Przekonanie o nieograniczonych możliwościach człowieka wynikające z sukcesów na polu nowych technologii uśpiło ludzkość. Wiele też złego zdziałało hedonistyczne podejście do życia narzucane i lansowane przez media, celebrytów i współczesne „autorytety” . Hodowany na tej pożywce człowiek okazał się bezbronny wobec epidemii koronawirusa. Groza jaka zapanowała przypomina opisy zachowań ludzi z wieków ciemnych w obliczu epidemii dżumy czy cholery, no może poza jednym: nie ma biczowników i procesji pokutnych i kościoły przestały być miejscem schronienia i zawierzenia, bo są zamknięte.
Świat się zmienia, ale kondycja ludzka pozostaje niezmienna, te same odwieczne prawdy, takie same uleganie emocjom i nieważne jest tu wykształcenie, zasobność portfela czy wiek człowieka.
Żeby oderwać się od zdarzeń bieżących chciałbym przypomnieć epidemie i choroby zarówno z nieodległej przeszłości czyli okresu mego dzieciństwa jak i wcześniejsze z XIX wieku i wcześniej, które nie mają tylko historycznego charakteru, ale wpłynęły też na indywidualne losy. K. Chełchowski w swoim opracowaniu „Klęskowe lata na ziemiach polskich” z XIX wieku pisze o dekadzie 1846 – 1856 kiedy to tereny dawnej Rzeczpospolitej nawiedziło szereg powtarzających się epidemii cholery, tyfusu, zimnicy (odmiana febry) i ….. nawet głodu. Głód powodował takie choroby jak gnilec czy puchlina. Co ciekawe występowała często pewna zbieżność zamętu społecznego i epidemii. Być może ludzie bezradni w obliczu epidemii i bezsensownej śmierci nabierali odwagi i w desperacji występowali przeciwko uciskowi i niesprawiedliwości.
Chcę wspomnieć o wycinku tych dziejów na które natrafiłem podczas moich poszukiwań genealogicznych. Poszukiwania genealogiczne, które prowadziłem to przede wszystkim przedzieranie się przez metryki kościelne w tym metryki zgonów. I mimo że metryki nie są kronikami historycznymi to można się z nich dowiedzieć wiele o epidemiach, chorobach czy pożarach, które pustoszyły tereny dla których były prowadzone metryki. A nawet jeśli nie ma adnotacji, to liczba zgonów przewyższająca liczbę urodzeń jest widomym znakiem jakiejś zarazy.
Moja rodzinna miejscowość prowadziła metryki od XVII wieku – przynajmniej z tego okresu się zachowały (siedemnasty wiek i początek osiemnastego niepełne z powodu wojen, najazdów i grabieży Moskali i Szwedów a metryki z XVII wieku ze względu na zły stan są niedostępne). W ciągu tego okresu odnotowano cztery epidemie cholery(nazwa pochodzi z arabskiego nazywali ją „kholera”, co oznacza „upływ żółci”) 1831, 1837,1848, 1854. Najstraszniejsza z nich w moich rodzinnych stronach to epidemia z 1854-1855 roku, bo w 1855 roku nałożyła się na nią również epidemia tyfusu. Na tyfus zmarł nawet proboszcz parafii ksiądz Kiersnowski. Wtedy też zmarł mój prapradziadek, jego bracia i niektóre dzieci braci. Śmiertelność wśród dzieci musiała być duża, bo niektóre pochówki odbywały się przy domach bez udziału księdza a część nawet nie została odnotowana w metrykach. Jedna gałąź rodzinna została całkowicie unicestwiona. Co ciekawe cholera z tego okresu mało dotknęła dorosłe kobiety (chociaż ogólne statystyki tego nie potwierdzają). Obraz całości jest niestety trochę zaciemniony, bo nie wiadomo kto umierał na cholerę a kto na tyfus. W 1881 i 82 pojawił się ponownie tyfus zwiększając śmiertelność o ponad 50 % w stosunku do średniej (statystyka pogrzebów w tych latach: 1881- 195, 1982 – 219 a po ustąpieniu epidemii w 1883 tylko 106). W tm to czasie zmarł Kazimierz S i wszystkie jego dzieci.
W następnym i kolejnych pokoleniach inna choroba – suchoty siała spustoszenie, nie zabijała od razu, ale diagnoza równała się z wyrokiem nie wiadomo kiedy wykonanym. Suchoty to gruźlica, niby choroba głownie artystów, ale tak naprawdę zbierała krwawe żniwo wśród wszystkich ludzi i to aż do lat sześćdziesiątych XX wieku (mój ojciec chrzestny zmarł na gruźlicę jeszcze w latach siedemdziesiątych (leczenie zachowawcze przedłużyło mu życie). Na suchoty zmarł pierwszy mąż mojej prababci, potem mój pradziadek. Rzadko który mężczyzna dożywał sześćdziesiątki. Z analizy statystyk metrykalnych wynika, że gruźlica rzadziej atakowała kobiety. Co ciekawe epidemie docierały do tego zakątka otoczonego lasami z dużym opóźnieniem w stosunku do reszty kraju tak jak obecnie koronawirus dotarł na Podlasie z pewnym opóźnieniem uwzględniając wszystkie proporcje. Jedynie cholera z roku 1831 była wszędzie równoczesna a to ze względu na rozprzestrzenianie się jej wzdłuż szlaku przemarszu wojsk rosyjskich idących na Warszawę tłumić powstanie listopadowe (w Krynkach i okolicy stacjonował pułk jegrów). Ostatnia wielka epidemia grypy„hiszpanki” dotarła na tereny Krynek i okolic błyskawicznie, bo już w 1918 roku, zmarło 177 osób wobec 93 urodzonych dzieci. I znowu przywlekło je wojsko, tym razem niemieckie. Oddziały niemieckie wycofały się z Krynek dopiero w marcu 1919 roku zostawiając wolnej Polsce „hiszpankę” w prezencie. Proporcja ilości zmarłych do urodzonych powtórzyła się w 1920 za sprawą bolszewików, w rejonie Krynek toczyły się ciężkie walki: między innymi pod wsią Gieniusze (obecnie po białoruskiej stronie) rozegrała się jedna z większych bitew w tej kampanii w ramach wielkiej bitwy nad Niemnem.
Okres powojenny wpłynął już i na moje życie i wyobraźnię. Epidemie świnki, odry i kokluszu przeszliśmy wraz z rodzeństwem bez uszczerbku z sukcesem leczeni domowymi sposobami a może dzięki wrodzonej odporności. Pamiętam największy strach mamy związany z epidemią innej choroby nazywanej wtedy Heinego-Mediny czyli polio. Ta choroba wzbudzała przerażenie, bo czyniła ofiary przede wszystkim dzieci kalekami. Objawiała się najczęściej porażeniem i zesztywnieniem kończyn. W Krynkach z zarażonych przeżyło jedno dziecko – chłopiec, który do końca życia został kaleką. W liceum miałem kilku kolegów ofiar choroby Heinego – Mediny. Jeden z nich został potem uznanym rehabilitantem. Praktykował w Warszawie. Na szczęście szybko wynaleziono szczepionkę na tę chorobę i równie szybko dotarła ona do Polski. Nie zawsze tak było, że skuteczne leki trafiały w moje rodzinne rejony szybko po ich wynalezieniu. Na przykład antybiotyki wynaleziono w 1928 roku, rozpowszechnili Amerykanie w czasie II wojny a mimo to gdy brat będąc niemowlęciem zachorował w 1949 na zapalenie płuc nie leczono go antybiotykami, bo ich nie było, tylko lekarz zrobił mu nacięcie na plecach nad ostatnim żebrem, wstawił sączek przez który wypływał płyn zatykający płuca. Brat przeżył.
Teraz mamy całkowicie inną sytuację, medycyna dokonała olbrzymiego postępu. Wykonywane są operacje przeszczepów o których nikomu się nie śniło, rozpracowano wszystkie choroby, ich źródło, mechanizmy przenoszenia i wszystkie patogeny. Możemy ingerować nie tylko w narządy czy komórki ale nawet korygować geny. Zachłysnęliśmy się możliwościami, pojawili się chętni do sklonowana człowieka i na serio rozważa się możliwość nieograniczonego przedłużania życia człowieka. Wielu praktykuje zasadę „carpe diem”, ba nawet uczyniło z tego cel swego życia, zachęcani zresztą przez ośrodki kształtowania opinii publicznej. Inni wymyślają i stawiają coraz to nowe problemy do rozwiązania przed ludzkością. Problemy wydumane i sztuczne, całkowicie oderwane od życia. Wykształceni przez uniwersyteckich dewiantów, okopani w swoich rezydencjach czy pilnie strzeżonych zamkniętych osiedlach, pasożytujący na społeczeństwie, wymyślają nowe dziedziny nauki typu gender, prostują banany, wywlekają zboczenia seksualne na ulice, szukają i piętnują wrogów, wprowadzają różne tabu, ogarnięci szaleństwem zmian usiłują zmienić język, kreują nowych fałszywych idoli, odrzucają rzeczywistość. Wraz z pojawieniem się zarazy przycichli i pokryli się w swoich norach, może przygotowują nową inwazję głupoty? Czy postawienie przed realnym wyzwaniem epidemii przyniesie opamiętanie?
Miejmy nadzieję, że może „dotyk skrzydła śmierci przywróci ludziom proporcje w myśleniu” jak mówi prof. Zybertowicz
Dla rozrywki proponuję posłuchać piosenki Wysockiego „Czto, że ty zaraza”. Jest to o trochę innej zarazie ale adekwatna do sytuacji.
Dodaj komentarz