Kolejna rocznica podpisania porozumień gdańskich prowadzących do powstania Solidarności skłania do przypominania tamtych zdarzeń niekoniecznie w warstwie ogólnej jak nam serwują media , ale do wspomnień osobistych i konfrontowania dzisiejszej wiedzy z ówczesnymi postawami i oczekiwaniami. W swoich wpisach nie odnosiłem się jeszcze do naszych (Solidarności w Polkolorze) relacji z Regionem Mazowsze, żeby o tym napisać natchnęły mnie zapisy wspomnień na konferencji i spotkaniu ludzi Solidarności w Muzeum Historycznym w czerwcu 2006 roku oraz późniejsze rozmowy niektórych członków Prezydium Regionu z profesorem Friszke. January Bednarczyk z Polkoloru był jednym z 14 sygnatariuszy (w tym 10 przedstawicieli zakładów) pisma Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Mazowsze do NSZZ Solidarność zgłaszającego wolę przystąpienia do Solidarności z dnia 17 września 1980 roku. January (Janusz) Bednarczyk z Działu Inwestycji (pod koniec roku wyjechał do Wielkiej Brytanii i nie wrócił) został naszym pierwszym przewodniczącym. Na początku stałym przedstawicielem Polkoloru w Prezydium Regionu Mazowsze był Janusz Kondrasiuk, który w sumie pozostał tam do końca jako pracownik Zarządu lub Biura. Nie pamiętam jakimi sprawami zajmował się w Biurze, w sumie nie mieliśmy zbyt ścisłych kontaktów, zaskakujące, że we wspomnieniach członków Prezydium regionu jego nazwisko się nie pojawia. Janusz w stanie wojennym został internowany. Po ukształtowaniu się władz w związku w zakładzie a było to chyba w pierwszej połowie września, nastąpił podział obowiązków wśród członków komisji Zakładowej. Co ciekawe w pierwszych władzach związku przeważali pracownicy umysłowi. Na początku żadnych wyborów nie było. Po tłumnym zebraniu zorganizowanym przez metalowców z CRZZ na początku września, gdzie próbowano nam wyjaśnić sytuację powstałą po podpisaniu porozumień sierpniowych, kilkadziesiąt osób pozostało na Sali, po dyskusji zdecydowaliśmy, że nie będziemy uczestniczyć w „odnowie” CRZZ i powołamy wolne związki w zakładzie, nawiążemy kontakt z Gdańskiem i tworzącymi się strukturami w Warszawie (wtedy nie było jeszcze mowy o Regionie. Pierwsze Kontakty z Regionem nawiązali Kondrasiuk i Bednarczyk i oni dopełnili wszystkich formalności przystąpienia do porozumienia. Generalnie to mieliśmy poważny problem, bo wszyscy byli młodzi w granicach trzydziestki i zakład liczył zaledwie 3 lata, nikt nie miał doświadczenia organizacyjnego ani wiedzy o działalności związkowej, po prostu podzielaliśmy poglądy stoczniowców na sytuację w Polsce, popieraliśmy 21 postulatów i byliśmy nieufni wobec partyjnych i starych działaczy CRZZ. Dopóki nie przyłączył się do nas Zelos (zakład produkujący czarno-białe kineskopy), bardzo mocno upartyjniony – nie mieliśmy w składzie władz członków PZPR. Komisję tworzyli ludzie oddelegowani z zakładów i wydziałów. Byli reprezentanci Montowni, Masek, Luminoforów, Huty, Narzędziowni, Gł. Mechanika, Energetyki, Inwestycji, administracji, Zaopatrzenia ( nie pamiętam czy na początku mieliśmy w składzie przedstawicielki księgowości i innych mniejszych wydziałów). W późniejszej fazie okazało się, że związkowcy z Narzędziowni i Utrzymania Ruchu byli najbardziej zaangażowanymi i oddanymi działaczami i konspiratorami w zakładzie. Muszę koniecznie wspomnieć Zdzisława Koryckiego, Zenona Półtoraka i Barbarę Blumszejn.
Ponieważ Bednarski zajął się organizacją związku w zakładzie a Kondrasiuk przeniósł się na stałe do Regionu, potrzebny był nam stały łącznik z Regionem, który przywoziłby prasę, materiały i wiadomości i mógł uczestniczyć w cotygodniowych zebraniach Zarządu (Prezydium), więc na początku października podjęto uchwałę, że ja będę tym łącznikiem i automatycznie członkiem Zarządu. To chyba zbiegło się z przyjęciem w Regionie zasady, że przedstawiciele „dużych zakładów” zostają członkami Zarządu Regionu Mazowsze a dotychczasowe Prezydium staje się ścisłym Prezydium Zarządu. Zarząd ten funkcjonował do wyborów w czerwcu 1981 roku. Od kwietnia przestałem być łącznikiem, ale pozostałem członkiem Zarządu do I WZD, bo zostałem wybrany na przewodniczącego Solidarności w zakładzie, pojawiałem się jedynie na cotygodniowych posiedzeniach Zarządu. Łącznikiem został Andrzej Wichowski (inżynier) z narzędziowni. Dopóki Prezydium mieściło się na Szpitalnej często jeździłem tam z Grześkiem Stępniem. I zdjęcia które zamieszczam, są wykonane przez niego. Byliśmy też kilka razy razem w Ursusie i jeszcze w jakichś zakładach i na takim dużym spotkaniu w Sali widowiskowej w akademiku w Riwierze.
Wyjazdy na Szpitalną a potem na Mokotowską, były głównie po naukę. Teraz dowiaduję się, że robiono tam głównie politykę. Ja tego tak nie odczuwałem przynajmniej na początku i nasz związek nie brał udziału w żadnych rozgrywkach. Zresztą byliśmy dobrze zorganizowani, nie mieliśmy wewnętrznych konfliktów – za wyjątkiem pewnej dywersji ze strony Zelosu, dysponowaliśmy środkami i bez problemu i dyskusji uczestniczyliśmy we wszystkich przedsięwzięciach związkowych. Pamiętam niebywała atmosferę entuzjazmu i zaangażowania, szczególnie na ciasnej i zatłoczonej Szpitalnej. Najczęstszy kontakt miałem z Henrykiem Wujcem i Tadeuszem Kłopotowskim – obaj niezwykle życzliwi, uczynni i pomocni – zawsze znajdujący czas na rozmowę (zdarzało się widzieć, że podczas rozmowy Wujec z przepracowania był nieobecny duchem). Chyba tylko raz lub dwa razy rozmawiałem z Sewerynem Jaworskim, częściej z Odorowskim i Szczepańskim. Wydaje mi się, że najbardziej wyważone, rozsądne i umiarkowane były wystąpienia Łypacewicza. Z Łypacewiczem dość często indywidualnie dyskutowałem na różne tematy, szczególnie gdy późnym wieczorem wychodziliśmy z Mokotowskiej i razem szliśmy do Alej Ujazdowskich. Z kolei analizy Kulerskiego wydawały mi się bardzo trafne, gorzej było z proponowanymi rozwiązaniami. Na Mokotowskiej do Bujaka zawsze można było wejść jeśli się miało ważną sprawę i było przewodniczącym dużego zakładu. Spisane przez prof. Friszke wypowiedzi na Konferencji wyżej wymienionych osób przypomniały mi moje ówczesne wrażenia ze spotkań w Zarządzie i odbiór przedstawianych przez nich racji. Na Szpitalnej pilnie słuchałem i chłonąłem wszystkie wystąpienia nie zabierając głosu, wszyscy wydawali się jakimiś herosami, którzy w sposób otwarty odważyli się przeciwstawić reżimowi. Bardzo dużo było „gadaczy” zabierających głos w każdej sprawie, do takich zaliczałem Lawinę i Szymanderskiego. Tam też poznałem mecenasa Grabińskiego, który potem w stanie wojennym został moim obrońcą w sądzie. Jego stanowisko i mecenasa Olszewskiego w sprawach statutu i organizacji prawnej związku i przy okazji innych zagadnień zwróciło moją uwagę, ze podczas wystąpień publicznych można mówić jasno, logicznie, rzeczowo i spokojnie bez emocji. Na pewno mówili całkiem innym językiem niż pozostali. Podobnym językiem posługiwał się prof. Kłopotowski, który był dosłownie oblegany przez przedstawicieli zakładów, powiedziałbym, że biła od niego szczerość i uczciwość wewnętrzna, posiadał niebywałą łatwość tłumaczenia nawet najbardziej skomplikowanych zagadnień. Nie unikał trudnych tematów, ba umiał rzeczowo przedstawić drogę i metody prowadzące do osiągnięcia ostatecznego celu to znaczy wolności i niepodległości, podczas gdy wszyscy inni unikali jak ognia tematu niepodległości. Wyglądało to tak, że Zarząd za bardzo personalizował niektóre sprawy, miał tendencje do monopolizowania opinii, skupiał się na taktyce, unikając określenia celu, gdy ludzie pragnęli prezentacji strategii i przypominania celu. Kłopotowski rozumiał potrzeby i oczekiwania ludzi. Nie pamiętam dokładnie słów, ale było coś o etapach i zdobywaniu przyczółków. Wydaje się również, że to zachowanie Zarządu, swoista jednostronność i odgrodzenie się biurkami od ludzi sprawiły, że już na Mokotowskiej pojawiły się tendencje odśrodkowe. Poza tym na Mokotowskiej człowiek czuł się petentem. Potwierdzeniem tych obserwacji są wypowiedzi szczególnie Kulerskiego, ale i Szczepańskiego na Konferencji, że oni nawet nie dopuszczali możliwości poszerzenia ścisłego prezydium o inne opcje polityczne. Co ciekawe tamte postawy osób inspirowanych przez lewicową frakcję KORu rzutują i na bieżącą politykę i są ciągle aktualne. Otwarcie na lewo tak, na prawo wykluczone. Przeciwko temu protestował Paweł Niezgodzki, Matuszyk i inni. Poza tym nikt nie lubi być traktowany z góry, w sposób mechaniczny, a więc pojawiły się kwestie ambicjonalne. Niektórzy uważali, że dla Zarządu liczy się tylko Ursus. Po strajku w obronie Rulewskiego zaczęła kształtować się opozycja w szerokim Zarządzie. Odbywały się spotkania w Świerczewskim (co pamiętam) i w innym zakładzie, którego nie kojarzę. Byliśmy usilnie namawiani do przystąpienia do tej struktury przez Niezgodzkiego, Świtalskiego i Matuszyka i chyba Hołuszkę czy Kazańczuka. Byłem już przewodniczącym Komisji Zakładowej i nie zgodziłem się na przystąpienie do struktury, ale w Komisji mieliśmy prawie połowę zwolenników dlatego drogą kompromisu postanowiliśmy wysłać na spotkania swoich obserwatorów. O ile się nie mylę naszymi obserwatorami byli Marek Sznajderski i Marek Wiraszka.
Mój sprzeciw podyktowany był obawą przed przyłożeniem ręki do rozbicia i osłabienia Związku przez działania frakcyjne. Tym bardziej, że sytuacja się stale się zaostrzała. Na terenie Oddziału Piaseczno też zaczęły się rozgrywki ambicjonalne, zarzucano nam, że nie uczestniczymy należycie w życiu Oddziału i nie konsultujemy z nimi swojego stanowiska w różnych ogólnozwiązkowych sprawach. Próbowano wyciąć naszych przedstawicieli na II WZD Mazowsza. W Zelosie również pojawiły się tendencje odśrodkowe – ich przedstawiciele poza Stasiem Turkiem i Bohdanem Nalepińskim poparli strukturę. Skrajną nieodpowiedzialnością i głupotą byłoby w takiej sytuacji podważać spójność Związku. W sumie lojalnie uczestniczyliśmy we wszystkich wspólnych ogólnokrajowych akcjach Solidarności. Zajęty sprawami wewnętrznymi (przyłączenie innych zakładów do Zakładów Kineskopowych „Unitra Polkolor” i trzymaniem wszystkiego „w kupie” od września przestałem definitywnie bywać na Mokotowskiej.
Moje wcześniejsze kontakty z punktem kolportażu, OBS, Asem, Niezależnością, Wiadomościami Dnia i wydawnictwami książkowymi zaowocowały w stanie wojennym łatwym pozyskiwaniem prasy podziemnej.
Obrazek wyróżniający to próby pisania mojej córki Dominiki wówczas pięcioletniej.



Dodaj komentarz