Żona enkawudzisty spowiedź Agnessy Mironowej spisana i zredagowana przez Mirę Jakowienko

wpis w: Lektury | 0

 

Sięgnąłem po tę książkę, bo w Rosji wydało ja Stowarzyszenie Memoriał, co było dla mnie znakiem autentyczności i wartości a poza tym nie natknąłem się w Polsce na inne wydawnictwa Memoriału. Teraz po przeczytaniu tej książki chciałbym jeszcze przeczytać Jewgienii Ginzburg Stromą Ścianę.

Dziwna to książka, nie jest klasycznymi wspomnieniami, mało w niej warstwy faktograficznej w sensie ogólnym, koncentruje się na odczuciach i pragnieniach głównej bohaterki Agnessy, która jak sama pisze patrzy na rzeczywistość przez przymrużone oczy, używa życia, gdy wokół jest morze nędzy. Widzi powszechny głód, mordy na masową skalę, ale nie widać, żeby się tym przejmowała. Miała trzech mężów i paru kochanków, wszyscy byli powiązani z aparatem ucisku – czekistami. Pierwszy najbardziej ludzki, można powiedzieć człowiek z zasadami, który w porę się wycofał, ale ona go zostawiła, bo przestał być wygranym, nie mogła już przy nim błyszczeć. Drugi – żydowskiego pochodzenia Korol przybrał nazwisko Mironow był zbrodniarzem trzeciej rangi (w NKWD jak i w całej sowieckiej biurokracji były rangi tak jak za caratu), a więc po Jagodzie a potem Jeżowie i ich zastępcach pełnił najwyższe funkcje – odpowiedzialny za zbrodnie na północnym Kaukazie, w Karagandzie, Dniepropietrowsku, Zachodniej Syberii (Nowosybirsku), Mongolii. W tej ostatniej był sprawcą wymordowania ponad 10000 lamów, szlachty mongolskiej i patriotów. I jego Agnessa najbardziej kochała, żyła z nim jak królowa, służba a nawet dwór, wykwintne jedzenie, jazda specjalnymi salonkami, mieszkanie w pałacach gubernatorów carskich, wczasy nad morzem Czarnym, prywatne seanse filmowe, luksusowe stroje. Po rozstrzelaniu go w ’39 podczas Wielkiego Terroru w ramach eliminowania grupy Jagody, długo nie rozpaczała – znalazła sobie kolejnego męża – kuzyna poprzednika – też Korola, który po pracy w wywiadzie został oddelegowany do pracy w Goskinie. Jako pracownik wywiadu przebywał w Polsce, gdzie organizował dywersję i KPP, potem w innych krajach i na koniec w USA organizując tam również Komunistyczną partię i zakładając przedsiębiorstwa, które miały ją i wywiad sowiecki finansować. Ten był intelektualistą, który po 12 latach łagru przejrzał częściowo na oczy, ale tylko częściowo, bo łagry, oczywiście poza jego wyrokiem były w porządku, tylko za Berii uległy wypaczeniom. Agnessa też została zesłana na podstawie donosu sąsiadek z komunałki i ironią losu do Karagandy gdzie jej mąż mordował i organizował łagry.

Po przeczytaniu pierwszych dwudziestu stron chciałem zrezygnować, bo wydawało mi się, że będzie to romansidło, dla dodania pikanterii osadzone realiach lat dwudziestych Rosji Sowieckiej, ale zajrzałem na koniec a tam – rzadki przypadek – znakomita recenzja lub wręcz uzupełniający rozdział tej książki napisany przez Irinę Szerbakową z Memoriału. Zacytuję dalej kilka fragmentów tej recenzji. Pod jej wpływem zacząłem dalej czytać i mnie wciągnęło. W sumie Agnessa była niepospolitą kobietą, nie sposób ją potępić, chociaż trudno zrozumieć – Szerbakowej jako kobiecie przyszło to łatwiej. Ona nie była zaangażowana politycznie, nie było w niej ani cienia serwilizmu, strachu, działania z niskich pobudek. Brała życie takim jakie  jest nawet później gdy była prześladowana. Jak pisze Szerbakowa „korzysta ze wszystkich dóbr systemu wcale się z nim nie utożsamiając” Radziła sobie w każdej sytuacji i miała duże umiejętności przystosowawcze. Wyjątkowo silny charakter, duże poczucie wartości i kobiecej pewności siebie, ale egoizm, stępione sumienie i kompletna bezrefleksyjność. Oto drobny przykład: Po wypuszczeniu z łagru, nie dostała zezwolenia , aby zamieszkać w Moskwie, jakimkolwiek większym mieście, ani u siostry w Kłajpedzie, mimo to łamiąc zakazy i narażając się na ponowne zesłanie jedzie z Karagandy do siostry, tam podrabia paszport i zostaje – nikt jej nie niepokoi. Tak nie postępuje człowiek „radziecki”. Przypuszczam, że obcując z enkawudzistami nauczyła się, że tupetem wiele można zdziałać. Przez ostatnie dwadzieścia lat życia jawnie potępia system komunistyczny, ale nie wierzy, że Mironow był zbrodniarzem. Dla mnie dużą wartością w jej wspomnieniach jest brak usprawiedliwiania się po sowiecku, szczerość bez hipokryzji – można powiedzieć, że kpi sobie z napuszoności systemu, który od wszystkich wymagał zaangażowania – ona  była ponadto. Te wspomnienia mają walor wewnętrznej uczciwości, gdy w większości wspominek prominentów, którzy przeszli obozy dominują usprawiedliwianie się, wierność idei, która ich zniszczyła, omijanie drażliwych ocen a przede wszystkim próby wytłumaczenia siebie i oprawców oraz przedziwne łamańce w postaci niedopowiedzeń. Tamte wspomnienia są nic nie warte w zestawieniu z „Innym Światem” Herlinga Grudzińskiego, czy „Na nieludzkiej ziemi” Czapskiego. Oczywiście jej wspomnienia również nie dorównują wymienionym, ale ona reprezentuje inny stopień świadomości.

Z książki można się wiele dowiedzieć o obyczajowości tamtych czasów, życiu codziennym, ale bezcenne są informacje o tym jak żyły ówczesne elity władzy, jak świętowały i bawiły się, jaki był stan ich umysłowości, jakie mieli pragnienia, co nimi powodowało, no i pokazanie jak stawali się cieniem człowieka czekając na nieuniknione aresztowanie i potem rozstrzelanie. Zawsze zastanawiałem się dlaczego była tak duża nadreprezentacja Żydów w aparacie represji i we władzach sowieckich i w tej książce jest chyba wyjaśnienie. W Rosji carskiej, byli oni prześladowani podobnie jak Polacy – nie dopuszczano ich do żadnych stanowisk, nie mogli być oficerami, dopiero od 1915 potrzeba wojny zmusiła władze carskie do zmiany stanowiska. Stąd na koniec wojny zostało mnóstwo żydowskich młodszych oficerów, którzy nie czuli związków z poprzednim reżimem który ich prześladował, więc łatwo opowiedzieli się za bolszewikami i szybko zrobili kariery, tym bardziej, że wśród rewolucjonistów było dużo Żydów z tych samych powodów tylko tam mogli się realizować. Natomiast nie mogę zrozumieć dlaczego wykazywali się takim okrucieństwem, będąc sami przedtem prześladowani. Mironow ciągle powtarzał, że jest psem Stalina, chcąc pewnie zrzucić w ten sposób odpowiedzialność na Stalina.

Nie daje mi spokoju jeszcze inna kwestia – nikt z polityków, wojskowych czy enkawudzistów  nie spróbował dokonać zamachu na Stalina, szli jak barany na rzeź a przecież do byli ludzie zuchwali, gotowi na wszystko jak pisze Szerbakowa, ale widocznie te cechy odnosiły się do brania i ponadto objawiały się wobec słabszych.

Parę cytatow z Szerbakowej:

Mironow, który w grudniu otrzymał wielki awans, został mianowany naczelnikiem Zarządu na cały kraj zachodniosyberyjski. Ale teraz dosłownie głowa odpowiada za wykonanie tak zwanych limitów terroru, czyli planowych liczb aresztowań, które zostały wyznaczone w słynnym rozkazie NKWD 00447. Jeżow wymaga zamykania dużej liczby ludzi, szybkiego załatwiania spraw formalnych, dozwolone zostały tortury. Organy się gorączkują- Jeżow aresztuje tysiące czekistów w całym kraju. Aresztowani zostają ci naczelnicy, którzy nie nadążają ze „zwalczaniem wrogów” w wymaganym tempie. ……Mironow prowadzi zebranie operacyjne naczelników miejskich i rejonowych oddziałów zarządów NKWD Syberii Zachodniej. Mironow, który przyjechał z Moskwy przygotowywał kadrę czekistów do masowych aresztowań, przesłuchań z zastosowaniem tortur, egzekucji.  …….Takie odprawy odbywają się w całym kraju. Wielki terror był przygotowany jak operacja wojskowa na wielką skalę. …Mironow wyjaśnił, że operacja stanowi tajemnicę państwową i za ujawnienie jej szczegółów grozi trybunał wojskowy. Od razu po odprawie jej uczestnicy powinni dojechać na miejsce „pierwszym pociągiem”, żeby 28 lipca rozpocząć aresztowania. Syberia Zachodnia dostała ”limit”  na rozstrzelanie10800osób…. Ale Mironow zapewnił uczestników odprawy: można zamknąć i 20000, ale trzeba wybrać tych którzy dadzą największą korzyść. Oprócz tego każdy naczelnik sektora operacyjnego otrzymał zadanie: Znaleźć miejsce gdzie będą wykonywane wyroki i miejsce, gdzie można zakopać trupy….”

I na koniec fragment wspomnień Agnessy z łagru:

„Pokrytych lodem nieboszczyków układali na stojąco koło wychodka. Potem uprzątnęli szopę i zaczęli ich w nie składać w stosy, ale tam też zabrakło miejsca, wtedy układali ich na ganku przy wyjściu. Trupy leżały nago, byle jak przykryte z wierzchu. Nawalili ich tyle, że drzwi się nie chciały otwierać i trzeba je było pchać, żeby się wydostać. …Albo trzeba było przechodzić nad nimi. Szybko przyzwyczaiłyśmy się do tego wszystkiego. Pewnego razu wychodzę, odpycham nieboszczyków drzwiami i myślę sobie, zdziwiona: „co się ze mną dzieje? Przecież to trupy a ja się ich nie boję, zupełnie jakby to były kawałki drewna ……gdyby się to zdarzyło w normalnym życiu, nie wierzyłabym, że można tak żyć, a tutaj nie zwracam na to uwagi i żyję. I wszystko przetrwam i nie umrę”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *