwi: Po co?, do kogo?, na jak długo?. W zasadzie przejechałbym nawet bez zezwolenia, bo w dowodzie miałem wpisane miejsce urodzenia Krynki – to mnie uprawniało do przyjazdu do strefy w okresie około świątecznym.

W miasteczku nie widać było żadnej zmiany, życie toczyło się normalnie, no może trochę mniej ludzi na ulicach i od czasu do czasu helikoptery i drony hałasujące nad głową.

Oczywiście jak najszybciej chciałem obejrzeć granicę. Postanowiliśmy pojechać drogą na Jurowlany i Usnarz, gdzie szosa biegnie w niedalekiej odległości od granicy (od trzystu do 500 metrów) przez około 10 kilometrów. To tutaj na początku było najwięcej wtargnięć na stronę polską. Po białoruskiej stronie wszędzie jest las a po naszej stronie głównie pola i tylko gdzieniegdzie kępy lasu. Imigranci mogą dojść niepostrzeżeni do samej granicy i w stosownej chwili gdy nie ma polskiego patrolu usiłować przejść zasieki. Jak się dowiedziałem zasieki nie stanowią większego problemu dla mężczyzn, bo Białorusini wyposażają nachodźców w deski i drabiny. Są one wielokrotnego użytku, bo jak usłyszałem od wiarygodnych obserwatorów, przerzucane są z powrotem na białoruską stronę. Ci ludzie, gdy dojdą do szosy przestają się kryć i maszerują drogą w kierunku Krynek. Siostra miała możliwość obserwować grupki ludzi przesuwające się pod jej oknami. Czekali aż ktoś z mieszkańców bloku zadzwoni do straży granicznej, która przyjedzie i ich zabierze. Imigranci ci, wtedy jeszcze nie mieli umów z przemytnikami, którzy by ich przemycili do Niemiec. Podczas mojego tygodniowego pobytu tylko raz zatrzymano grupkę imigrantów w nocy przy północnym wjeździe do miasteczka. Niestety było to poza zasięgiem latarń ulicznych. Z balkonu widzieliśmy tylko dwie furgonetki Straży Granicznej oświetlone niebieskim migającym światłem i jakieś sylwetki ludzi biegających po polu, oświetlane co jakiś czas latarkami, no i słychać było krzyki. Można powiedzieć, że przejścia w tym rejonie zostały opanowane. 

Podczas jazdy wzdłuż granicy wszyscy otrzymaliśmy następującego SMSa: „ Witaj na Białorusi. Zalogowałeś się do operatora zagranicznego kraju nie należącego do I strefy Unii Europejskiej, …… itd.

(Białoruski operator telefonii komórkowej wzmocnił sygnał w porównaniu do okresu sprzed inwazji).

a siostrzeniec wcześniej otrzymał jeszcze coś innego (ja nie nie dostałem tego SMSa):

The Polish border is sealed. BLR authorities told you lies. Go back to Minsk! Don’t take any pils from Belarusian soldiers. https://www.gov.pl/mswia/migrants

 

Za Jurowlanami zatrzymaliśmy się przy cmentarzu prawosławnym, który według mnie znajdował się najbliżej granicy i spokojnie mogliśmy obserwować granicę na przestrzeni około dwóch, trzech kilometrów. Namioty polskich żołnierzy stały co 100, 150 metrów i między nimi poruszali się pojedynczy żołnierze. Co jakiś czas przejeżdżał wóz terenowy a czasami nawet dwa. Uważam, że w ciągu dnia ani pojedyncza osoba ani grupka osób nie byłaby w stanie prześliznąć się przez granicę w tym miejscu. Nasze obserwacje zostały zauważone, ale nikt nie podejmował żadnej interwencji. Przy okazji warto obejrzeć cmentarze wiejskie, są nie tylko ciekawe, ale i pouczające.

Mszę za Rodziców ksiądz dziekan odprawił wieczorem w maleńkim wiejskim drewnianym kościółku w Podlipkach. To dopiero jest przeżycie. Kościółek jest poza strefą stanu wyjątkowego, więc trzeba było przejechać obok kolejnego posterunku. Nie byliśmy sprawdzani. Policjant znał już samochód siostry i poznawszy ją machnął ręką żebyśmy jechali dalej. Z powrotem wracaliśmy w konwoju za księdzem, mimo to nas zatrzymali, zresztą księdza też. Okazało się, że nastąpiła zmiana i w miejsce policjantów z Warszawy stali żandarmi ze Śląska. Po pobieżnym sprawdzeniu, młody żołnierz zaczął się dopytywać czy widzieliśmy żubry. Rzeczywiście na dwa kilometry przed posterunkiem widzieliśmy obok drogi sylwetki żerującego stada żubrów, gdy jeden zapewne samiec, ruszył w naszym kierunku odjechaliśmy. Żołnierz do nas, że nigdy nie widział żubrów i tak chciałby je zobaczyć. Siostrzeniec jadący w kolejnym aucie obiecał mu pokazać, gdzie one najczęściej żerują.

W jednym z domów u znajomych odkryłem dwa obrazy z 1875 roku. Są to oleodruki, nie mają wartości artystycznej, za to historyczną i religijną nadzwyczajną. Rodzice właściciela przywieźli je do Markowego Wygonu uciekając w 45 przed bolszewikami. Na odwrociu jest napis, że pochodzą z pracowni wileńskiej. Napisy są haftowane.

 Ksiądz Marek zaprzyjaźnił się z żołnierzami ze Straży i Wojsk Obrony Terytorialnej. Tym na posterunku obok cmentarza katolickiego dowozi napoje, gorącą herbatę, dużo rozmawia. Jak wspominał parę razy Strażnicy przywieźli mu na plebanię imigrantów, którzy u niego odpoczywali i pożywiali się. Miał też kilka grup imigrantów, którzy sami do niego dotarli. Opowiadał dużo ciekawych rzeczy, ale są to informacje nie do bloga.

Grób nieznanego żołnierza na cmentarzu kryńskim. Leży tu żołnierz poległy w bitwie pod Wielką Brzostowicą w 1920 roku.

Zestawiłem dwa zdjęcia krzyży postawionych na przeciwnych krańcach placu Jagielońskiego. Krzyże u wylotu ulic Kościelnej i Cerkiewnej 

Posterunek po stronie południowej Krynek umieszczono między cmentarzem a kościołem co wydało mi się dziwne, bo przecież przed Świętem mieszkańcy chodzą porządkować i sprzątać groby, czyli ciągle jest ruch. Ale okazało się to sensowne, bo policjanci i żandarmi już przy drugiej wizycie na cmentarzu rozpoznawali mieszkańców i później ich już nie sprawdzali. Sam tego doświadczyłem, tylko raz mnie skontrolowano, potem machano tylko ręką. Natomiast ponieważ cmentarz leży poza strefą mogą do niego dojechać ludzie od strony Białegostoku i Gródka przez Górany bez potrzeby uzyskania zezwolenia na wjazd do strefy. Zauważyłem, że mieszkańcy odnoszą się bardzo pozytywnie do Straży Granicznej, policjantow i żołnierzy Obrony Terytorialnej. Ze Strażą to rzecz oczywista wszyscy się znają, część z nich jest stałymi mieszkańcami Krynek. Natomiast w pozostałych przypadkach jest to efekt większego poczucia bezpieczeństwa i wdzięczność, że mogą żyć normalnie. Ludzie pamiętają te filmy z Grecji i Węgier, gdzie tysiące imigrantów dewastowało życie rodzimych mieszkańców. Nawet „tefauenowcy” (tak nazywa się ludzi oglądających TVN) zmieniają zdanie pod wpływem faktów albo osobistych doświadczeń. Np taka Luba ( samotna, starsza, nazwiska nie podam) mieszkająca na ulicy Grodzieńskiej, niedaleko jej domu kilkakrotnie przechodzili imigranci z drugiej fali, wielokrotnie ich dokarmiała aż do czasu gdy zaprosiła do domu kobietę z córką w wieku szkolnym, spytała czy chcą zupy o dziwo zrozumiały (pytała po białorusku a w zasadzie „po prostu”). Kobieta powiedziała, że rozumie po rosyjsku, bo prawie od roku mieszkają w Rosji. Kobieta zupę zjadła a dziewczynka powiedziała – „miasa dawaj, ja nie chaczu zupy”. Odpowiedziała, że ma tylko wieprzowinę a wy nie jecie jej. Usłyszała, że jemy. Więc poczęstowała jakąś wędliną. Po jakimś czasie do domu weszło trzech mężczyzn, o nic jej nie pytając i nie prosząc, opróżnili lodówkę całkowicie i wyszli zabierając kobietę z dzieckiem. Takie sytuacje lepiej leczą z przekazu, że mamy do czynienia z biednymi i poszkodowanymi ludźmi niż cokolwiek innego. Otóż takich historii nasłuchałem się wiele.

Wracając do żołnierzy. Mieszkają w kilku obozach poza strefą. Jeden z nich obejrzałem. Uważam, że słabo jest zabezpieczony przed dywersantami. Dwa rosomaki pełnią chyba odstraszająca rolę. Musi się to zmienić.

Żołnierze robią zakupy w tutejszych sklepach. Ekspedientki cieszą się, że obroty mają większe niż przed świętami Bożego Narodzenia, no i pogadać można. A w ogóle to ożywiło się życie towarzyskie, każdy chce się dzielić swoimi doświadczeniami, przekazać co usłyszał, wieści z każdego zdarzenia obiegają lotem błyskawicy całą miejscowość.

Optymistyczne jest to, że ludzie ufają wojsku, cenią i lubią żołnierzy i rozumieją zagrożenie.

Aha i jeśli się przyjeżdża do Krynek to lepiej nie mieć białego smartfona, bo od razu wezmą za imigranta lub wspomagającego imigrantów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *