WIECZNY PAKOJ SWOŁOCZY TAKOJ

wpis w: Dzieciństwo | 0

 

Po Krynkach krążą dwie legendy o zdarzeniu w szkole czy przedszkolu w dniu śmierci Stalina.

 

 

 

 

 

 

 

 

Mój starszy brat opowiada, że zdarzyło się to w przedszkolu i bohaterem był Kolka Karabielnikow (nazwisko i imię prawdziwe). Tak jak wszędzie w całym postępowym świecie, zwołano w przedszkolu apel (nie było to niczym dziwnym, że i w przedszkolu), ażeby rozpaczać po śmierci Koryfeusza nauk, Największego Przyjaciela Narodu Polskiego, Chorążego Pokoju, et cetera, et cetera – za nie wymienienie wszystkich tytułów, a więc okazanie braku szacunku, mógłbym być uznany za wroga ludu w tamtych czasach. Podczas tamtego apelu pani ze łzami w oczach, łamiącym się głosem poinformowała dzieci gotowe wybuchnąć w każdej chwili płaczem, że ukochany Stalin nie żyje. Wobec tak straszliwej wiadomości nie wytrzymał jeden ze starszaków  właśnie Kolka i powiedział „wieczny pakoj swołaczy takoj”. Pani zdębiała, potem za ucho zaciągnęła chłopca do pokoju przedszkolanek. Jak wieść gminna niesie ani Kolka ani jego rodzina nie ponieśli żadnych konsekwencji, za wyjątkiem może tej, że zakończył swoją edukację na szkole podstawowej, nie wykluczone, że siedem klas szkoły podstawowej były kresem jego możliwości. Kolka 10 lat później również miał szczęście, bawiąc się niewypałem granatu spowodował wybuch i stracił rękę. Wszyscy uznali, że dopisało mu szczęście, mógł przecież zginąć.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Druga wersja mówi, że autorem tych słów o Stalinie był Antek syn woźnego w szkole. Wypowiedział je także podczas apelu. Ojca zwolnił z pracy  dyrektor szkoły Kułakowski, który był prawdziwym przedwojennym tępym komunistą a Antek zakończył edukację na szkole podstawowej, chociaż on akurat był zdolny. Przez wiele lat był potem kościelnym. Kułakowski młodsze dzieci uczył śpiewu, waląc smyczkiem po głowach. Uczył szczególnego śpiewu : międzynarodówki po polsku i rosyjsku, hymnu sowieckiego i jeszcze jakiś rewolucyjnych i rosyjskich pieśni.

W przedszkolu też miałem swoje przejścia. W przeciwieństwie do starszego brata nienawidziłem przedszkola. Miara się przebrała, gdy podczas połączonych zajęć kulturalnych i praktycznych dano dzieciom prawdziwe igły z nitką i kartoniki z wydziurkowanym kształtem „gołąbka pokoju” (teraz wiem, że narysowanego przez Picasso) i kazano haftować a raczej przewlekać nitkę przez dziurki. Po pierwsze od razu się pokłułem, po drugie chłopięca duma nie pozwalała mi zajmować się haftowaniem. Pod pretekstem wyjścia do ubikacji uciekłem z przedszkola. Bałem się wracać do domu w środku dnia, więc schroniłem się na terenie dziedzińca cerkwi, był on terenem naszych zabaw, rosły tam stare lipy i klony. Ukryłem się w dziupli jednego z drzew, gdzie usnąłem. Odnalazła mnie Babcia ze starszym bratem zaniepokojeni, że nie wróciłem z przedszkola na czas. Po sprawdzeniu u wszystkich znajomych i sąsiadów przeszukali dziedziniec cerkwi, bo była po drodze z przedszkola do domu i tam bawiliśmy się w chowanego. Więcej do przedszkola nie poszedłem.

Mój gołąbek nie trzymał gałązki w dziobie

Pamiętam jeszcze śmierć Bieruta. Komunikaty w tzw „toczce” były bardzo częste a w międzyczasie puszczano muzykę poważną. Mama nie mogła tego znieść i chciała wyłączyć głośnik a ojciec ciągle mówił „zaczekaj niech jeszcze raz powtórzą” i tak w kółko a potem „widzisz swoi go załatwili”. Ponieważ Ojciec był komendantem ochotniczej  straży pożarnej, więc w domu mieliśmy ręczną syrenę na korbkę. W pewnym momencie wziął tę syrenę, powiedział chodźcie „chłopcy zawyjemy”. Stanęliśmy na skrzyżowaniu, Ojciec kręcił korbką a syrena wyła. Był w tak dobrym humorze, że pozwolił nam kręcić. Tak zapamiętałem śmierć Bieruta.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *