WĘGRY OD ARPADA DO ORBANA

wpis w: Podróże, Polityka | 0

Ze strony Węgier jest sprawą honoru narodowego nie brać udziału w jakiejkolwiek akcji zbrojnej przeciw Polsce” premier Pal Teleki

Ponieważ od paru lat Węgry i Polskę połączyła ponownie wspólnota losu i są równo grilowane przez niezwykle postępową Unię Europejską do której zresztą oba kraje dobrowolnie weszły uznałem, że warto coś napisać o Węgrzech, które odwiedziłem wiele razy, raz nawet w szczególny sposób bo w podróży poślubnej a ostatnio czyli pięć lat temu żeby zobaczyć jak Węgrom się wiedzie pod butem „bezwzględnej dyktatury Orbana”. Pierwsze wiadomości o tym kraju powziąłem z książki „Chłopcy z placu broni” Molnara, książkę tę czytał każdy chłopak z mego pokolenia. Związek Przeżuwaczy Kitu na zawsze już pozostał w mojej pamięci a Ernest Nemeczek bił na głowę Antka i Janko Muzykanta. Potem już głównie wspólna historia kształtowała moje poglądy. Nie wiem kiedy dowiedziałem się, że po węgiersku „s” i „sz”czyta się odwrotnie niż w Polsce, ale stosunkowo wcześnie. I od zawsze miałem pozytywny stosunek do Węgier i jego mieszkańców. Jakoś umknął mojej uwadze niszczycielski najazd Rakoczego, księcia Siedmiogrodu na Rzeczpospolitą w 1657. Za to wiedziałem wiele o związkach Bolesława Śmiałego czy Kazimierza Wielkiego z Węgrami, cwaniactwie francuskich Andegawenów, którzy przechwycili tron węgierski, ale natchnęli ambicją Węgrów, obu Władysławach z rodu Jagiellonów, królach Węgier, oczywiście o Batorym, Św Kindze, Św Władysławie, Św Elżbiecie Węgierskiej siostrze św Jadwigi Śląskiej, klęsce pod Mohaczem, Wiośnie Ludów z Kossuthem, Bemem i Petoffim, straszliwych braciach Kuhn, którzy dali pretekst do okrojenia Węgier z dwóch trzecich jego terytorium, marszałku Horthym i w końcu o bohaterskim powstaniu w Budapeszcie, rozstrzelaniu Imre Nogy (Nodź) i wyniesieniu Janosa Kadara. Oczywiście potem zacząłem dalej drążyć, poczynając od wędrówki ludów, Germanie, Hunowie (Teodor Parnicki „Aecjusz ostatni Rzymianin”), Bułgarzy, Awarowie, Pieczyngowie. Poznałem pierwszą dynastię Arpadów założycieli państwa: Arpada, Gezę, świętego Stefana, świętego Władysława, nieświętych Madziarów plądrujących niemiłosiernie Europę w dziewiątym i dziesiątym wieku, zdobycie przez Karola Wielkiego skarbca Awarów (Rucimen- Karol Wielki), klęskę na Lachowym Polu, klęskę pod Mohaczem będącą jednocześnie kresem potęgi Jagiellonów (zginął tam Ludwik Jagiellończyk syn króla węgierskiego Władysława Jagiellończyka. „Dzieje Polski” Andrzeja Nowaka to znakomita lekcja stosunków polsko-węgierskich za czasów Piastów. Jednak największym odkryciem jakie stosunkowo niedawno dokonałem odnosi się nie do podobieństwa charakterów obu narodów co jest dość oczywiste, ale że pierwowzór polskiej szlacheckiej „złotej wolności” wywodzi się wprost z węgierskich przywilejów dla szlachty ustanowionych przez króla Andrzeja II w „Złotej bulli” . Tak więc Przywilej Koszycki służący zjednaniu sobie szlachty polskiej przez Ludwika Węgierskiego nie był jednorazowym aktem korupcyjnym, ale elementem świadomej polityki uprawianej przez dynastię andegaweńską w celu utrzymania władzy monarszej. W konsekwencji w obu krajach „Złota wolność” stała się czynnikiem osłabiającym państwo i prowadzącym do jego upadku. Więc nie był to polski wynalazek tylko węgierskie zapożyczenie. Oczywiście w państwie obywatelskim, nieposiadającym zagrożeń zewnętrznych (patrz USA), to działa. O historii można w nieskończoność , kto od kogo czerpał inspirację, można przytaczać analogie, wspólnotę dróg czy losów, wzajemne zrozumienie, respektowanie tych samych wartości czy zasad. Przytoczę jeden przykład, na nalegania Niemiec hitlerowskich, żeby sojusznicze Węgry wzięły udział w napaści na Polskę we wrześniu 1939 lub przynajmniej przepuściły wojska niemieckie przez swoje terytorium, premier węgierski Teleki nie tylko, że odmówił powołując się na honor, ale kazał zaminować wszystkie tunele i wiadukty przy granicy z Polską.

Jeszcze jedno odkrycie węgierskie, które wprowadziło mnie w zachwyt to Sandor Marai pisarz i intelektualista węgierski. Jego dzienniki są znakomite, jednocześnie czytałem Dzienniki Maxa Frischa szwajcarskiego pisarza, ale Frisch to pyszałkowaty, płytki arogant, gdy erudycja i przenikliwość Marai jest powalająca. Gombrowicz też mu do pięt nie dorastał.

Tak jak wzorowaliśmy się na Węgrzech w przyjęciu „złotej wolności” tak też myślałem, że przyjmiemy wzorce i strategię postępowania Fideszu w zarządzaniu krajem i opanujemy umiejętności Orbana w radzeniu sobie z lewackimi naciskami i zagrywkami pochodzącymi z Unii Europejskiej. Jego twarda obrona wartości chrześcijańskich i umiejętność dostrzegania i pokazywania „nowych szat króla” jest fenomenalna a wejście do tego kłębowiska żmij czyli Europejskiej Partii Ludowej jest majstersztykiem. Dyktatorzy typu Sancheza z Hiszpanii i różni zieloni i lewacy ogarnięci szałem ideologicznym nazywają go dyktatorem, bo celnie punktuje ich hipokryzję , kłamstwa, nienawiść do innego światopoglądu czy tradycyjnych wartości.

Prezentuje mądrą obronę swego stanowiska, nie ma w niej żadnego kunktatorstwa i omijania istoty rzeczy jak to ostatnio daje się zauważyć w Prawie i Sprawiedliwości. Przytaczam fragmenty czterech jego przemówień, które opublikował portal „wpolityce”. Warto poznać jego argumentację. sposoby definiowania problemów i kapitalne uzasadnienie wyborów i własnego postępowania w polityce.

1. Rozmowa, jaką 4 lutego 2020 roku w Rzymie odbył Christopher DeMuth z premierem Węgier Viktorem Orbánem podczas międzynarodowej konferencji zatytułowanej „Bóg Honor Ojczyzna” (zorganizowanej z okazji 100. rocznicy urodzin Jana Pawła II i poświęconej głównie roli, jaką w obaleniu komunizmu odegrali Karol Wojtyła i Ronald Reagan). W rozmowie tej Orban przedstawia fundamenty ideowe Fideszu

Panie premierze, cofnijmy się do roku 1989. Na tej konferencji panuje przekonanie, że dzisiejszy ruch konserwatywny jest bezpośrednim rezultatem wydarzeń z 1989 roku. Wiele się jednak zmieniło. Co Pan myśli, kiedy patrzy na swe aktualne działania i porównuje je z doświadczeniami z 1989 roku? Proszę opowiedzieć nam o trzech wielkich protagonistach, bohaterach naszej konferencji: Janie Pawle II, Ronaldzie Reaganie i dodanej do tego panteonu Margaret Thatcher, którą może miał Pan okazję poznać?

W pierwszej kolejności bardzo dziękuję za zaproszenie. To wielki zaszczyt być z Wami tego popołudnia. Chciałbym odpowiedzieć na pierwsze pytanie, dotyczące transformacji krajów Europy Wschodniej, ale najpierw chciałem nawiązać do nazwisk, które Pan wspomniał.

Jedną z moich pierwszych konfrontacji z zachodnią polityką było spotkanie z Margaret Thatcher w latach dziewięćdziesiątych, gdy byłem premierem. Po raz pierwszy zostałem wybrany w 1998 roku. Odwiedziłem wtedy Margaret Thatcher, która nie pełniła już obowiązków premiera. Byłem jednak wLondynie i pomyślałem sobie, że byłoby oznaką szacunku odwiedzenie jej. Zapukałem do jej drzwi, do prywatnego mieszkania. Otworzyła i od razu powiedziała: „Kompletnie się z Tobą nie zgadzam!” A ja powiedziałem: „Dzień dobry”.

Okazało się, że sprzeciwiłem się akcji militarnej NATO, która miała zostać przeprowadzona z terytorium Węgier przeciwko Jugosławii. NATO chciało otworzyć linię frontu na południowej granicy Węgier, a wtedy wybuchłaby wojna na terytorium Węgier. To nie spodobało się brytyjskim żołnierzom stacjonującym na południu Jugosławii. To był klasyczny konflikt interesów. Margaret Thatcher kompletnie się ze mną nie zgadzała. Takie było moje z nią spotkanie.

Co do Ronalda Reagana, którego również Pan wspomniał, moje pokolenie na Węgrzech uważało Ronalda Reagana jako wyzwoliciela naszego życia prywatnego. Bez Ronalda Reagana nie byłoby szans, żeby wypchnąć Rosjan, Związek Sowiecki, z Europy Środkowej i pozbyć się komunistów. Zamiast prowadzić skomplikowane dyskusje Ronald Reagan powiedział jedno zdanie, które zmieniło świat. To zdanie, według anegdoty, padło wtedy, kiedy rozmawiał ze swoimi doradcami ds. geopolitycznych: – „Trzeba zmienić naszą strategię i zastąpić ją nową!” – „Jaką?” – zapytali. – „My wygrywamy, oni przegrywają!” – odpowiedział.

To bardzo ważny moment, ponieważ aż do tamtego czasu konceptem świata zachodniego było utrzymanie balansu między komunistami i światem zachodnim, czyli nie było woli wygranej! Oni chcieli jedynie spokojnie koegzystować. Reagan to zmienił i powiedział: „Wygramy!” A to oznaczało, że zniewolone kraje, takie jak nasze, znów stały się wolne!

Z Janem Pawłem II spotkałem się aż kilkanaście razy, co nie było sprawą łatwą, ponieważ jestem kalwinistą. A relacje pomiędzy Kościołem katolickim a kalwinistami na Węgrzech są raczej skomplikowane. Nigdy nie uważaliśmy Ojca Świętego za katolickiego przywódcę Watykanu. Zawsze uważaliśmy go za największego obrońcę krajów Europy Środkowej na światowej scenie politycznej.

Opowiem Wam krótką historię. Przegraliśmy wybory w 2002 roku po czterech latach rządzenia i zaraz po przegranej zostałem odznaczony przez Ojca Świętego medalem, który jest najwyższym odznaczeniem watykańskim. Z posiadanej przeze mnie wiedzy ten medal jest niemożliwy do otrzymania przez kalwinistę. Uzasadnienie brzmiało: „Otrzymujesz go nie za to, co zrobiłeś do teraz, ale za to, co uczynisz w przyszłości.” Wciąż mam z Ojcem Świętym bardzo bliską, żywą relację, mimo że nie ma go już z nami.

Wróćmy więc do roku 1990. Mówię to wszystko, żebyście zrozumieli, co robię w polityce. Nasza partia została założona w 1988 roku, dwa lata przed demontażem reżimu komunistycznego. Powodem, dla którego ją stworzyliśmy, było to, że byliśmy młodymi intelektualistami: studentami, młodymi nauczycielami, badaczami naukowymi w różnych instytucjach itd. Byliśmy też piłkarzami, takimi pół profesjonalnymi jak ja. Mieliśmy normalne prace. Nie chcieliśmy być politykami. To nie był nasz cel.

Ale w 1988 roku zrozumieliśmy, że coś się niedługo wydarzy. Struktury Związku Sowieckiego nie były wystarczająco silne, aby przetrwać. Reżim był bardzo niestabilny. Pomyśleliśmy, że teraz jest dobry moment, żeby coś zrobić. W 1988 roku założyliśmy ruch polityczny. Obowiązywał u nas limit wieku 35 lat. Nikt, kto miał więcej niż 35 lat, nie mógł dołączyć do partii, ponieważ stworzyliśmy partię radykalną, antykomunistyczną. Wiedzieliśmy, że nigdy nie będziemy współpracować z reżimem komunistycznym, a starsze pokolenie, co było normalne, miało większe tendencje do zawierania kompromisów z komunistami. Dlatego ustanowiliśmy limit wieku, który później i tak usunęliśmy – jak widać (śmiech).

Naszym mottem było zawsze bycie mocno antykomunistycznymi. Nie chodziło tylko o niezależność naszego kraju od Związku Sowieckiego. Nie była to tylko antykomunistyczna, proliberalna, wolnościowa demokracja przeciwko komunizmowi. To był radykalny, antykomunistyczny ruch, przeciwko komunistycznemu sposobowi myślenia. Marksistowskiemu sposobowi myślenia. Myślenia, które istnieje do tej pory!

Teraz staram się zrozumieć różne języki, używające różnych słów, ale wciąż widzę tę samą logikę. Liberalni profesorowie i politycy kłócą się, używając innych słów, ale mają na myśli wciąż to samo. Są tacy sami jak marksiści. To jest powód, dla którego radykalni działacze antykomunistyczni toczą wciąż tę samą walkę, którą toczyli ich poprzednicy 30 lat temu. Dlatego rok 1990 ma wciąż wpływ na naszą politykę, nawet teraz.

Papież powiedział Panu, że to medal za przyszłe działania. Proszę pozwolić więc, że zapytam o Pańską polityczną karierę po roku 1990. W ruchu narodowo-konserwatywnym mówimy, że każdy naród jest niepodległy i ustawia swój własny kierunek rozwoju. Ale Węgry to kraj średniego rozmiaru. Otaczają go potężne siły. Po jednej stronie Rosja, po drugiej stronie Unia Europejska. Jest też Turcja, Bliski Wschód i Afryka. Istnieje presja europejskiej gospodarki. Każdy z tych czynników wywiera jakiś wpływ. Jak kierować węgierską polityką z tymi wszystkimi naciskami z zewnątrz? Czy to korzyść, czy problem, być otoczonym przez tak wiele sił?

Bycie mniejszym niż sąsiedzi to problem. Bycie większym jest bez wątpienia korzystniejsze. Taka jest normalna logika życia. Chciałbym rozróżnić nasze historyczne trudności z Moskwą, Berlinem i Turcją od naszych trudności z Unią Europejską. To dwie zupełnie różne sprawy. Jeśli jesteś Węgrem, to żyjesz w geopolitycznej przepaści. Z jednej strony Słowianie, z drugiej strony Niemcy, na południu muzułmanie. To jest miejsce, w którym żyjemy. Musimy mieć bardzo wyraźne i ostre podejście do polityki, ponieważ w każdej chwili coś może się wydarzyć. Patrząc na węgierską historię, byliśmy okupowani przez muzułmanów, Ottomanów, przez Niemców i przez Rosjan, Związek Sowiecki. Geopolitycznie bardzo trudno jest prowadzić narodową, suwerenną politykę w naszym kraju. To bardzo skomplikowane: pogodzić interesy trzech krajów.

To, co mamy teraz, nasze trudności z Unią Europejską, to coś zupełnie innego. Mamy trudności. Trudności wywodzą się z innego podejścia do sposobu, w jaki Europa powinna być zbudowana. Teraz są dwa podejścia. Jedno zakłada, by budować Europę od dołu. Co oznacza współpracę różnych krajów. Drugie podejście to budowanie Europy od góry, jest ono federalistyczne, podobne do imperialnego, czyli podejście, które nie chciałoby niepodległych krajów. Ta rywalizacja między tymi dwoma podejściami cały czas, codziennie toczy się w Unii Europejskiej. Jest to przyczyna, dlaczego mamy tak często otwarte spory z wieloma liderami Unii Europejskiej i wieloma instytucjami Unii Europejskiej. Nam zależy na zbudowaniu Europy od dołu, czyli respektowaniu niezależności poszczególnych krajów, żeby znaleźć sposób współpracy między niepodległymi krajami, żeby znaleźć wspólny interes narodów europejskich.

To,są nasze problemy. Ale jako 10-milionowe państwo, które ma tylko 30 tysięcy żołnierzy, musimy być skromni i roztropni. Małe kraje nie mogą sobie pozwolić na posiadanie głupich przywódców. Możliwość posiadania głupich przywódców jest przywilejem dużych krajów. (śmiech)

2.Fragmenty przemówienie podczas kongresu partii Fidesz w 1916 roku

Na początku przypomniał on, że przed pierwszymi wyborami parlamentarnymi w 1990 roku przewodnim motywem muzycznym kampanii Fideszu była piosenka Roxette „Listen to your heart”. Według niego tytułowe wsłuchiwanie się w głos własnego serca oznaczało niezgodę na dyktat innych:

Dla nas ta piosenka była zaprzeczeniem ustroju Kadara, jego podstawowych tez, które podkreślały: nie przejmuj się sprawami wspólnotowymi, ojczyzną; w zamian pozwolimy ci być szczęśliwym w życiu prywatnym. A my już w 1990 roku byliśmy tymi facetami, dla których nie ma szczęścia prywatnego bez szczęśliwej ojczyzny, nie ma prywatnej wolności, jeśli ojczyzna jest w niewoli. Ta piosenka oznaczała dla nas to, że nasze osobiste życie tylko razem z całymi Węgrami, z całym krajem można i trzeba wyzwolić z szarości, z beznadziei, z dyktatury, spod nacisków obcych, z politycznej zależności i z bagna systemu jednopartyjnego.

W tamtym czasie często słyszeliśmy, że się nie uda. Jak wielu było takich, którzy myśleli, nie ma drugiego brzegu. Byli i tacy, którzy wierzyli, że jest drugi brzeg, ale nie wierzyli, że jeszcze za ich życia do niego dopłyniemy. I byliśmy my, którzy wierzyliśmy, że istnieje drugi brzeg i nie pozwoliliśmy się zniechęcić, by jeszcze w naszym życiu do niego dobić, dlatego wiosłowaliśmy z całych sił. Wiedzieliśmy, że będzie inna rzeczywistość, inny świat i byliśmy gotowi na to, że jeśli ten świat nie zechce powstać sam z siebie, to my go stworzymy.

Jak dotąd nie byliśmy ulubieńcami Unii, ani faworytami wielkich międzynarodowych korporacji, nie możemy mieć wątpliwości, że w związku z obniżkami komunalnych kosztów ci wszyscy bankierzy używający głośnych, choć pustych słów, międzynarodowe firmy, obsługujący ich brukselscy biurokraci oraz ich krajowi giermkowie, że oni wszyscy wystąpią przeciwko nam. Tu idzie o olbrzymie pieniądze, setki, tysiące miliardów, potężne inwestycje i zyski.

Nigdy nie zapominajcie, że postkomuniści oddali Węgry i Węgrów w ręce spekulantów, banków i korporacji. (…) Mówienie o komunistach nie jest pustym gadaniem. Oni zamienili kufajki na garnitury, ale ich zawartość pozostała ta sama. To ci, którzy są gotowi, by znów poddać Węgry gospodarczej kolonizacji.

Viktor Orbán – „Powstrzymać oszalałą Brukselę”!

Fragmenty przemówienia premiera Węgier Viktora Orbána jakie – w raporcie o stanie państwa i podsumowując 2015 rok – wygłosił 28 lutego 2015 roku przed parlamentem swojego kraju. Fragment ów dotyczy polityki międzynarodowej. Przedruk z „wpolityce” To i następne przemówienie są podobne, ale ze względu na nieco inne rozłożenie akcentów i odbyte w międzyczasie referendum w sprawie imigrantów.

Szanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie! Gdy w polityce spotykamy się z pytaniem, gdzie się obecnie znajdujemy, każdy automatycznie myśli o czasie, a nie o przestrzeni. Wydaje się to naturalne, gdyż dany kraj nie może poderwać się z miejsca i stanąć gdzie indziej. W sposób konieczny ma on swoje własne miejsce – jest tam, gdzie jest, i tam też trwa. Polityka jednak, szczególnie ta międzynarodowa, to rzecz skomplikowana i przebiegła. Zdarza się, że jakiś kraj zostaje przesunięty, powiedzmy o 200 kilometrów, jak to przydarzyło się Polakom, choć to w Europie w czasach pokoju nie jest czymś typowym. Znamy też oczywiście stary kawał, mówiący, że Węgry są jedynym krajem na świecie, który graniczy sam ze sobą, na dodatek na długości wszystkich swych granic.

W światowej polityce jednak cały kraj może zmienić swe położenie bez przesunięcia jego granic nawet o krok. Nas na przykład najechała armia sowiecka i w mgnieniu oka zostaliśmy przesunięci z Zachodu na Wschód. Później armia ta wyszła, a my ponownie znaleźliśmy się na Zachodzie.

Ma więc swoje uzasadnienie pytanie: gdzie znajdują się dziś Węgry w przestrzeni światowej polityki? Wygląda na to, że pomimo upływu wieków, istnieją rzeczy trwałe. Widzimy stałe gwiazdy, w stosunku do których możemy ustalać pozycję naszego okrętu. Na zachodzie to świat ludów germańskich, ziemia żelaznych kanclerzy. Na wschodzie to imperia wojowniczych ludów słowiańskich, które liczebnie stokrotnie nas przerastają. Na południu potężne tłumy półksiężyca, niemilknący furkot gniazda szerszeni. To są dziś nasze trzy punkty orientacyjne. Berlin, Moskwa, Stambuł, a dokładniej Ankara. Mamy tendencję do zapominania, że od naszej południowej granicy do Bośni w linii prostej jest niewiele ponad 70 kilometrów.

Węgrzy mogą być suwerenni, mogą cieszyć się wolnością, mogą podążać torem wyznaczonym przez ich zdolności i pracowitość tylko wtedy, gdy żadne z mocarstw nie jest ich wrogiem, a dokładniej mówiąc, gdy w interesie wszystkich trzech jednocześnie leży niepodległość i rozwój gospodarczy Węgier.

Nie oznacza to, że zawsze i we wszystkim musimy się z nimi zgadzać lub że musimy być sprzymierzeni ze wszystkimi naraz. Tak mogą myśleć tylko dziecinnie naiwni. Tak zwykli myśleć politycy pragnący nieustannych profitów, ciepłych posadek – ale po nich trudno byłoby oczekiwać polityki krajowej i zagranicznej służącej racji stanu i narodowym interesom.

Rzecz jasna, i tu bywały takie czasy, gdy wiały wichry wojny, a wtedy uproszczeniu ulega polityka, „kto z kim jest w sojuszu”. Gdy takie okrutne okresy następowały, zawsze przegrywaliśmy; tak nas to osłabiało, że już chciano nam dawać „ostatnie namaszczenie”. To były chore czasy, pełne majaków i halucynacji. Śnią się wtedy hieny, chmary sępów nad krajem, wypędzeni, uchodźcy, setki tysięcy w obozach śmierci. Dlatego żelazną zasadą węgierskiej polityki zagranicznej jest to, że dla nas, Węgrów, interesem narodowym jest pokój. Może to zabrzmi sarkastycznie lub ironicznie, ale taka jest prawda – nasze miejsce jest w obozie pokoju.

Z tej samej logiki wynika, że nie możemy dać się wmanewrować w jakieś międzynarodowe akcje skierowane czy to przeciw Niemcom, czy Rosjanom, czy Turkom. W węgierskim interesie nie leży udział w akcjach, które cechuje brak szacunku, chęć obrażania lub bezpardonowe uderzanie w poczucie własnej godności danego narodu. Czy to z powodu nieszczęsnego udziału w II wojnie światowej [Niemcy], czy dlatego, że nie naśladuje zachodnich wzorców demokracji [Rosja], czy też dlatego, że zamiast odrzuconą akcesją do Unii Europejskiej zajął się budowaniem pozycji regionalnego lidera w obszarze zdominowanym przez cywilizację islamską, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Turcja.

Nie można zmienić przeszłości Niemiec. Moskwa, nawet gdyby chciała, nie potrafi w centrum swej polityki umieścić wolności, gdyż w jej głowie i historii nad wszystkim góruje nakaz utrzymania spójności potężnych obszarów. I czemu chcielibyśmy Turcję mierzyć naszą polityczną miarką, zamiast uznać, że pomimo swych islamskich fundamentów, bardzo dużo energii wkłada w europeizację?

Nie, Drodzy Przyjaciele, polityka zarozumiała, nadęta, napuszona, oparta na poczuciu moralnej wyższości, czasem bardzo kusząca, często tak popularna po zachodniej stronie naszego kontynentu, a czasem i po drugiej stronie oceanu, to nie jest nasza polityka, to nie nasza droga i nie nasz interes. Pokój, współpraca, handel, obopólne inwestycje, sprzyjająca nam regionalna równowaga, obrona naszych interesów – to są podstawowe zasady węgierskiej narodowej polityki zagranicznej.

Wiem również i ja, wiem, że to trudniejsze i bardziej złożone – bo łatwiej byłoby nie rzucać się w oczy wielkiemu zwierzęciu, lecz raczej przytulić się do jego ciepłej sierści – ale taka służalczość nie jest godna naszej 1100-letniej historii w Basenie Karpat.

A teraz chciałbym wyjaśnić, dlaczego to wszystko mówię. Krótko: dlatego, że to wszystko jest teraz zagrożone. Zagrożona jest wypracowana w pocie czoła finansowa stabilizacja. Zagrożone jest niedawno rozpoczęty gospodarczy rozwój. Zagrożona jest starannie wypracowana narodowa polityka zagraniczna. Zagrożony jest przywrócony porządek publiczny i wolne od terroru bezpieczeństwo społeczeństwa. Zagrożona jest też nasza narodowa kultura, która powoli na nowo zaczęła odnajdywać sama siebie. Więcej, zagrożone jest nie tylko to, co już jest, ale i to, co mogłoby być, perspektywa, możliwość obiecującej przyszłości, rodząca się i poszerzająca możliwość osiągnięcia przez nasze dzieci europejskiego poziomu życia.

To zagrożenie nazywa się wędrówką ludów. Wierzę, że i za sto lat istnieć będzie europejskie i węgierskie nauczanie historii. Nie ryzykuję zbyt wiele, jeśli powiem, że w podręcznikach historii Europy rok 2015 będzie dla ówczesnych uczniów tematem obowiązkowym do wyuczenia jako początek nowej epoki.

Rok 2015 zakończył okres, gdy obronność i bezpieczeństwo Europy mogliśmy uważać za pewnik, gdyż sądziliśmy, że one zależą wyłącznie od niej samej. My już rok temu – przy takiej samej okazji, jak teraz – ostrzegaliśmy, iż rozpoczęła się nowa wędrówka ludów. Wylano wtedy na nasze głowy kubły pomyj, spotkała nas zażarta krytyka, wyśmiewanie, obelgi, zarówno od przyjaciół, sojuszników, jak i od rywali. A rzeczywistość była jedna – nowa wędrówka ludów stała się historycznym faktem. Dziś już nikt o zdrowych zmysłach nie poddaje tego w wątpliwość. Dlaczego akurat my, dokładniej, dlaczego akurat mieszkańcy Europy Środkowej dostrzegliśmy to jako pierwsi?

Różne mogą być tego przyczyny, nawet kilka naraz. Może wichry historii i fale jej tąpnięć, może pełne potu zmagania lat okresu po zmianie ustroju. Może doświadczenie, mówiące, że trzeba być czujnym, bo zawsze może się coś przydarzyć – jak tylekroć się zdarzało – coś, co niespodziewanie i nieodwracalnie przekreśli nasze rachuby.

My, ludzie Europy Środkowej, nawet gdy posuwamy się do przodu, robimy to przykładając co i rusz ucho do szyn, wsłuchując się, czy nie ma jakichś podejrzanych dźwięków, które dużo przed czasem pozwolą przewidzieć niebezpieczeństwo, stukot nadciągającego poza rozkładem jazdy pociągu pełnego nieszczęść. Na Zachodzie ostatnie pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat było inne. Zupełnie inne. Udany rozwój, dająca się zaplanować przyszłość, dobrze wydeptane ścieżki, stabilne szyny, godne zaufania rozkłady jazdy. Nam nieraz wydawało się to światem marzeń. Takim, w którym mieszały się ideologia, pragnienia i życie rzeczywiste. Świat dobrobytu, bezpieczeństwa, uprzejmości. Świat, w którym rozpływa się jednoznaczność, a granice zanikają. Rozmywają się kontury pomiędzy jednym narodem a drugim, pomiędzy kulturami, pomiędzy mężczyzną a kobietą, dobrem a złem, sacrum a profanum, wolnością a odpowiedzialnością, dobrą intencją a działaniem. Zlewa się „to, co jest” z tym, co „być powinno”. Jakby poczucie rzeczywistości uległo wyszczerbieniu, stępieniu.

W przeciwieństwie do tego, nasze poczucie rzeczywistości jest ostre i czujne jak trzeźwy umysł lub zimny, orzeźwiający wiatr. Nas nauczono tego, że rzeczywistość to coś, co nie znika nawet wtedy, gdy przestajemy w nią wierzyć. Dlatego dla nas punktem wyjściowym zawsze są realia, których nigdy nie mylimy z własnymi marzeniami.

Druga i trzecia dekada wieku XXI będą dekadami wędrówki ludów. Zaczyna się epoka, na którą nie byliśmy przygotowani. Sądziliśmy, że coś takiego mogło mieć miejsce tylko w dalekiej przeszłości lub w podręcznikach historii. A przecież w najbliższych latach do Europy może wyruszyć tłum większy niż wszystkie dotychczas, morze ludzi, którego liczba przewyższa ludność niejednego europejskiego kraju. Nadszedł czas, by zmierzyć się z rzeczywistością. Najwyższa pora, by rozróżnić to, co jest, od tego, czego byśmy sobie życzyli. Najwyższy czas, by porzucić iluzje, nawet jeśli są nimi górnolotne teorie, ideologie czy zwodnicze sny.

Rzeczywistością jest to, że w licznych krajach Europy rośnie głęboko już ugruntowany, trwały świat społeczności równoległych. Rzeczywistością jest to, że ten fakt – zgodnie z prawem natury – spowoduje kurczenie się naszego świata, a z nim i nas, naszych dzieci i wnuków. Rzeczywistością jest to, że przybyszom ani w głowie przejmować nasz sposób życia, gdyż swój własny uważają za bardziej wartościowy, silniejszy, bardziej witalny. Dlaczego mieliby z niego rezygnować? Rzeczywistością jest to, że przybysze nie są zdolni uzupełnić braków w zasobach siły roboczej zachodnioeuropejskich fabryk.

Fakty pokazują, że pośród ludzi urodzonych poza Europą, poprzez kolejne pokolenia bezrobocie jest znacznie, nawet kilkakrotnie większe. Rzeczywistością jest to, że narody Europy nie były zdolne zintegrować nawet tych mas, które z Azji czy Afryki przybywały do nich sukcesywnie, poprzez minione dziesięciolecia. Jak mogłoby się to udać teraz, tak szybko i z tak wielką liczbą? Rzeczywistością jest to, że przyjmując masy ludzi ze świata islamu, nie jesteśmy w stanie rozwiązać niewątpliwych problemów wymierania i starzenia się populacji Europy, bez narażania się na utratę naszego sposobu życia, bezpieczeństwa i nas samych.

Rzeczywistością jest to, że jeśli prędko nie otrzeźwiejemy rozmaite rodzaje napięć staną się niemożliwe do opanowania: napięcia pomiędzy starzejącą się Europą a młodym światem islamskim; napięcia pomiędzy zsekularyzowaną, pozbawioną wiary Europą a coraz bardziej oddanym swej wierze światem islamu; napięcia pomiędzy niezdolną dać zatrudnienie swojej dobrze wykształconej młodzieży Europą a niewykształconymi masami ze świata islamskiego. Napięcia te występują nie gdzieś daleko, w bezpiecznej dla nas odległości, ale tu, w sercu Europy.

Jeszcze nie jest za późno, by elity Europy pojęły lekcję generała de Gaulle’a. Cytuję: „Polityka musi bazować na rzeczywistości, w polityce sztuką jest właśnie to, iż na rzecz danej idei możemy pracować tylko w ramach rzeczywistości”. Koniec cytatu.

Rzeczywistość zaś to historia, kultura, demografia i geografia. Ufam, że nie jest jeszcze za późno, by zrozumieć, iż realia nie stanowią ograniczenia dla wolności. Lekcja, którą obecnie odrabiamy, mówi tak: nie może istnieć wolność, która odrzucałaby rzeczywistość. To mogłoby być najwyżej jakieś polityczne delirium, polityczny majak narkotyczny.

Daremnie chcielibyśmy tworzyć świat z najszlachetniejszych nawet ideowych pragnień, jeśli nie budujemy na gruncie realiów. Taki świat pozostanie tylko w sferze myślenia życzeniowego. Po odrzuceniu rzeczywistości nie jest możliwe ani osobiste, ani wspólnotowe szczęście, tylko porażki, frustracje, zgorzknienie, w końcu cynizm i samozagłada.

Może dlatego po ulicach Brukseli błąka się tak wielu polityków pełnych wzniosłych myśli, godnych lepszego losu, a nieszczęśliwych. Czy nam się to podoba, czy nie, wędrówki ludów nigdy nie mają charakteru pokojowego. Gdy wielkie masy ludzi szukają dla siebie nowego domu, nieuchronnie prowadzi to do konfliktów, gdyż chcą zająć teren, który już ktoś zamieszkuje, gdzie ludzie są u siebie i chcą bronić swojego domu, swojej kultury, swojego sposobu życia.

Historia wyważyła nam drzwi, granice Europy poddała oblężeniu, zagroziła europejskiej kulturze i bezpieczeństwu Europejczyków. Stan zagrożenia nie sprzyja wprawdzie myśleniu zniuansowanemu, a jeszcze mniej wysublimowanym uczuciom, ale nie możemy się za to gniewać na imigrantów. Oni sami w większości są ofiarami. Ofiarami rozpadających się rządów w ich ojczyznach, ofiarami międzynarodowych decyzji, ofiarami przemytu ludzi. Oni robią to, co uważają za dobre dla siebie. Problem w tym, że my, Europejczycy, nie robimy tego, co byłoby dobre dla nas.

Nie znajduję lepszego słowa na określenie tego, co dzieje się w Brukseli, jak słowo absurd. To tak, jakby kapitan statku zagrożonego zderzeniem zamiast robić wszystko, by do tego nie doszło, zajął się wyznaczaniem szalup dla niepalących. To tak, jakby załoga zamiast tamować dziurę, kłóciła się na temat tego, ile wody ma się wlać do poszczególnych kabin.

Jestem przekonany, że wędrówkę ludów można zatrzymać. Wspólnota Europy liczy sobie pół miliarda, 500 milionów ludzi. Jest nas więcej, niż Rosjan i Amerykanów razem wziętych. Warunki Europy, jej technologie, strategie i rozwój gospodarczy, pozwalają na to, by się obroniła. Dlatego wielkim problemem jest to, że Bruksela nie potrafi zorganizować obrony Europy. Jeszcze większy problem polega na tym, że Bruksela nie ma nawet takiej intencji.

My w Budapeszcie, Warszawie, Pradze i Bratysławie nie możemy pojąć, jak mogło komukolwiek przyjść do głowy wpuszczanie ludzi z innych kontynentów i innych kultur bez żadnej kontroli. Jak mogło dojść do obumarcia w naszej cywilizacji tego naturalnego i podstawowego instynktu, który nakazuje bronić siebie, swej rodziny, domu, bronić swej ziemi.

A przecież, Szanowni Państwo, mamy czego bronić. Europa to wspólnota, koegzystencja chrześcijańskich, wolnych i niepodległych narodów. Europa to wspólne korzenie, wspólne wartości, wspólna historia, wspólna zależność geograficzna i geopolityczna. To równouprawnienie mężczyzny i kobiety, to wolność i odpowiedzialność, sprawiedliwa konkurencja i solidarność, duma i pokora, sprawiedliwość i miłosierdzie. To jesteśmy my! To jest Europa!

Europa to Hellada a nie Persja. To Rzym a nie Kartagina. To chrześcijaństwo a nie kalifat. Nie ma w tym wyliczeniu żadnego klasyfikowania, lecz tylko zaznaczenie różnic. Stwierdzenie, że istnieje samodzielna europejska cywilizacja, nie oznacza tego, iż jest ona lepsza lub gorsza, lecz tylko tyle: to jesteśmy my, a to jesteście wy.

Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że powyższe fakty są dla wszystkich oczywiste. Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że w tej kwestii panuje wśród nas jednomyślność. Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że panuje porządek – taki, który i nam się podoba – porządek w głowach i sercach europejskich przywódców, którzy jeden po drugim oświadczali, że idea multikulturalizmu jest martwa.

Kilka lat temu mogliśmy jeszcze wierzyć, że oni pojęli, iż ich kraje nie są w stanie zasymilować masowo napływających imigrantów. W roku 2015 wszystko jednak się zmieniło, jednomyślność rozpadła się w drobny pył, z prędkością grawitacji wpadliśmy z powrotem w intelektualny chaos, z którego chcieliśmy się wyrwać.

Pewnego ranka, bez żadnych zapowiedzi, zbudziły nas głosy „Willkommenskultur”. Od europejskich liderów słyszymy, że musimy pomóc. Z najwyższych pozycji zachęcają nas, byśmy byli solidarni i pomagali.

To naturalne. Nie mamy kamiennych serc. Ale nie mamy też kamiennych mózgów. (śmiechy, oklaski) Pamiętamy o najważniejszej zasadzie udzielania pomocy: jeśli pomagamy tutaj, to tutaj będą przychodzić; jeśli pomagamy tam, to tam pozostaną. Zamiast to zrozumieć, z Brukseli zaczęto wysyłać zachęty w stronę ludzi żyjących w najbiedniejszych i najbardziej zaniedbanych regionach, by przybyli do Europy i zamienili własne życie na jakieś inne. Połowa świata, a co najmniej połowa Europy zastanawia się wieczorem, przy kuchennym stole: co się stało, co się za tym kryje? Niedługo każda europejska rodzina będzie miała swoje własne wytłumaczenie. Ja też nie chcę pozostawać w tyle.

Widzę to tak, że w Brukseli i w niektórych europejskich stolicach ludzie przynależący do elit politycznych i intelektualnych to kosmopolici – w odróżnieniu od większości społeczeństw, które mają uczucia narodowe. Jestem przekonany, że liderzy polityczni wiedzą o tym. Ale ponieważ nie ma szansy, by porozumieli się z własnymi narodami, nawet nie wdają się z nimi w rozmowę.

U nas mówiło się tak: mogą, mają śmiałość i robią to [bo kto im podskoczy, to było hasło lewicowych liberałów ze Związku Wolnych Demokratów – SzDSz]. To zaś oznacza, że prawdziwy problem nie znajduje się gdzieś poza Europą, ale w niej samej. Przyszłości Europy w pierwszym rzędzie zagrażają nie ci, którzy chcą się tu dostać, lecz ci polityczni, gospodarczy i intelektualni liderzy, którzy próbują ją przetworzyć wbrew woli Europejczyków. Tak powstała najdziwaczniejsza koalicja w dziejach świata: koalicja przemytników ludzi, aktywistów obrony praw człowieka i głównych europejskich polityków. Powstała, by w sposób zaprogramowany sprowadzić tu miliony imigrantów.

Do dzisiejszego dnia wciąż przyjmujemy bez kontroli i selekcji setki tysięcy ludzi przychodzących z krajów, z którymi jesteśmy w stanie wojny, a kraje członkowskie Unii, między innymi, prowadzą na ich terenach akcje wojskowe. Nie mieliśmy szansy na przesianie i wyłapanie tych, którzy stanowią zagrożenie. Dziś nikt nie wie, kto jest terrorystą, kto przestępcą, kto imigrantem ekonomicznym, a kto prawdziwym uchodźcą ratującym swe życie. Trudno na to znaleźć inne słowo niż szaleństwo.

Szanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie! Drodzy słuchacze, Obywatele Węgier! Wiosenny wiatr wzburza wody [słowa piosenki ludowej], ale wygląda na to, że wzmaga też potop imigrantów. Przed nami trudne, męczące, nerwowe tygodnie i miesiące. Na naszych południowych granicach napięcie rośnie coraz bardziej.

Brukselska inercja powoduje coraz większy chaos. Kraje bałkańskie dostały się w kleszcze. Grecy od południa pchają tysięczne tłumy, z północy kuszą je niemieckie głosy syren. Musimy być przygotowani na wszelkie ewentualności. Posyłamy krajom bałkańskim ludzi, straż graniczną, środki techniczne, maszyny, gdyż one rzeczywiście strzegą granic Europy. A dopóki one wytrzymują, i nam łatwiej jest bronić naszych granic. A wiemy to już od czasów Hunyadiego.

Ufamy w ich sukces, ale to zbyt mało. Musimy umocnić własne linie obrony. To pochłania wiele pieniędzy, dotąd wydaliśmy 85 miliardów forintów i możemy liczyć tylko na nasze własne środki. Wysłałem na granice nowe jednostki wojskowe, zarządziłem stan gotowości w południowych komitatach Csongrád oraz Bács-Kiskun, nakazałem ministrom obrony i spraw wewnętrznych, by przygotowali budowę linii obronnych wzdłuż granicy z Rumunią. Jak dotąd policjanci i żołnierze pracowali doskonale. Dziękujemy im za to! Również teraz zobowiązali się, że zrobią wszystko, co w ich mocy, co tylko po ludzku możliwe. Teraz jednak może się to okazać za mało.

Kraj oczekuje od nas skuteczności, stabilnie bronionej granicy. Dowódcy wojska, policji i jednostek antyterrorystycznych muszą podołać temu zadaniu. Jeśli zajdzie potrzeba, będziemy się bronić na całej długości linii od Słowenii po Ukrainę.

Nauczymy Brukselę, przemytników ludzi i imigrantów, że Węgry to kraj suwerenny, na jego terytorium można się dostać tylko pod warunkiem poszanowania naszych praw i posłuszeństwa służbom mundurowym. Obrona naszych południowych granic to jeszcze nie wszystko. Musimy wytrwać na jeszcze innym bitewnym polu. Na szczęście to pole walki nie żołnierzy, lecz dyplomatów.

Musimy powstrzymać Brukselę. Wbili tam sobie do głowy, że rozdzielą pomiędzy nas przywiezionych do Europy imigrantów. Obowiązkowo, na mocy prawa. Określają to mianem obowiązkowych kwot przyjęcia imigrantów. Taką nieszczęsną, niesprawiedliwą, nieracjonalną i bezprawną decyzję podjęto już w stosunku do 120 tys. imigrantów. Wbrew decyzji Rady Europejskiej, w której decydują przywódcy państw członkowskich, z pogardą dla reprezentowanej przez nich suwerenności tych państw, oszukując i omijając prawo przegłosowano to w Parlamencie Europejskim.

Tę decyzję zaskarżyliśmy i będziemy walczyć o jej unieważnienie w Trybunale Europejskim. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wygląda na to, że nie tylko na Węgrzech, ale też w Brukseli. Dlatego teraz chcą stworzyć stały i sukcesywny system rozdzielczy, obowiązkowy dla każdego imigranta i każdego kraju członkowskiego.

Drodzy moi Przyjaciele! Unia – wyraźnie to widać – składa się z dwóch obozów: unionistów, czyli zwolenników federalizacji oraz suwerenistów, czyli zwolenników suwerenności narodów. Unioniści chcą Stanów Zjednoczonych Europy i obowiązkowych kwot osiedleńczych. Suwereniści pragną Europy wolnych, suwerennych narodów i nawet słyszeć nie chcą o żadnych kwotach. I tak obowiązkowe kwoty imigrantów stały się esencją i symbolem naszych czasów. One są ważne same w sobie, ale streszczają też wszystko to, czego się obawiamy, czego nie chcemy i co może rozbić przymierze narodów Europy.

Nie możemy pozwolić, by Bruksela stawiała się ponad prawem. Nie możemy się zgodzić, by konsekwencje swej szalonej polityki cedowała na tych, którzy zachowali wszelkie porozumienia i wszelkie prawa, jak to uczyniliśmy my. Nie możemy pozwolić, by zmuszano nas lub kogokolwiek do importowania gorzkich owoców ich błędnej polityki imigracyjnej.

Nie chcemy i nie będziemy importować na Węgry przestępczości, terroryzmu, homofobii i antysemityzmu. Na Węgrzech nie będzie dzielnic wyjętych spod prawa, zamieszek, imigranckich buntów, podpalania obozów dla uchodźców, a bandy nie będą polować na nasze żony i córki. (oklaski) Na Węgrzech zdusimy nawet próby takich zachowań i konsekwentnie będziemy stosować retorsje.

Nie zrezygnujemy z naszego prawa do decydowania o tym, z kim chcemy razem żyć, a z kim nie. Z tego powodu musimy odeprzeć i odeprzemy tych, którzy jak domokrążcy roznoszą po Europie pomysły kwot. Bez ryzyka nie ma brawury – głosi peszteński żart piłkarski, a my rzeczywiście musimy zebrać się na odwagę.

Musimy być odważni, gdyż dla większej chwały europejskiej demokracji jesteśmy zmuszeni stawić czoła cenzurze, szantażom i groźbom. Z belgijskich księgarń wycofywane są książki autorstwa węgierskiego ministra sprawiedliwości. Prasa niektórych krajów członkowskich otwarcie rozpowszechnia o nas kłamstwa. Krytyka Węgier jest szorstka, brutalna i agresywna. Na dodatek straszą nas finansowymi karami twierdząc, że nas wspierają, my zaś jesteśmy niewdzięczni. Sposób ich myślenia podobny jest do prostego plebana, który został poproszony o pomoc w zażegnaniu konfliktu wokół różnic majątkowych. W porządku – powiedział – prace podzielimy w następujący sposób: wy namówicie bogatych, żeby byli hojni a ja namówię ubogich, by przyjmowali darowizny. Tak oni rozumują.

Rzeczywistość jednak jest taka, że nic nie jesteśmy sobie wzajemnie winni, ani feniga. Węgry, osłabione po 45 latach komunizmu, wykrwawione, niezdolne do konkurencyjności, pozbawione kapitału, otworzyły na oścież swe bramy zachodnim firmom. To wszystkim przyniosło profity. Zachodnie firmy wywiozły stąd tyle samo, ile przysłała nam Unia. Jesteśmy kwita, żadna ze stron nie ma podstaw do pretensji.

Na koniec o tym, jak powstrzymać brukselskie manewry wprowadzenia kwot osiedleńczych. Moja rada jest taka: oprzyjmy się na praźródle europejskiej demokracji – na woli ludu. Jeśli prawdą jest, że ludzie nie chcą, wręcz sprzeciwiają się lunatycznej brukselskiej polityce imigracyjnej, oddajmy im głos, umożliwmy im wyrażenie opinii.

W końcu Europa opiera się na fundamencie demokracji. To oznacza, że nie możemy podejmować decyzji o bardzo poważnych skutkach dotyczących życia ludzi ponad ich głowami, wbrew ich woli. Dlatego na Węgrzech rozpisujemy referendum. I nie chodzi tu o kwotę, co do której decyzja już zapadła, a którą Węgry zaskarżyły do Trybunału. To już przeszłość. Referendum będzie dotyczyć przyszłości.

Wzywamy obywateli Węgier do walki przeciw obowiązkowym kwotom osiedleńczym nowego europejskiego systemu imigracyjnego, który ma trafić na porządek dzienny w marcu. Wierzymy, że Bruksela – nawet w obecnym stanie – nie odważy się zdradzić własnych ideałów. Nie może przeciwstawić się narodom Europy. Unia Europejska nie może być Związkiem Sowieckim numer dwa.

My, Węgrzy, nie wyprzemy się Europy, mimo wszelkich jej słabości, rozcieńczenia i chwiejności. Nie odwrócimy się od niej w sytuacji, gdy zatraciła poczucie przestrzeni. Nie pozostawimy jej samej sobie w jej panicznych zawrotach agorafobii. Jesteśmy obywatelami tej samej historycznej i duchowej Europy, co Karol Wielki, Leonardo, Beethoven, św. król László – Władysław I z matki Polki, Imre Madách czy Béla Bartók.

Nasza Europa została wzniesiona na chrześcijańskich fundamentach i dumą napawa nas fakt, iż dosięgła szczytów duchowości i ludzkiej wolności. W Europie ludzie mogą mieć bardzo różne poglądy. Jedni wierzą w ideały wolności, równości i braterstwa, inni wierzą w Boga, Ojczyznę i rodzinę oraz w przychodzące królestwo wiary, nadziei i miłości. Nikt jednak z nas – niezależnie od tego, do której grupy należy – nie może pragnąć tego, by nasza Europa padała na kolana przed celowo ku nam kierowanym, zbliżającym się jak potop masom ludzi, którzy siłą chcą nas zmusić do przyjęcia innej moralności i innych zwyczajów.

Nie wierzymy, żeby Europa mogła się skazać na taki los. Nie wierzymy, że wybierze odrzucenie naszych tysiącletnich wartości. Nie wierzymy w to, ale wiemy i zapowiadamy, że Węgry nie zrobią na tej drodze nawet najmniejszego kroku!

Hajrá, Európa, hajrá, magyarok! Naprzód, Europo, naprzód, Węgrzy!

3.Przemówienie Viktora Orbána na XXVI Kongresie FIDESZ (cz. 2) w Budapeszcie 13 grudnia 2015 r.

Szanowny Kongresie!

Nie można dziś mówić w sposób poważny o sytuacji naszej Ojczyzny bez mówienia o sytuacji Europy. Widzimy, że zostaliśmy zalani. Europa jest w stanie inwazji, wygląda jak pole bitwy, a to, co dotąd zobaczyliśmy, to dopiero wierzchołek góry lodowej. Ilu jeszcze wyruszy, ilu jeszcze szykuje się do Europy?

Myślę, że miliony, a nawet dziesiątki milionów. A widzimy też, że Unia dryfuje, jest słaba, niepewna, bezradna, miota się zamiast działać. Lewicowe elity Europy i przywódcy licznych krajów zamiast w końcu podjąć kroki w celu zatrzymania potopu imigrantów, zastanawiają się, jak rozwiązać problem ich masowego przyjęcia.

Jedna konferencja warta drugiej, znamy to, doświadczyliśmy tego, konferencja to zebranie takich ważnych ludzi, którzy sami nic nie mogą uczynić, ale razem zawsze potrafią stwierdzić, że w rzeczywistości nic nie trzeba robić. Adenauer powiedział kiedyś, że „Dziesięć przykazań Bożych dlatego są tak jednoznaczne, gdyż nie postanowiono ich na konferencji”.

Sytuacja zaś jest prosta i jasna: każdy trzeźwo myślący człowiek rozumie, że Europa nie udźwignie tylu ludzi, nie jest w stanie tylu ludziom dać pracy, zapewnić mieszkań, ochrony socjalnej i zdrowotnej, edukacji, wyszkolenia zawodowego, transportu. Gospodarka Europy i jej system zaopatrzenia padną pod takim ciężarem. Wcześniej, niżby dziś ktokolwiek to przypuszczał. Lecz oprócz tego wszystkiego, na horyzoncie zbierają się jeszcze czarniejsze chmury. Wędrówki ludów zagrażają bezpieczeństwu Europejczyków, gdyż oznaczają spotęgowanie zagrożenia terrorem. A z terrorystami jest tak, że już nawet jeden to stanowczo za dużo. Tysiącami, dziesiątkami i setkami tysięcy przybywają do Europy ludzie, o których nic nie wiemy.

Skąd w rzeczywistości przychodzą, kim są, czego chcą, czy przeszli przeszkolenie, czy mają broń, czy są członkami jakiejś organizacji? Wędrówka ludów dodatkowo wzmacnia przestępczość. O tym w Europie nie wolno mówić, to nie jest politycznie poprawne, mimo to jest faktem: gdzie w Europie osiedliła się duża liczba imigrantów, tam z miejsca wzrosła liczba przestępstw.

Więcej jest kradzieży, więcej przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu, więcej gwałtów. Czy to się podoba, czy nie, Przyjaciele, takie są fakty. Nie możemy przejść do porządku dziennego również ponad tym, że wędrówka ludów, masowy napływ osadniczy ludzi innych cywilizacji oznacza zagrożenie dla naszej kultury, sposobu życia, zwyczajów, tradycji. W zawrotnym tempie powstają równoległe społeczności.

Tylko zarozumiały Europejczyk uważa, iż inni również uznają nasz europejski sposób życia za bardziej wartościowy i upragniony od ich własnego. Jest właśnie na odwrót! Oni swoją formę życia uważają za wartościowszą, silniejszą i bardziej życiową od naszej. Nawet przez myśl im nie przeszło, by odrzucić swój styl życia, a przejąć nasz i się zasymilować. Jeśli nawet na powierzchni panuje cisza – a do obecnych czasów tak było – to pod powierzchnią powstaje świat społeczności równoległych, który powoli, lecz zdecydowanie, krok po kroku, zgodnie z porządkiem natury wypycha nasz świat i spycha go do mniejszości, a w nim i nas, nasze dzieci i wnuki.

Jeśli tak dalej pójdzie, stracimy Europę. Mimo to europejscy przywódcy wysyłają kolejne, coraz to nowe zaproszenia, zamiast wysłać w końcu w sposób zdecydowany i uczciwie wiadomość, że na przybyszów nie czeka tu nic z tego, na co tak liczą.

Jak mogło do tego dojść? Widać wyraźnie, że wydarzenia te nie są przypadkowe, to nie wypadek, to nie jakiś łańcuch niezamierzonych skutków, lecz zaplanowany i sterowany proces. Powstała dziwaczna wielka koalicja, koalicja przemytników ludzi, aktywistów obrońców praw człowieka i brukselskich biurokratów.

Koalicja ta nie pracuje nad tym, by zakończyć wędrówki ludów, lecz wręcz przeciwnie, stara się sprowadzić tutaj imigrantów w sposób bezpieczny, szybki i prawny, i osiedlić ich między nami. Wątpliwa chwała, że pośród pomysłodawców oraz tych, którzy pociągają za sznurki, otwarcie przyznając się do tego jako programatorzy, reprezentowana jest i nasza Ojczyzna, w osobie pewnego znanego i niesławnego swego syna.

Jak doszliśmy do tego? Dlaczego i w jaki sposób Europa stała się bezbronna? Dlaczego nie potrafi rodzących się kryzysów przewidywać i omijać? Dlaczego nie jest zdolna przynajmniej bronić się wobec kryzysów finansowego, gospodarczego, demograficznego, imigracyjnego?

Wiemy, że gospodarka europejska jest zwapniała. Wiemy też, że znajdujemy się na demograficznej równi pochyłej. Mamy również świadomość ciężkich aberracji europejskiego superpaństwa. To oczywiście kłopoty, wielkie kłopoty, ale nie problemy śmiertelne, można się z nich wyleczyć. Prawdziwie śmiertelna choroba, która zagraża Europie, ma naturę raczej duchową.

U korzeni problemów kryje się jedna wspólna przyczyna: Europa już nie akceptuje samej siebie, swej tożsamości. Duchowość europejska i jej ludzie wierzą dziś w rzeczy powierzchowne i wtórne, w prawa człowieka, w postęp, w otwartość, w nowe formy rodziny, w tolerancję. To piękne i miłe rzeczy, ale w rzeczywistości drugorzędne, bo tylko wtórne.

Tak, dziś Europa wierzy w rzeczy wtórne, a nie wierzy w to, skąd i z czego te rzeczy się wywodzą. Nie wierzy w chrześcijaństwo, nie wierzy w trzeźwy rozum, nie wierzy w żołnierskie cnoty i nie wierzy w dumę narodową. Nie wierzy w to, co ją stworzyło, w to, co kiedyś stanowiło ją samą, nie wierzy w to, nie staje w obronie tego, nie argumentuje, nie walczy, a już w żaden sposób nie chce za to się poświęcać.

Europa nawet myśleć nie chce, ani mówić o tym, kim jest w rzeczywistości, a ponieważ nie akceptuje swej własnej tożsamości, nie akceptuje też różnorodności. A przecież bez odróżnienia siebie od innych, w konsekwencji nieuchronnie zatraca samą siebie. A przecież jaśniejsze to niż słońce, że Europa to starożytna Hellada, a nie Persja, to Rzym, a nie Kartagina, to chrześcijaństwo, a nie kalifat. Wyliczam tu bez żadnego wartościowania.

Fakt, że istnieje europejska cywilizacja jeszcze nie oznacza, że jest ona lepsza lub gorsza od innych. To oznacza tyle, że my jesteśmy tacy, a wy tacy. Rozróżnić, rozgraniczyć i przyznać się do europejskiej cywilizacji nie znaczy, że trzeba się zamykać. To znaczy tylko tyle – ale takie jest tego znaczenie – że nasza otwartość nie może prowadzić do naszej dezintegracji, do rozpłynięcia się w zetknięciu z obcymi, których przyjmiemy.

Europa jest starym, lecz płodnym kontynentem. Przeżyła już wiele przerażających poglądów. Z niektórych pochodziły problemy, wręcz tragedie, niektóre do tego nie prowadziły. Problemy i tragedie wtedy się z nich rodziły, gdy Europa okazywała się słaba i nie była zdolna przeciwstawić się szalonym myślom.

Nie potrafiła na przykład przeciwstawić się wtedy, gdy powstawała idea dzielenia ludzi według ras, wartościowania ich według genetyki. W ten sposób Europa stała się domem rasizmu i narodowego socjalizmu.

Także wtedy Europa nie była zdolna się przeciwstawić, gdy zarażała ją myśl wartościowania ludzi według ich przynależności klasowej i przerabiania każdego na jedną formę homo sovieticus. Tak stała się Europa domem teorii walki klas i komunizmu.

Dziś to wszystko wydaje się absurdem, ale, moi Przyjaciele, wtedy to tak nie wyglądało. Mało tego, poważni ludzie o poważnych twarzach, w niezbitym przekonaniu o swojej moralnej wyższości napisali o tym całe biblioteki.

Dziś ponownie widzę armię poważnych ludzi, którzy z poważnymi twarzami, z przekonaniem o swej moralnej wyższości w nawias chcą zamknąć narody Europy i agitują na rzecz Stanów Zjednoczonych nowej Europy. To się źle skończy! Europejska lewica – znów lewica – jest przekonana, iż Europa wtedy będzie szczęśliwa, gdy sprawimy, że znikną z niej narody – wspólnoty, które dają jej ducha, a w ich miejsce stworzymy europejskie superpaństwo. W Brukseli wielu podoba się ten plan i wielu też pracuje nad rzecz jego cichej realizacji.

Jednak ta Europa i taka Unia, którą my kochamy i do której naszą wspólną wolą wstąpiliśmy, Europa narodów – opiera się na solidarności narodów, na wzajemnym poszanowaniu i wspólnych poglądach, a nie na przychodzących z góry dyktatach i brukselskich rozporządzeniach. Teraz, na przykład, chcą narzucić nam, Węgrom, z kim tutaj razem mamy żyć.

Dobrze znamy sytuację, gdy inni, spoza Węgier chcą nam dyktować naszą przyszłość i nie chcemy tego więcej. Dlatego Węgry zaskarżyły obowiązkowe kwoty imigrantów do Europejskiego Trybunału, a widzę, że nie jesteśmy w tym osamotnieni. Nie cierpimy na pomieszanie ról, nie tęsknimy za pozycją europejskich potęg, wiemy, kim jesteśmy i gdzie nasze miejsce.

Wiemy, że o losach Europy decydują postanowienia europejskich potęg, również wtedy, gdy jak obecnie, chowają się pod unijnym płaszczykiem. Musimy jednak jasno powiedzieć, że osiedlanie imigrantów z nakazu Węgrom się nie podoba.

Z tego powodu zebrano w proteście przeciw kwotowemu systemowi półtora miliona podpisów. Dlatego dziękuję, że pomogliście dotrzeć z tym do wszystkich, gdyż widzicie, że tylko w jedności i solidarności możemy powstrzymać ten bezrozumny i bezprawny dyktat.

Stąd chcemy wszystkim uświadomić, że kto pragnie żyć w wolnej i bezpiecznej Europie, niech podpisze petycję przeciw kwotom, kto nie chce wzrostu zagrożenia terroryzmem, niech ją podpisze. Kto nie chce pogarszającego się bezpieczeństwa, niech podpisze. Kto odczuwa odpowiedzialność za swoje dzieci i wnuki, niech ją podpisze. Kto chce, by także następne pokolenie miało pracę, własne europejskie i węgierskie życie, niech ją podpisze i innych do tego namówi.

Pamiętajcie też o tym, jakim osądom poddano nas za węgierską ustawę o mediach. A dziś w związku ze sprawą imigrantów na Zachodzie otwiera się na naszych oczach sterowana medialna rzeczywistość. Nigdy bym nie przypuszczał, że kiedyś przyjdzie mi tu stanąć i powiedzieć, że wolność myśli, słowa i prasy na Węgrzech jest bardziej kolorowa, szersza i głębsza niż na zachód od nas.

Europa w swoich korzeniach to koegzystencja chrześcijańskich, wolnych i niepodległych narodów, to wspólnota życia oparta na wspólnych wartościach, na wspólnej historii, na geograficznej, geopolitycznej współzależności. Mamy wspólne idee, jak wolność i odpowiedzialność, konkurencyjność na zasadach fair play, honor i szacunek, duma i pokora, sprawiedliwość i miłosierdzie.

W ten sposób wypełniłem zadanie Józsiego Szájera [europosła, jednego z twórców węgierskiej Konstytucji – przyp. tłum. HPA], gdyż zdołałem powiedzieć kilka pozytywów na temat Unii Europejskiej. Przyjaciele moi, jest zasada, że tylko wtedy możesz przetrwać, jeśli się odnowisz. Dziś zaś Europa woła o odnowę, europejskie narody tylko wspólnie mogą tego dokonać. My jesteśmy gotowi. Jeśli wielcy zdecydują się, jeśli i inni się zgłoszą, my, Węgrzy, nie będziemy wlec się na końcu ogona. Tak, lecz cóż znaczy odnowić się? Podstawowa zasada mówi, że jakich rozmiarów jest problem, przynajmniej tak głęboka powinna być odnowa. Dziś to oznacza tyle, że musimy zamknąć pewien okres i musimy spróbować otworzyć nowy. Dwadzieścia pięć ostatnich lat naszego życia to był w Europie wielki okres liberalizmu. Miał on piękne etapy, dobre owoce, miał swe wielkie chwile i doniosłe postaci, możemy się cieszyć, że dane nam było poznać je osobiście. Na dzisiaj jednak polityka liberalna straciła swą siłę przyciągania, ponosi porażkę za porażką, brak jej tchu, wyczerpała się. Przyczyny tego są tu mniej ważne, ważny jest rezultat.

Już niczego nie możemy się po niej spodziewać, niczego, co potrzebne Europejczykom. Polityka liberalna nie wie, co począć z problemami gospodarczymi, jest bezradna wobec kryzysu demograficznego, nie jest zdolna obronić ludzi przed wewnętrznymi i zewnętrznymi zagrożeniami, ani przed przybyszami, ani przed terroryzmem, ani przed przestępczością.

Stała się skostniała i obsesyjna, wszędzie węszy wrogów, wścieka się, gdy jej dogmaty poddawane są w wątpliwość, jest rozdrażniona, gdy słyszy o nowych ideach i agresywna, jeśli ktoś przeciw niej powołuje się na opinie ludzi. Utraciła kontakt z rzeczywistością, zamiast debaty ograniczać chce dyskurs publiczny, dlatego rozwinęła listę tablic z zakazami politycznej poprawności i zasadami kodeksu drogowego.

Mam nadzieję, że nie wchodzę tu w merytoryczny spór z moim przyjacielem Józsefem Szájerem, stwierdzam tylko tyle, że doszliśmy do tego, iż polityka liberalna obróciła się przeciw wolności, sprzeciwia się wolności myśli, słowa i prasy, dlatego musiała się zwrócić przeciw ludziom i demokracji.

Z liberalnej kiedyś demokracji zrodził się niedemokratyczny liberalizm. Papier to wytrzyma, ale ludzie nie. Coraz bardziej skomplikowane przepisy pętają Europę, gaszą wolnego europejskiego ducha i rozsądnego, twórczego europejskiego człowieka. Takie jest wyjaśnienie, taka przyczyna tego, że kontynent stracił swe podstawowe, życiowe instynkty. My zaś proponujemy powrót do Europy demokracji. Zamiast słabej Europy dzisiejszych przywódców powróćmy do silnej Europy ludzi. Następny okres Europy albo będzie demokratyczny, albo nie będzie go wcale.

Unia Europejska również potrzebuje nowych zasad. Starania Brytyjczyków, by na nowo przedyskutować warunki swego członkostwa, nie są przypadkowe. Czas przeminął, żyjemy w innym świecie. Dwadzieścia osiem krajów nie jest w stanie współpracować według tych samych zasad, co sześć krajów.

Nie to jest więc zadaniem, Drodzy Przyjaciele, by kilka rzeczy robić w sposób bardziej sprawny lub by działać po prostu więcej. Należę do tych, którzy pragną, byśmy kolejne tysiąc lat mogli jako Węgrzy przeżyć w chrześcijańskiej Europie. W tym celu zaś, niezależnie od tego, jak bardzo to boli niektórych polityków w Brukseli, trzeba zamknąć pewien okres zarówno w sensie politycznym, jak i duchowym, intelektualnym.

Na koniec parę słów o zdjęciach z Budapesztu, które zamieszczam. Głównie skupiłem się na pomnikach sfotografowanych w 2015 roku, one są bardzo ciekawe, dołożyłem też dwa zdjęcia starsze – z 1972 i 1997

Węgier, Polak dwa bratanki i do konia i do szklanki. Oba zuchy, oba żwawi, niech im Pan Bóg błogosławi.

Lengyel, magyar – két jó barát,Együtt harcol s issza borát,Vitéz s bátor mindkettője,Áldás szálljon mindkettőre.

Kesenen

Lengel Jan

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *